One night in Vegas

Wiedzieliśmy, na co się piszemy, jadąc do Las Vegas. Nie liczyliśmy tam na sztukę wysoką, nie szukaliśmy odpoczynku i natury. Nastawiliśmy się na dużo bodźców, neonów, kolorów, ludzi, dużo hoteli, sklepów, show o stopniowanej pikanterii, kasyn – i się nie zawiedliśmy!

Może dlatego, że po „Sin City” nie spodziewaliśmy się cudów i estetyki, które z reguły nam się podobają, Vegas było całkiem… fajne.

To taki wielki park rozrywki, głównie dla dorosłych, ale też niekoniecznie. Po ulicach, nawet późnym wieczorem, wraz z rodzicami kłębiło się sporo dzieci i wcale się im nie dziwię!
Jak mam się dziwić, skoro na nas (może wstyd się przyznać), największe wrażenie zrobiły ogromne sklepy z wszystkimi możliwymi kolorami i odmianami M&M’s czy Reese’s – rozpustny, czekoladowy raj, polany masłem orzechowym… Co tam kasyna, co tam sex-shopy! Czekolada najlepsza!

W Vegas jest wszystko, bo może być wszystko. Kto zabroni?

Wędrując „Stripem”, czyli Las Vegas Boulevard, przechodzimy ze starożytnie nowego Egiptu, z wymalowanym jak transwestyta sfinksem, obeliskiem z Luxoru i piramidą świecącą ze szczytu halogenem w noc, wprost w bramy Nowego Jorku, w którym Statua Wolności broni dostępu do ogromnych hoteli, wokół niej wije się szaleńczymi zakrętami rollercoaster, a wzdłuż ulicy stylizowane na zabytkowe kamienice łączą się cudownie z oświeconym Brooklyn Bridge. No bo dlaczego nie?


Obok świecą kolorami wieżyczki Disneylandu, a z naprzeciwka atakują bilboardy i neony reklamujące jedzenie 24h, alkohole 24h i przeróżne show – burleski, chippendalesów, striptizerki, ale też cyrki, wodne przedstawienia, pokazy Davida Copperfielda (czy on jeszcze żyje??) czy koncerty – atrakcje poganiają atrakcje, tu nie można się nudzić.
Wszystko jest kolorowe, przerysowane, przeskalowane. Hotele zapełniają widoczność, a w swojej kiczowatości utrzymują nawet jakiś styl. Bo skoro byliśmy już w Egipcie i Nowym Jorku, czas na kolejne kraje. Mamy więc Paryż, z świecącą wieżą Eiffle’a, niby – francuską kawiarnią stylizowaną na Montmartre, ale jednak sprzedającą burgery, boczną ulicę kończy Łuk Triumfalny i tylko Edith Piaf brakuje, nie żałującej niczego z głośników. Z głośników, które poukrywane są miejscami w latarniach, dobiega nas za to Celine Dion z nieśmiertelnym titanikowym hitem. Do piosenki w rytm muzyki kołyszą się podświetlane fontanny przed Hotelem Belaggio, w części włoskiej.

Ten płynnie łączy elementy starożytnego Rzymu i Grecji, no bo przecież kto by się połapał – i to stare, i tamto, tworząc chyba największy kompleks kasynowo – hotelowy na całym Stripie. Bo właściwie tak jak nie wiadomo, co było pierwsze – czy jajko, czy kura, tak nie wiadomo, czy w Vegas pierwsze były hotele, czy kasyna. Teraz funkcjonują w jednym – każdy hotel ma kasyno, każde kasyno ma możliwość noclegu. Hotele dodatkowo idą na rękę zdeprawowanym i balującym do późna gościom i na przykład serwują śniadanie do 11:30, jakby się komuś za bardzo przysnęło. Zresztą, w Stanach w ogóle, ale w Las Vegas szczególnie, od jedzenia nigdy się nie jest daleko, a gdyby gastrofaza złapała w środku nocy, zastępy lokali otwartych całą dobę napchają podrażnione procentami żołądki.

Co ciekawe, paradoksalnie w mieście czuliśmy się bezpieczniej, niż w Los Angeles czy San Francisco. Odsetek narkomanów, obudowanych kartonami pijaków czy żebrzących bezdomnych jest zdecydowanie niższy, policja działa sprawnie i skutecznie, a niezliczone taksówki odwożą co bardziej słaniających się do hotelów, nie zadając zbyt wielu pytań. I chociaż z nielicznych elementów zieleni zalatuje czasem nocną pamiątką po tym, jak ktoś jednak nie zdążył do toalety, to zanim noc zapadnie i życie w Vegas rozkręci się na dobre, ulice są relatywnie czyste i zadbane…
No nic. Idziemy dalej.

Ni tego, ni z owego, minąwszy rzymską Fontanę di Trevi znajdujemy się nagle w Wenecji, na Placu św. Marka, z Pałacem Dożów w tle i mostem zakochanych przewieszonym niekoniecznie nad wodą tylko ot tak, nad chodnikiem, żeby pasowało. Zaraz potem eksplozja plastiku, Guinessa, Macdonald’sa i cyrku przywodzi na myśl anglosaski klimat, ale na horyzoncie majaczy już coś jak wieża telewizyjna w Berlinie, można się więc pomylić. Jakby zawiłości było mało, wyrasta przed nami hotel „Trump” – jakoś wyleciało mi z głowy, że obecny szanowny prezydent USA ma swoją sieć, również w Las Vegas.
A dalej już tylko downtown.
Mniej turystyczne, ale nie mniej kiczowato – neonowo – kolorowe. Tylko że teraz zamiast pozornego blichtru, luksusu i markowych butików znajdujemy się w alejach sklepów „wszystko za dolara” – i nie jest to kolejna, niemoralna propozycja ze strony poprzybieranych w piórka skąpo ubranych dziewczyn i kaplic do zawierania ekspresowych małżeństw, gdyby te przybrane w piórka dziewczyny spodobały się jednak na dłużej.

Znowu, niczego nie brakuje – sklep naprzeciwko oferuje stroje ślubne od 69$, kaplice mają przygotowany samochód, kwiaty, restaurację i oczywiście miejsce noclegowe. Co tam! Są też kaplice drive-thru, w których, jak w KFC, możesz zamówić ceremonię, podjechać samochodem do okienka, wypełnić stosowne formularze i wyjechać drugą bramą, przybraną w kwiatu i radośnie ogłaszającą „Just married!”.
A my się przejmujemy, rok planujemy, salę rezerwujemy…
W Vegas nie trzeba, w Vegas wszystko można.

Można w jedną noc przegrać albo wygrać życie, pobrać się i wziąć rozwód, można wydać fortunę lub ją zdobyć, podbić świat lub przysnąć na jego wycieraczce, można skończyć w damskich albo męskich ramionach, w zależności od preferencji i bez uprzedzeń, można chodzić z oczami świecącymi odbitymi reklamami, można śmiać się i korzystać z setek atrakcji.
Można, jak się chce. Wszystko można, ale niczego nie trzeba.

W końcu to tylko i aż – one night in Vegas…

2 komentarzy

  1. Miło się czyta i miło się wspomina, do tego wygrana 800 $ piechotą nie chodzi. Spędziłam tam dwie noce i też uległam magii tego miejsca.
    Cudowne!!!

    1. Dziękuję!:) To aż tak wysoka była wygrana?!:) Pozazdrościć!

Dodaj komentarz