Na plaży z brazylijskimi modelkami

Fernando de Noronha do tanich nie należy.
Jak to kurort, do tego dość trudno dostępny i przez to ekskluzywny, winduje ceny do nieba. Nawet Raymond wypowiedział znamienne słowa, że to „najdroższe miejsce, w jakim w życiu był”, a to już coś znaczy. Zapewne doda to do swojej listy wypominkowej miejsc i rzeczy „bardzo drogich”, które odwiedził lub kupił, z reguły jednak towarzyszy im automatycznie współepitet „najlepszy”.
W tym wypadku nie wiem, czy archipelag będzie tym najdroższym i najlepszym.
Pomimo resortowości i generalnego „glamour” wyspy, panuje na niej swojski, południowoamerykański bałagan. Rozpadające się budynki pomalowane kolorową, ale odłażącą w wielu miejscach farbą, hamaki wiszące na otwartych werandach, przy których najczęściej stoi betoniarka, która co prawda od kilku lat nie jest już w użyciu, ale może przyda się za rok, kiedy elewacja już całkiem się złuszczy, albo ogrodzenie zapadnie, po co więc się męczyć i usuwać ją wcześniej. Palmy kokosowe wywiewane wiatrem, niedokończone roboty drogowe. I wilgoć. I gorąco.

Tak się jednak składa, że nie płacimy praktycznie za nic. Dopływamy tuż po zamknięciu małego oddziału imigracyjnego, nawet więc jeśli miałaby być jakaś opłata za cumowanie, to nie mieliśmy komu jej zapłacić. Zapytany pan robotnik koczujący przed wejściem na migi wyjaśnił nam, że już nikogo nie ma, a jutro nie będzie. No cóż, ojej. Mamy przyjść w poniedziałek. Jak dobrze pójdzie, tego dnia będziemy już kilkadziesiąt mil morskich od wyspy.
Dramatycznie wygórowana opłata za „wstęp” na wyspę (co w naszym mniemaniu równało się z lądowaniem na niej) okazała się nieprawdziwa. Straszono nas nowymi zasadami, 100 dolarów za dobę za osobę, o matkoboska. Raymond, namówiony przez znajomych, w końcu się złamał i postanowił stanąć na wyspie, mimo że jeszcze w Knysnej zarzekał się, że nie ma szans, staniemy na kontynentalnej Brazylii, ale jest generalnie dość mocno podatny na sugestie przystankowe.


I oto jesteśmy. A opłata faktycznie, jest, ale zamiast 100 dolarów liczą sobie 190 reali i nie za lądowanie, ale za wstęp do ograniczonej linią parku narodowego strefy. Zajmuje on co prawda praktycznie ¾ wyspy, ale karta ważna jest przez 10 dni – wtedy więc nie wydaje się to tak dużo. Mając jednak w perspektywie jedynie pół dnia na zwiedzanie zadowoliliśmy się pozostałą ¼.
Po raz pierwszy chodziliśmy na partyzanta po miejscu, o którym wiedzieliśmy bardzo niewiele. Decyzja o kotwiczeniu zapadła na tyle późno, że zabrakło już wolnych megabajtów internetu, by zrobić konieczne rozeznanie. Dobrze, że wgrane mapy dość precyzyjnie określały miejsce, gdzie można kotwiczyć, a i tak nie przeszkodziło to Raymondowi w beztroskiej próbie podejścia do nabrzeża portowo – użytkowego. No bo bliżej, niż z kotwicy.
Na partyzanta też wyspę opuszczaliśmy, kiedy po wychyleniu należnego browarka za cudowne ocalenie z widokiem na przepiękne, poszarpane skały ciemniejące w ostatnich promieniach zachodzącego słońca zorientowaliśmy się, że fajny zachód, fajne słońce, ale teraz go już nie ma, robi się ciemno jak w …ciemni, a nasz ponton radośnie czeka na plaży tuż przy brzegu czerniejącej wody, gotowy, by doprowadzić nas po omacku do jachtu, na którym nie zapaliliśmy światła kotwicznego. Nie wspomnę o tym, że nie wzięliśmy nawet żadnego szperacza, szał zakupów, tankowania i obietnica browarka przysłoniła zdrowy rozsądek. Kryjąc więc w ciemnościach rumieniec wstydu doświadczeni żeglarze płynęli po ciemku nieoświetlonym dingi do nieoświetlonego jachtu, przyświecając sobie jedynie niewiele dającym telefonem komórkowym. Spuśćmy na to zasłonę taktownego milczenia.

Zaskakuje sympatyczne podejście ludzi na wyspie. Wszystkich. Panów na stacji benzynowej, do której Raymond i Piotrek robią 5 kursów z 25 kilogramowymi kanistrami, wydeptując monotonną ścieżkę z plaży i pontonu, poprzez port do stacji i z powrotem na ponton i na łódkę, wzbudzając ogólne zainteresowanie.
Zagadany pracownik pomaga nam najpierw załatwić taksówkę, żebyśmy zdążyli uzupełnić zapasy świeżych warzyw i owoców przed zamknięciem, a później organizuje wynajęcie zardzewiałego, ale przystosowanego do lokalnych warunków samochodzika. Samochody jeżdżące po wyspie wyglądają trochę jak gokart, a trochę jak wydrylowany maluch. Światła podobne, jak w maluchu. Siedzi się z kolanami pod brodą, podobnie jak w maluchu. Maksymalna prędkość to 50 km/h, prawie jak w maluchu. Odwrotnie niż w maluchu, silnik jest pod maską, z przodu. Benzyną za to zalatywało idealnie z tyłu.
Panowie ze stacji benzynowej najpierw na migi uczą Piotrka prowadzić grata, potem mi polecają się trzymać, żebym przypadkiem nie wypadła przy zawrotnej prędkości.

Dziwnym trafem i psim swądem znowu nie płacimy nic – zafrasowani próbujemy wyłuszczyć od gościa wypożyczającego, nie mówiącego po angielsku i jego pośrednika, rozmawiającego z trzema osobami na raz, gdzie można wypłacić gotówkę i czy możemy tam najpierw podjechać. Po kilkunastu minutach, przysłuchująca się wymianie zdań para z samochodu przed nami po prostu wyciąga 300 reali (jakieś 350zł) i płaci za nas, tylko dlatego, że moglibyśmy mieć problem z wybraniem pieniędzy w niedzielę, że nie wiadomo, czy bankomaty działają, a po co mamy marnować czas, skoro jesteśmy tu tylko na kilka godzin na jeżdżenie po miasteczkach. To zaskakuje nawet Raymonda.
Odwdzięcza się potem zabraniem ich na łódkę i kieliszkiem wina o zachodzie słońca – biorąc pod uwagę ceny za taką atrakcję kupioną u wycieczkowego pośrednika, zaoszczędzili tym prawdopodobnie więcej, niż nam zasponsorowali.


Zapytana dziewczyna w centrum nurkowym wyjaśnia i pomaga zlokalizować mapkę. Mapkę dostaję bez problemu, mimo że nie kupuję żadnej wycieczki. Ktokolwiek, gdziekolwiek mówi choć słowo po angielsku pomaga nam w kontakcie z tym, którzy nawet tego słowa nie mówią.
Kontrastuje to dość mocno z naszymi poprzednimi doświadczeniami z Ameryki Południowej, gdzie z taką serdecznością spotykaliśmy się jedynie w Kolumbii. Nie można za to tego powiedzieć o Peru czy Ekwadorze, w Boliwii zaś wyczuwało się wręcz spory dystans i jakąś nieudolnie skrywaną niechęć.
Na archipelagu jednak wystarczy przejść się gdzieś pieszo, by zatrzymał się samochód oferujący podwózkę. Potem sami bierzemy na stopa 3 chłopaków, targających deski surfingowe. Wyglądają niekoniecznie jak typowi Brazylijczycy – okazuje się, że pochodzą z Austrii. Jeden z nim na urlopie po pracy przez dłuższy czas w Sao Paulo. Gdzie on się w tej Austrii nauczył surfować?
Ludzie, chyba wyluzowani na luksusowych wakacjach, uśmiechają się i pozdrawiają. Czasem trochę peszą się, gdy po zagadnięciu po portugalsku robimy bezradne miny, że my nie bardzo w tym języku, a oni trochę nie bardzo po angielsku, ale i to nie stanowi przeszkody. Przy odrobinie dobrej woli dużo spraw można załatwić na migi. Na tyle dużo, że czasami w wątpliwość poddawać można konieczność nauki języków obcych na poziomie „komunikatywnym”.
Większość bierze nas za Amerykanów, mnie i Piotrka za rodzeństwo, które podróżuje ze swoim ojcem. No cóż, rzeczywistość jest trochę zbyt skomplikowana, by tłumaczyć ją każdemu z osobna.

Obowiązujący styl to nie smart casual. Nawet od zwykłego casual całkiem mu daleko. Na wyspie Beach Style na całego. Nagie torsy, bikini, obowiązkowe tatuaże na wymodelowanych ciałach, deski surfingowe pod pachą. Dziewczyny w stringach na pakach gratowatych samochodów, zasłaniające okularami przeciwsłonecznymi więcej twarzy, niż strojem kąpielowym pośladków.
Kiedy w jednym z zabytkowych kościołów w Vila Remedios zobaczyłam klęczącą przed ołtarzem kobietę (w końcu byliśmy w tradycyjnie katolickiej Brazylii, do tego akurat wypadała niedziela), w samym staniku i pareo przewiązanym przez biodra, przestałam czuć się roznegliżowana w moich krótkich spodenkach i koszuli z długim rękawem. Beach Style obowiązywał nawet w kościele.

Wieczorami przybierał postać beach-glamour. Długie, zwiewne, haftowane narzutki zasłaniały tylko trochę więcej, niż ich dzienne odpowiedniki, za to nienaganny i dopracowany makijaż cudownie nie spływał, szminki powiększały usta jedynie na tyle, ile wypada bez botoksu, złocące się z daleka, ciężkie kolczyki  i naszyjniki podkreślały opaloną skórę, a wysadzane kryształami sandałki z niewiadomych przyczyn chroniły się przed wszechobecnym kurzem i odpryskującymi kamieniami.

Gdzie nie spojrzeć, pięknie ubrane kobiety, wymalowane jak na wieczór balowy, zapełniały tylne siedzenia rozpadających się gracików, wychodząc powłóczystym krokiem i pozując do zdjęć jak profesjonalne modelki. Być może nimi były. Nie wiem. Brazylijski świat mody jest mi mocno obcy. Wyglądały jednak trochę jak Esmeraldy z ciągnących się jak wykład z biochemii latynoskich seriali, może więc były to aktorki?

CDN…

 

4 komentarzy

  1. Witam
    Opisy , widoczki piękne. A te SANCHO LOCADORA JPS miały?
    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Dziękuję!:)
      Haha, a tego to nie wiem, zapomniałam zapytać:) Pozdrawiam!

  2. Rewelacyjnie piszesz Marto droga:),czytam i przenoszę się na opisywana plażę (zdjęcia pomagaja oczywiście bardzo:)) Pozdrawiamy Was i czekam na c.d.

    1. Bardzo mi miło, dziękuję!:) Takie komentarze motywują do pisania! Pozdrawiamy serdecznie, wracamy już niedługo!:)

Dodaj komentarz