Zesłanie na Wyspę św. Heleny

Widać wyspę św. Heleny! Około 1200, 33 mile morskie od celu na horyzoncie pojawił się cień, po raz pierwszy od 10 dni. To nie mogła być chmura. To mógł być tylko ląd. Cieszymy się jak dzieci, szykujemy ładną kolację i chłodzimy szampana. To znaczy Piotrek przygotowuje, bo akurat ma kambuz, a chłodzimy wino musujące. Pierwszy etap już prawie za nami, już dzisiaj wieczorem zacumujemy na boi w zatoce przy Jamestown. Zgłaszamy się przez radio i anonsujemy przybycie, słysząc po raz pierwszy głos inny, niż nasze własne. Tam są ludzie, tam musi być jakaś cywilizacja!

Z samego rana ruszamy na wybrzeże, zmotywowani, żeby zdobyć niezbędne pozwolenia, zameldować przybycie, odprawić się, dostać otwierającą drogi pieczątkę. Chociaż Wyspa świętej Heleny uznawana jest za brytyjskie terytorium zamorskie, przepisy wymagają nie tylko okazywania paszportów, ale też dowodu ubezpieczenia zdrowotnego. Nie uda się ominąć, mówiąc przymilnym głosem „ale ja nie choruję…”, oj nie… Leczenie na wyspie, a w razie poważniejszego wypadku przelot do RPA kosztuje ciut za dużo, by niefrasobliwie narażać siebie na uszczerbek, a system (w skład którego wchodzi kilku lekarzy rodzinnych, jeden chirurg i dentysta) na koszty. Zresztą, pojęcie „system” też właściwie nie istnieje. Każdy płaci za siebie, jedynie kwoty zależą od statusu – mieszkańca, obywatela Wielkiej Brytanii czy obcokrajowca. Ładnie i pokornie pokazujemy więc wszystkie glejty, a Królowa Elżbieta II patrzy na nas z uznaniem płaską, kilkadziesiąt lat młodszą twarzą z portretu.

Udało się! W paszportach pieczątka z narodowym symbolem – ostatnim z dawniej dziewięciu endemicznych ptaków, nazywanego „Wirebird”, występującego tylko na Wyspie, nigdzie indziej na świecie – pora zdobywać Jamestown! Stolica, licząca zawrotną ilość ok. 900 mieszkańców, to właściwie jedna główna droga rozgałęziająca się w pewnym momencie na dwie odnogi, tworzące coś na kształt litery „Y”. W tym wypadku jednak mniej znaczy więcej, bo ta jedna jedyna ulica gromadzi jedne z najlepiej zachowanych na świecie przykładów brytyjskiej architektury kolonialnej, nadal z powodzeniem użytkowanych, a stare mury i gdzieniegdzie osypujące tynki opowiadają ponad 500-letnią historię podbojów, niewolnictwa, imperializmu, wojny i wygnania.

W jednym z nich mieści się poczta, świecąca peerelowską pustką, z tablicą ogłoszeń na ścianie i ekspozycją kolekcjonerskich znaczków z trzech połączonych terytoriów zależnych – jeśli ktoś by pomyślał, że św. Helena to koniec świata, wyspy Ascencion i Tristan da Cunha odpowiednio na północny-zachód i południe znajdują się jeszcze dalej od stałolądowej cywilizacji. Kolejny to hotel z cudownym, drewnianym balkonem podpartym kolumienkami, jedno z niewielu miejsc, gdzie można złapać wifi. Nogi same prowadzą do centrum informacji turystycznej, gdzie zasypana uśmiechami, propozycjami i dobrymi radami gromadzę naręcza ulotek, z którym można by wykleić sporych rozmiarów przewodnik. Następnym przystankiem na turystyczno-praktycznej trasie jest oczywiście bank – jedyny na Wyspie sposób na zdobycie gotówki. Póki co nie funkcjonują żadne bankomaty, a zaledwie dwa sklepy przyjmują płatności kartą kredytową – co prawda jedynie lokalnej firmy, ale to już i tak spory skok. Stajemy więc w kolejce, która w miarę upływu czasu znacząco się wydłuża i odwzajemniamy zaciekawione spojrzenia. Legitymujemy się paszportem, tak, to my, mamy tez glejt na pobyt, i już za chwilę odbieramy kilkanaście papierków. Obowiązującą walutą jest funt brytyjski, ale pieniądz odzwierciedla unikalność miejsca. Chociaż więc nadal spogląda na nas nieśmiertelna Elżbieta, gdzieś nad nią przelatuje tropikalny ptak, a obok gramoli się przez góry żółw.

Nad miastem, położonym w dolinie schodzącej do niewielkiej zatoki, górują po obu stornach wznoszące się na ponad 150 metrów wulkaniczne zbocza, z których na ocean spoglądają wymarłe już i powoli rozsypujące się wojenne armaty i bunkry. Wyspa przechodziła na przestrzeni lat z rąk portugalskich, przez holenderskie, brytyjskie, znowu holenderskie, ostatecznie na brytyjskich skończywszy, każda nacja roszcząca sobie do niej prawa wywierała dość silną presję na potencjalnych okupantach. W każdy statek, który nie meldował przybycia mierzyły przeżywające swą świetność baterie, a fortyfikacje wyrastały na wzgórzach nie tylko ponad Jamestown, ale także na przeciwległych krańcach. Podnosząc wzrok ponad dachy niskich, stołecznych zabudowań od razu rzuca się w oczy przecinająca cięciwą klif „Jacob’s Ladder” – strome 699 stopni (miało być 700, ale pierwszy wtopiony został w asfalt przy kolejnej renowacji drogi) biegnące na Ladder Hill, do stopniowo rozbudowującej się dzielnicy mieszkalnej i jednego z obronnych fortów. Schody to nie tylko okazja do spojrzenia na wyspę z perspektywy endemicznych ptaków. Dla jednych, którzy w sportowych strojach w podskokach wbiegają i zbiegają, to dostępny cardio trening na świeżym powietrzu, dla innych – skrót w drodze do pracy. Dawniej działała tu winda pasażersko – towarowa, napędzana siłą wykorzystywanych osiołków i transportująca pracowników i ładunek z portu do fortu, z fortu do portu, i tak w kółko.

Ale pierwszy dzień to nie tylko zwiedzanie miasteczka. To też pierwszy kontakt z ludźmi spoza naszej jachtowej czwórki, to historie i przygody współtowarzyszy bujających się na żółtych i czerwonych bojkach u stóp stromego klifu, o który z hukiem i rozbryzgami piany rozbijają się oceaniczne fale.

Dołączamy do dwójki Amerykanów na keczu o bliżej niesprecyzowanym kolorze (dyskusje trwają pomiędzy zielonym a niebieskim; w końcu kompromisowo zgadzamy się, że łódka w świetle południa wydaje się zielona, natomiast o zachodzie słońca granatowa), z których jeden płynął początkowo kilkanaście miesięcy samotnie dookoła świata, zanim w RPA nie dołączył do niego znajomy. Chwilę po nas cumuje też rodzinny slup, na którym chińsko – południowoafrykańska rodzina z dwójką dzieci kontynuuje swoją kilkuletnią podróż – również dookoła świata. Po chwili do radio st. Helena zgłasza się Ekolibri, tym razem ewidentnie zielona łódka, zaciągająca z kajuty francuskim akcentem. W istocie, zamieszkiwana przez czterech Francuzów, dołącza wkrótce do naszej międzynarodowej ferajny. Zdziwiona patrzę, jak ładują się razem z nami na water taxi i płyną załatwiać formalności. O ile przyzwyczaiłam się, albo zwyczajnie racjonalizuję fakt opływania świata przez ludzi w „kwiecie wieku” (bo dzieci odchowane, bo praca stabilna albo emerytura dobra, bo właściwie czemu mieliby siedzieć w fotelu i oglądać telewizję), o tyle czterech chłopaków w naszym wieku, robiących podobną trasę jakoś się nie spodziewałam. Od słowa do słowa okazuje się, że kupili jacht na spółkę (ignoruję żarty męskiej części załogi na temat prawdopodobnej orientacji Francuzów, którzy pływają razem już półtora roku, a planują kolejnych sześć miesięcy), będąc od zawsze przyjaciółmi. Wymyślili cel podróży, kształtując ją w projekt pod kryptonimem „Sail For Change” – oprócz tego, że odwiedzając porozrzucane po oceanach odległe wyspy robią reportaże z lokalnego ekoturyzmu i przyjaznych środowisku rozwiązań, starają się pływać samowystarczalnie, produkując jak najmniej odpadów, co również skrzętnie dokumentują. Zresztą, nie tylko na redukcji śmieci polega ich samowystarczalność. Kiedy kilka dni później biegaliśmy od sklepu do sklepu, starając się upolować świeże warzywa i jajka, wyciągane po cichu spod lady i tylko po znajomości, oni spokojnie korzystali ze swojego sposobu na ich dostarczanie. Zrobiliśmy quiz i nikt nie zgadł, choć propozycje zakrawały o tak drastyczne jak:

  • pozyskują jajka od francuskiego konsulatu
  • kradną z gniazd tropikalnych ptaków
  • kradną innym załogantom.

Nie. Na pokładzie Ekolibri płyną po prostu nie tylko ludzie. Towarzyszą im także dwie kury, znoszące po 2 świeże jajka dziennie i uniezależniając chłopaków od lokalnych zasobów. – O, to jak Wam mięsa zabraknie, to możecie je jeszcze wykorzystać! – rzucamy, nadal nie wierząc własnym uszom.-No co wy, nie moglibyśmy ich zabić…One mają imiona! – odpowiadają Francuzi – Jedna to Blondie, a druga Ginger.

– Oryginalnie… – z przekąsem mruczy Mark, Amerykanin – Gdybyście kozę mieli pod pokładem, to jeszcze bym się nie zdziwił, ale kury?!

Płyną więc tak sobie właściwie w szóstkę, zbierając jajka, łowiąc ryby i hodując w doniczkach warzywa. Gdy powtarzamy historię Raymondowi, ten tylko się śmieje:
-Powinni przyjść na naszą łódkę i zrobić o nas reportaż – jesteśmy dokładnie tym, czym oni nie są, totalne przeciwieństwo!

Co ciekawe, nawet po półtora roku na oceanach, Francuzi nadal wyglądają jak Francuzi. Jeden w rogowych okularach stylizowanych na najnowsze Raybany, drugi w hipstersko wytartym t-shirtcie i z płócienną torbą w ręku, trzeci z długą brodą i podkręconym, wystylizowanym wąsem, tylko czwarty jakiś najzwyklejszy, oprócz naszyjnika z deską surfingową nic w jego wyglądzie specjalnie się nie wyróżnia. Nie wyróżnia się również para Szwedów, kiedy po raz pierwszy dołączają do nas w codziennych wycieczkach water taxi na wybrzeże. Na oko sześćdziesięciopięcioletni, gramolą się trochę nieporadnie przez wysokie burty na kołyszącą się i niestabilną, drewnianą łódeczkę. On jeszcze w miarę trzyma się na nogach, ale ona trzęsącymi rękami podtrzymuje ciało i chwieje się tak, że automatycznie osłaniamy ją rękami. Mówi też przerywanym i schorowanym głosem, choć daleko jej do stylu życia emeryckiej pensjonarki. Razem z mężem wypłynęli ze Szwecji w 2009 roku, i dopiero teraz, po prawie dziewięciu latach myślą powoli o powrocie. Podobnie nieco młodsza para Holendrów. Wszyscy cumujący na Wyspie św. Heleny, oprócz nas, przybili do niej w jakimś etapie okrążania jachtem żaglowym Ziemi. I wiecie co? Jak dorosnę, chciałabym być taka jak oni.
Chciałabym mieć tyle siły, samozaparcia do spełniania marzeń, by nie kisnąć w fotelu przytrzymywana przez czasem istniejące faktycznie, ale częściej demonizowane lub wymyślane kotwice. Chciałabym móc dalej zwiedzać Świat.

Dodaj komentarz