Jak żyje najstarsze plemię na świecie?

Człowiek z buszu!
Ale z ciebie Buszmen!
Z buszu się urwałeś?

Jak dzwonek w głowie dźwięczą stare przezwiska i utarte w polskim języku slogany.
Aż do dzisiaj postrzegałam je jako pejoratywne.
Aż do dzisiaj.

Łatwo kogoś przezywać nie zdając sobie nawet do końca sprawy ze znaczenia słów, w myśl odwiecznej zasady „nie wiem, to się wypowiem”.
Ale po spacerze z prawdziwymi Buszmenami, czyli ludźmi z plemienia San, jednego z najstarszych w Afryce Południowej, przezwisko, czy raczej nazwa własna zyskało na jakości, na znaczeniu i na szacunku.
Odwiedzając sporo plemion w różny sposób – bardziej zorganizowany w Living Museum czy mniej zorganizowany w postaci lokalnego przewodnika i wiejskiej improwizacji, mamy sporo przemyśleń na temat ich funkcjonowania i naszych preferencji, skłaniając się jednak w kierunku jasnych zasad działających „żywych skansenów”. Tym razem też tak było i zgodnie oceniamy to jako najlepsze z dotychczasowych spotkań.

Spędziliśmy noc w bezpośrednim sąsiedztwie wioski, tak że wieczorem widziałam ciemne i drobne postaci dzieciaków obserwujące nas z wysokich, podbarwionych na żółto skał, a rano, podczas śniadania dobiegł nas donośny i zawodzący śpiew kobiet. Po dzikości campingu w Spitzkoppe trochę nie byliśmy przygotowani na kolejną dzikość gór Erongo, szczególnie że nocleg znaleźliśmy na jednej z licznych farm, o wdzięcznej nazwie Omandumba – okazało się jednak, że miejsca campingowe są oddalone od farmy o słuszną odległość, całkowicie prywatne i ukryte w cieniu ogromnych, wulkanicznych głazów porozrzucanych niedbale w nieskoordynowane stosy – jakby jakiś gigant bawił się nimi przed milionami lat w planszówkę, rozrzucił pionki i zostawił same sobie, zajęty ważniejszymi widocznie sprawami. Właściwie przez przypadek znaleźliśmy się chyba w najbardziej odosobnionym z miejsc, które na drodze mijaliśmy.


Podczas spacerów w Erongoberg nie spotkaliśmy nikogo. Dosłownie. Za to wjeżdżając na teren musieliśmy przekroczyć ogromniastą i solidną bramę, obwieszczającą sąsiednim znakiem „uwaga, słonie”.
Na farmie nie tylko na słonie zwracano nam uwagę. Pytając o polecane trasy dowiedzieliśmy się, że wszystko fajnie, w sumie po farmie też można by było chodzić, ale obecnie pojawiają się na terenie nosorożce, więc raczej odradzają. Ale jakbyśmy przypadkiem mimo to zobaczyli charakterystyczne, trójpalczaste ślady, kierujmy się raczej w kierunku przeciwnym. W dość zorganizowanym pośpiechu.

Chodziliśmy więc po wolnym od nosorożców obszarze wzdłuż koryta wyschniętej rzeki, wspinaliśmy się na skały wznoszące się ponad porośniętą wysuszoną trawą koloru żółtka jajka sawanną. Jak okiem sięgnąć tylko ta wszechobecna żółć, skały, gdzieniegdzie rozpadające się czaszki kudu czy oryksów i krzaki. Czyli busz, w swojej pierwotnej, etymologicznej formie.
Busz, po którym podczas spaceru oprowadzali nas Buszmeni – niscy, szczupli, zwinni i cisi archetypiczni przodkowie, nagle stał się domem, źródłem pożywienia, leków i schronienia. Źródłem, tłem i scenografią życia tych koczowniczych plemion, które nadal koczowniczymi by były, gdyby nie przesiedlenia po odzyskaniu niepodległości i zakazy polowań. Zakazy, które na szczęście nie dotyczą ich na rodzinnych ziemiach, czyli rozległych pustkach zachodniej Kalahari. Czemu na szczęście? Czy nie żal biednych zwierzątek?

 Pewnie, trochę żal. Ale gdybym głodowała od trzech tygodni, polowała od kilku dni, nieustannie biegając, tropiąc, śpiąc pod skałami i wzniecając ogień, nie pozostałaby we mnie ani krztyna litości dla opisywanych przez zawsze najedzonych i leżących w komfortowej kanapie, biednych zwierzątek. Zapewne.
A Buszmenom aż oczy się świeciły na wspomnienie polowań, dumy z sukcesu, radości całej wioski, tańców, śpiewów i automatycznego powodu do świętowania. Chociaż w Living Museum zarabiają normalne, jak najprawdziwsze pieniądze, za które są w stanie kupić w sklepie podstawowe przedmioty, to nie mają wątpliwości, że tradycyjne zdobywanie pożywienia jest im bliższe. I tańsze. Żyjąc w zupełnej integracji z naturą, mogą z niej czerpać akurat tyle, ile potrzebują. Nic się nie marnuje, nic nie marnotrawi. Byle żeby nie być głodnym. Byle żeby być sprawnym.

Niewiele posiadają i niewiele jest im potrzebne. Przepaska biodrowa, łuk, zatrute strzały, wytworzona z korzenia akacji tuba mieszcząca cały niezbędnik myśliwego, ukazująca swoje naturalne skarby stopniowo jak szwajcarski scyzoryk. To zbiornik na wodę, nóż, suche źdźbła i łodygi do rozpalania ognia w jednym.
I chociaż obecnie ludzie San noszą T-shirty, a odpoczywając w cieniu drzew w największym upale dnia spowici są często kłębami tytoniowego dymu, to jednak nadal kultywują swoje zwyczaje kiedy mogą. Nie marzą, jak Himba, o wyjeździe do Ameryki, mimo że część z nich chodziła do szkoły i mówi po angielsku.
Kiedy prowadzą nas do kolejnych naskalnych malowideł i językiem pełnym klików i mlasknięć opowiadają historię przodków mamy wrażenie, jakbyśmy nagle przenieśli się w czasie.

Na koniec uśmiechają się szerokim uśmiechem, uwidaczniającym poczerniałe od palenia stożki zębów, wypiłowane albo zmienione, zatracające gdzieś w toku ewolucji albo plemiennych inicjacji swój pierwotny kształt.
Po tym spotkaniu nie w głowie nam były przezwiska.
Buszmeni wzbudzają podziw i szacunek, spowite dodatkowo oparami tajemnicy i wiekowej mądrości przekazywanej z pokolenia na pokolenie – odwiecznych prawd, nad którymi my, tacy niby ucywilizowani, zastanawiamy się stanowczo za rzadko.
Kto miałby ochotę przejść się z nimi na spacer?

Dodaj komentarz