Stolica kolumbijskich używek i palm woskowych, czyli Salento w Zona Cafetera

Wystarczy spróbować jej kilka razy, żeby rozpoczynać potem od niej każdy dzień. Ożywia ciało, podnosi koncentrację, poprawia inteligencję i dodaje energii. Uzależnia. Najłatwiejsza do zażycia i najpopularniejsza występuje w formie sproszkowanej, ale każdy zażywa ją na swój indywidualny sposób. Jest hitem eksportowym Kolumbii. Mowa oczywiście o… kawie!

Przez całą naszą podróż cierpimy na niedobory dobrej kawy, zwłaszcza w krajach leżących na południe od równika. Jeśli zamówimy gdziekolwiek małą czarną, to w najlepszym wypadku dostaniemy kubek czegoś, co tydzień temu zostało w jakiś szamański sposób przemieniony w napój kawopodobny, a przed podaniem podgrzane w mikrofalówce. W najgorszym, kelnerka przyniesie nam kubek wypełniony po brzegi wrzątkiem, a w oddzielnym dzbaneczku zimną, czarną zawiesinę o konsystencji zużytego oleju silnikowego. Nawet jeśli uda nam się dolać trochę smolistej mazi do kubka z wrzątkiem, to osiągniemy coś o smaku pomiędzy sparciałą oponą a zardzewiałym łańcuchem. Kawa z mlekiem (a raczej w wydaniu południowoamerykańskim: mleko z kawą) nie wygląda wcale lepiej – zamiast szklanki wrzątku dostaniemy kubek pełen gorącego mleka i do tego naczynie ze słynną esencją. W tej sytuacji bylibyśmy skłonni oddać królestwo za filiżankę nawet zwykłej rozpuszczalnej, a w poszukiwaniu czarnego złota postanowiliśmy udać się aż do Kolumbii, gdzie wkrótce poznamy tajemnicę niepijalnej kawy.

Ale zacznijmy od początku. Po odwiedzeniu największego targu Ameryki Południowej w ekwadorskim Otavalo musimy jak najszybciej ewakuować się z drogiego Ekwadoru celem uchronienia naszych portfeli przed niechybnym opustoszeniem. Postanawiamy przekroczyć granicę w sposób kombinowany (czytaj: tani), choć kuszą nas wypasione luksusowe autobusy „Cruz del Sur” jadące bezpośrednio do Kolumbii. Rozpoczynamy zwariowaną przesiadankę pomiędzy mikrobusami, autokarami, taksówkami, hulajnogami, statkami kosmicznymi i wszystkim, czym można podróżować szybciej niż z buta. Wreszcie po znalezieniu się wieczorem w kolumbijskim Ipiales bez żenady wsiadamy w nocny autobus do Cali. Jeszcze kilkanaście lat temu nie moglibyśmy sobie na to pozwolić – na bieżąco porównuję nasze doświadczenia z przygodami ekscentrycznego polskiego podróżnika, Wojciecha Cejrowskiego, które opisał w książce Rio Anaconda. W latach 80’ i 90’ nikt, komu życie miłe, nie odważyłby się na podróż nocnym autobusem przez Kolumbię, zwłaszcza po jej południowych i wschodnich rubieżach. Cały kraj jest zastraszony i sterroryzowany przez guerillę, kolumbijską anarchistyczną partyzantkę, która bez pardonu porywa miejscowych i turystów z autokarów – dla okupu, rabunku, gwałtu czy rozrywki. Nikt nie liczy nawet na wsparcie policji czy wojska, bo kolumbijskie siły porządkowe są ledwo zdolne bronić samych siebie, nie mówiąc o kontrolowaniu jakiegoś terytorium czy ochronie ludności cywilnej. Obok partyzantki i służb rządowych występuje jeszcze trzecia siła – prywatne wojsko i ochroniarze wynajęci i uzbrojeni przez narkobossów, których celem jest ochrona plantacji kokainy i szeroko pojętego narkobiznesu. Wszyscy walczą ze wszystkimi, w kraju trwa nieustanna jatka, a cierpią na tym oczywiście bogu ducha winni cywile.

Dzisiaj nie boimy się już tak bardzo. Po pierwsze, jak pisze Cejrowski, Polaków nie opłaca się porywać dla okupu. Kiedy raz oblany zimnym potem stanął twarzą w twarz z kolumbijskim watażką poszukiwanym listem gończym, usłyszał, że porwanie to w pewnym sensie przedsięwzięcie ekonomiczne które ma swoje koszty, a potencjalne przychody z okupu w kontekście ówczesnego poziomu wynagrodzeń w Polsce czyni nas w Kolumbii zupełnie bezpiecznymi. Po drugie, tak na serio, dzisiejsza Kolumbia to już całkiem inny kraj – statystki przestępczości od kilkunastu lat konsekwentnie spadają, gangi narkotykowe (te, które się ostały) są w potrzasku, a guerilla została zepchnięta do głębokiej dżungli, na południowy wschód kraju. Władze pokładają duże nadzieje w turystyce, na ulicach jest sporo wojska i policji, a kary za przestępstwa wymierzone w obcokrajowców są kilkukrotnie wyższe, niż za te dokonane na Kolumbijczykach. Wskaźniki przestępczości mówią, że jeszcze nie jest to Polska, ale z drugiej strony nie czujemy się tu bardziej niepewnie niż w warszawskim nocnym jadącym spod Dworca Centralnego. Nadal unikamy spacerów po zmroku po ciemnych i opuszczonych uliczkach, nie obnosimy się z elektroniką i mamy oczy szeroko otwarte w środkach komunikacji, a jeśli już musimy jechać taksówką, to faktycznie wybieramy taksówkę, a nie coś, co ją udaje. I w zasadzie to cała filozofia, w zupełności wystarczająca żeby cieszyć się pięknym krajem i nie zarobić guza.

Po kolejnych godzinach spędzonych w kolumbijskich wehikułach lądujemy w końcu w Armenii, skąd próbujemy złapać autobus do aktualnego celu naszej podróży – Salento. Mamy pewne trudności ze znalezieniem odpowiedniego przystanku na dworcu autobusowym, ale tylko przez chwilę. Miejscowi zaczynają pytająco wykrzykiwać do nas „Salento?”, a potem, nie czekając na odpowiedź, spontanicznie kierują nas w odpowiednią stronę. Nie chcą przy tym nam niczego sprzedać ani nie oczekują napiwku za udzieloną pomoc, co stanowi miłą odmianę po Peru i Boliwii. Upewniam się, że nie mam przyklejonej na czole kartki z napisem Salento – Kolumbijczycy widocznie wychodzą z założenia, że jeśli biały turysta z plecakiem większym od samego siebie znajdzie się w Armenii, to musi jechać właśnie do Salento. I wcale im się nie dziwię. Po niespełna godzinie spędzonej w ostatnim autobusie docieramy wreszcie do niepozornej mieściny, złożonej z dosłownie kilkunastu ulic na krzyż. Salento czaruje nas kolonialnym urokiem – niska, zabytkowa zabudowa, czyste uliczki, zadbane i estetyczne elewacje eksplodujące mieszanką soczystych kolorów. Nie jest to nasza polska pasteloza pokrywająca ocieplone styropianem bloki z wielkiej płyty, bo wszystkie budynki łączy tutaj spójna architektura i białe elementy wykończenia. Poza tym, w Kolumbii wszystko jest kolorowe – niebo razi błękitem aż do bólu, rośliny kipią soczystą zielenią, tak samo zresztą jak ludzie, zwierzęta, owoce czy ubrania. Nawet pospolity pstrąg, którego serwują tutaj na każdym kroku, ma mięso o kolorze zbliżonym do naszego łososia bałtyckiego.

Nie przyjechaliśmy jednak do Salento, żeby łazić po mieście, a przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Półgodzinna podróż amerykańskim Jeepem Willy’s dzieli nas od doliny Cocora, unikalnego na skalę światową rezerwatu palm woskowych, będących jednym z symboli Kolumbii. Kiedyś pozyskiwano z nich surowiec do produkcji świec i innych zastosowań przemysłowych, dzisiaj są pod ścisłą ochroną. Żeby móc podziwiać dolinę i palmy z różnych perspektyw, udajemy się na sześciogodzinny trekking. Pierwszym celem naszej przechadzki jest Acaime – małe urokliwe schronisko położone wysoko w górach, będące jednocześnie rezerwatem kolibrów. Okazuje się, że występują tutaj w liczbie ponad 160 gatunków! Mamy więc mniejsze i większe, z długimi błyszczącymi ogonami, kolorowe, szare i czarno-białe. Wszystkie latają pomiędzy nami i brzęczą niczym przerośnięte pszczoły, odżywiając się ze specjalnie ustawionych karmników. Jednemu udaje się nawet pomylić moją pomarańczową koszulkę z jakimś kwiatem i uparcie próbuje mnie zjeść, ale w końcu orientuje się, że coś nie gra i skonsternowany siada na moim kapeluszu. W ramach wstępu do rezerwatu zostajemy poczęstowani kawą (nareszcie dobrą!) i udajemy się na sam szczyt, do schroniska Finca la Montaña, skąd ropoczynamy zejście wzdłuż malowniczej Valle de Cocora. Dolina robi piorunujące wrażenie – skąpana w słońcu i zieleni, cała pokryta strzelistymi i cienkimi jak zapałki palmami. Najwyższe dochodzą do trzydziestu metrów, w pionie utrzymują się tylko dzięki rozbudowanemu systemowi korzeniowemu, ale i tak często łamią się pod naporem silnego wiatru. Tajemnicą pozostaje dla nas dlaczego osiągają tak imponujące rozmiary – nie rosną przecież zbyt gęsto jak nasze poczciwe sosny, nie muszą więc konkurować między sobą i piąć się w górę chłonąc światło. Napawamy się egzotycznymi widokami jeszcze przez półtorej godziny zejścia, po czym wskakujemy na Willy’sa który zabierze nas z powrotem do Salento. Zastanawiamy się skąd tutaj tyle starych, amerykańskich wojskowych Jeepów i podpytujemy nawet kierowcę, który odpowiada nam jednak, że to typowo kolumbijski samochód. Aha, na pewno. Więcej na ten temat wie już podróżujący z nami Brytyjczyk – Jeepy Willy’sy to pozostałość po stacjonujących tu w latach 50’ amerykańskich wojskach, które zostawiły Kolumbijczykom samochody w ramach prezentu. Wytrzymałość i pojemność tej terenówki jest niemal legendarna, Willy’s funkcjonowały swojego czasu nawet jako jednostka wielkości (np. trzy Willy’sy ludzi) i organizowano tutaj zawody, których celem było zmieszczenie jak największej liczby osób do jednego pojazdu. Tradycja tych zawodów przetrwała zresztą aż do dziś, bo kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy ile osób nasz kierowca ma zamiar zapakować do małego wojskowego Jeepa, nie wierzyliśmy własnym uszom. Koniec końców udało nam się zmieścić cały tuzin, ale ja w czasie jazdy musiałem już stać na zewnątrz na zderzaku i trzymać się dachu 🙂

Następnego dnia postanawiamy rozwiązać tajemnicę kolumbijskiej kawy i udajemy się na wycieczkę po miejscowej plantacji. Salento leży w Zona Cafetera, regionie słynącym z produkcji kawy, plantacje są dosłownie wszędzie i malowniczo rozciągają się po zboczach wzgórz. Kolumbia zajmuje czwarte miejsce na świecie pod względem produkcji kawy. Światowym liderem jest Brazylia, która produkuje tyle, że nie jest w stanie tego nawet sprzedać (a raczej nie chce) i rok w rok powiększa swoje rezerwy czarnego złota. Kolumbię wyprzedzają jeszcze Wietnam, który swojego czasu potrafił sprzedawać kawę dziesięciokrotnie taniej niż Kolumbijczycy, doprowadzając tych ostatnich na skraj bankructwa, oraz Indonezja. Plantacja, którą odwiedzamy, jest prowadzona przez Tima, Brytyjczyka, który odkupił ją osiem lat temu od jakiejś sędziwej babinki i próbuje sprawić, żeby znowu była rentowna. Tim jest hipsterem wśród plantatorów – uprawia tylko tradycyjne odmiany kawy, zapomniane już przez większość miejscowych producentów, które wymagają specjalnych warunków oświetleniowych, rosną wysoko, rozłożyście i produkują stosunkowo mało owoców. Uważa jednak, że są smaczniejsze od nowoczesnych, zwartych i napakowanych ziarenkami krzaczków, a poza tym prowadzi farmę w sposób ekologiczny – nie używa na przykład elektronicznych kosiarek, bo uważa je za zbyt głośne. Nie jest to wielka, przemysłowa plantacja, bardziej przypomina niewielkie polskie gospodarstwo na którym rośnie prawie wszystko i spacerują nawet kury. Z tą różnicą, że zamiast jabłoni i śliwek znajdziemy tu na przykład ananasy i awokado. Te ostatnie są zresztą ulubionym przysmakiem psów należących do gospodarza. Przy filiżance pachnącej kawy Tim opowiada nam o przemyśle kawowym, pokazuje różne odmiany krzewów kawowych i zapoznaje nas z całym procesem produkcji – od zasiania kawowego ziarenka, do aromatycznej filiżanki małej czarnej. Na koniec pomocnik Tima, Julio, własnoręcznie parzy dla nas małą czarną, ale nie robi tego po prostu zalewając dwie łyżeczki rozpuszczalnej Nescafe. Julio najpierw wyciąga wiadro pełne czerwonych i żółtych owoców, które wrzuca do wielkiej, dziewiętnastowiecznej szkockiej maszyny przypominającej młynek. Kilka obrotów korbą i z zielonego żelastwa zaczynają wypadać wyłuskane, białe nasionka kawy. Żeby móc je dalej obrabiać powinniśmy najpierw pozbyć się z nich cukru, mocząc przez 36 godzin w wodzie, a następnie wysuszyć na słońcu. Na szczęście Julio nie każe nam czekać tak długo i przynosi miskę gotowych, suchych ziarenek, które następnie przy pomocy sitka obiera ze skórki i wrzuca na patelnię. Według Tima palenie kawy to bardzo trudny proces (nazywa to nawet sztuką), którego plantatorzy się nie podejmują – sprzedają kawę w formie wysuszonych ziarenek, a palenie powinno następować możliwie blisko użytkownika końcowego. Im dłużej palisz, tym ciemniejszy kolor ziarenek, mocniejszy aromat i… mniej kofeiny. Dlatego na przykład Starbucks pali ziarenka niemal na węgiel, dzięki czemu może używać ich relatywnie mało do przygotowania swoich napojów kawowych. Dodatkowo niska zawartość kofeiny sprawia, że klienci chętnie kupują wielkie, półlitrowe kubasy czekoladowej latte, najczęściej nie poprzestając na jednym. Starbucks zarabia, klienci są zadowoleni i tak to się kręci. Julio nie przesadza z paleniem – po kilku minutach ziarenka zaczynają strzelać jak popcorn, stopniowo zmieniając kolor z białego na ciemnobrązowy. Pomagamy mu zmielić ziarenka w oldschoolowym młynku i po werandzie zaczyna rozchodzić się zapach jeszcze ciepłej, świeżo mielonej kawy. Zalewamy ją gorącą wodą (nie wrzątkiem!) używając do tego zwykłego filtra i po chwili znajomy, lekko gorzki, przyjemnie kwaśny i bardzo wyrazisty smak rozchodzi się po naszych ustach. Nareszcie!

Dlaczego więc kawa w Ameryce Południowej jest tak niedobra, skoro produkuje się jej tutaj najwięcej na świecie? No cóż, Tim żalił się, że kiedy prowadzi się własną winiarnię, to przynajmniej pije się dobre wino. W przypadku kawy jest inaczej – ziarenka pierwszej klasy idą na eksport. Ziarenka drugiej klasy też idą na eksport, natomiast wszystko, co się nie nadaje, bo na przykład przy namaczaniu unosi się na powierzchni, zamiast jak przyzwoite ziarenko leżeć na dnie – idzie na rynek wewnętrzny. Jeśli jakieś ziarenko w wyniku namaczania lub suszenia zgniło – idzie na rynek wewnętrzny. Jeśli ziarenko jest niewyrośnięte, karłowate, zbyt kwaśne lub bezsmakowe – idzie na rynek wewnętrzny. Tim opowiada, że mina Kolumbijczyka, który po raz pierwszy napije się pierwszorzędnej kawy w Europie, jest naprawdę bezcenna.

Opuszczamy kawowe królestwo i kierujemy się na północ. W końcu to wstyd, żeby Polak wrócił z wakacji blady, więc udajemy się w stronę Karaibów. Zanim jednak dotrzemy, musimy zmierzyć się z niegdyś najniebezpieczniejszym mieście na świecie; narkotykowym feniksem, który targany porachunkami narkobossów powstawał i upadał; domem okrytego złą sławą Pablo Escobara, który kiedyś wyznaczył swoim ludziom nagrodę wartości 1000 amerykańskich dolarów za zamordowanie każdego policjanta. Jedziemy do Medellin!

Granica ekwadorsko-kolumbijska, Salento i Valle de Cocora praktycznie

1. Jak tanio przekroczyć granicę Ekwadoru z Kolumbią? Na rynku znajdziecie mnóstwo ofert bezpośredniego transportu z Quito do Cali (Cruz del Sur, Ormeño), którego ceny wahają się od 80 do 120 USD. Całość można jednak zamknąć w ok. 35 USD na osobę, używając transportu kombinowanego. W tym celu trzeba najpierw udać się do ekwadorskiej miejscowości przygranicznej Tulcan (ok. 10 USD ). Od razu po opuszczeni autobusu obskoczą nas taksówkarze, oferujący transport na granicę („La frontera!”) – trzeba skorzystać z ich oferty, bo bezpośrednio na granicę autobusy nie jeżdżą. Należy ustalić cenę przed podróżą, ale taksówkarze standardowo biorą za taki transport 4 USD i nie negocjują. Po przekroczeniu granicy pieszo i załatwieniu formalności migracyjnych, bierzemy taksówkę na dworzec autobusowy w Ipiales (znów nie ma innej opcji transportu, stawka tak samo ustalona, 3-4 USD). W Ipiales można dosłownie przebierać w firmach przewozowych, które zabiorą nas m. in. do Cali, Bogoty czy Medellin. Jeśli tak jak my zdecydujecie się na podróż nocą, wybierzcie dobrego i droższego przewodnika (np. Bolivaro, Transporte Ipiales) – jeszcze 5 lat temu zdarzały się JEDNOSTKOWE przypadki w tanich firmach przewozowych, w których to kierowca autokaru współpracował z przestępcami, w środku nocy zatrzymywał autokar w polu i pozwalał obrabować pasażerów. My wybraliśmy Transporte Ipiales za ok. 15 USD, autokar był super wygodny, ładny nowy i pachnący, a przede wszystkim bezpieczny.

2. Jak dostać się do Zona Cafetera i Salento? Jadąc tak jak my z południa, trzeba przesiąść się w Cali w autobus jadący najlepiej do Armenii. Może być też Pereira albo Manizales, ale wtedy nadrabiamy drogi. Po dojechaniu na miejsce nie kupujemy biletów do Salento w okienku dworcowym, ale po prostu przechodzimy cały dworzec autobusowy i wychodzimy z drugiej strony, gdzie znajdziemy małe przystanki do krótkodystansowych mikrobusów. Przystanki są oznaczone nazwami miejscowości do których jadą busy, wystarczy wsiąść, uiścić opłatę żeby po 40 minutach znaleźć się w Salento.

3. Jak zwiedzić dolinę Cocora? Do doliny Cocora udajemy się jednym z zabytkowych Jeepów Willy’s (3600 pesos, ok. 35 minut), które odjeżdżają z głównego placu w Salento. Na budce obok parkingu dla Jeepów wywieszone są godziny odjazdów, ale w praktyce odjeżdżają znacznie częściej, jak tylko się zapełnią. My chcieliśmy przeznaczyć na Cocorę prawie cały dzień, więc już o 8:30 zwarci i gotowi siedzieliśmy na pokładzie amerykańskiego rzęcha. W dolinie Cocora warto przejść się do rezerwatu kolibrów w Acaime (2,5h oznaczonym szlakiem pod górę, wstęp 5’000 pesos, kawa/gorąca czekolada w cenie). Z Acaime polecamy udać się potem do schroniska Finca de Montaña (trzeba trochę się cofnąć z Acaime, przejść przez jeden mostek i zaraz przed drugim mostkiem na rozejściu skręcić w prawo, podejście powinno zająć ok. 1h). Samo schronisko jest całkiem urokliwe, serwują też kawę i przekąski, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby potem zejść w dół w kierunku doliny Cocora i podziwiać widoki roztaczające się na dolinę (ok. 1,5h z powrotem do parkingu z Jeepami). Ostatni Jeep odjeżdża do Salento ok. 18:30.

4. Jak zwiedzić plantację kawy? W Salento jest mnóstwo tego typu wycieczek, najlepiej zapytać w hostelu. My mieszkaliśmy w hostelu połączonym z plantacją kawy („Plantation House” na samym końcu Calle 7, 60’000 pesos za pokój dwuosobowy bez śniadania) i skorzystaliśmy z wycieczki na miejscu, która dla gości hostelu była nieco tańsza (zapłaciliśmy 15’000 pesos od osoby za 3,5 godzinną wycieczkę, koszt dla osób z zewnątrz to 35’000; nasz przewodnik Tim poczęstował nas nawet kawą i świeżymi owocami). Zdecydowanie polecamy hostel Plantation House, wycieczkę z Timem i jego dwoma psami 🙂

4 komentarzy

  1. Hey I know this is off topic but I was wondering if you knew of any widgets I could add to
    my blog that automatically tweet my newest twitter updates.
    I’ve been looking for a plug-in like this for quite some time and was hoping maybe you would have some experience
    with something like this. Please let me know if you
    run into anything. I truly enjoy reading your blog and I look forward
    to your new updates.

  2. Roszczę sobie prawa autorskie do “narkotykowego feniksa” :p
    Świetne dwa wpisy!

    1. Piotrek się Tobą inspiruje nawet nieświadomie:D Dzięki!

Odpowiedz na „MartaAnuluj pisanie odpowiedzi