Metody na recykling, czyli jak przerobić chipsy na wyposażenie kuchni i strawić Iphone’a

Tradycje plemienia Zulu, czyli głównej grupy etnicznej Zululandu, będącej częścią ogromnej prowincji RPA KwaZulu – Natal (nie da się ukryć, kto zamieszkuje i rości niepodzielne prawa do regionu; nawet w każdą możliwą nazwę własną wplata patriotyczny akcent) przypominały mi mocno zwyczaje ludzi w Suazi.
Nawet herb czy godło podobne, owalna tarcza z włóczniami. W RPA wyskakuje z niej jeszcze nosorożec, ale na tym różnice się kończą.
Plemienny język kląska i strzela klikami, nie do podrobienia i nie do nauczenia.
Święta pierwszych owoców, tak znanej w Suazi Incwali co prawda nie celebrują, ale już „Święto Trzciny”, jak najbardziej. Każdego roku pod koniec sierpnia lub na początku września gromadzą się tłumnie przede wszystkim młode kobiety, niosące naręcza świeżo ściętych pędów roślin, służących następnie do naprawy domów, dachów, budowy ogrodzeń.
Paradują w tradycyjnych strojach, co najczęściej oznacza brak stroju, przed królem, bo zwiastuje to rok dobry, obfity i płodny.
Zajęło mi chwilę, zanim dostrzegłam nieścisłość. Jakim królem? Rozumiem Suazi, monarchię absolutną, ale w RPA rządzi przecież prezydent i w końcu demokratycznie wybrany po latach apartheidu rząd! Ale Zulu nadal mają swojego króla, sprawującego władzę w prowincji i mającego posłuch wśród plemienia. Jeśli zapytać kogokolwiek, kto jest władzą, Zulusi momentalnie wskazują na króla, dopiero po chwili na prezydenta. Zazwyczaj dwaj panowie dzierżący stery władzy dogadują się bez przeszkód. Zazwyczaj. Ale dziejowe doświadczenia uczą, że władzą nikt się nie lubi dzielić.

W wiosce Khula poznaję Josephinę. To seniorka rodu, najważniejsza w rodzinie. Babcia ośmiorga wnucząt, które razem z nią śpią na podłodze okrągłego domu. Babcia ma swoje łóżko, ale nie dla psa kiełbasa, dzieci na podłodze, każdy zna dobrze swoje miejsce. A w afrykańskiej kulturze, przeciwnie do naszej, to osoby starsze stawiane są na piedestale, to one są najważniejsze. One służą wiedzą zgromadzoną przez lata, a nie dzieci, które dopiero uczą się świata. Zresztą dzieci jest dużo, dzieci nie szkoda. Za to wraz ze śmiercią seniora znika niepodrabialny fragment kultury, a rodzina traci osobę decyzyjną, rozstrzygającą spory i godzącą skłóconych.
Dom Josephiny służy więc momentami za konfesjonał. Tam członkowie rodziny udają się po radę, zostają wysłuchani, tam wskazywana jest właściwa droga i udzielane rozgrzeszenie.
Obok znajduje się jeszcze mniejszy, kryty strzechą owalny budynek, nad wejściem do którego wiszą rogi krowy, barana i czegoś jeszcze, niektóre sprawiające całkiem świeże wrażenie.
To samotnia, oaza. Gdy w domowych, codziennych zabudowaniach robi się za ciasno, można w chatce się ukryć, pomyśleć, pomedytować i nikt nie ma prawa wejść nieproszony. Osoba niknie, nie istnieje dla danej chwili rodzinnego życia. Bo być może nie tylko myśli. Być może właśnie rozmawia z przodkami, którzy nieczęsto przebywają w „nowoczesnych” domach, za to chętnie wracają do dobrze znanych, lepiankowych. Dlatego pomimo rozwoju i stopniowo coraz bardziej finezyjnej architektury, na działce miejsce na lepiankę zawsze jest.
W końcu jak przodek-senior krąży w eterycznej, duchowej postaci musi się mieć gdzie zatrzymać.

Josephina oprócz pełnoetatowej roli babci, encyklopedii i sędziny w jednym wytwarza rękodzieło. Dawniej zajmowała się wyplataniem trzcinowych mat, teraz, idąc z duchem czasu, delikatne źdźbła oplata paskami po wykorzystanych opakowaniach po chipsach, słodyczach czy żelkach, tworząc patchworkowe podkładki pod talerze czy kubki. I materiał ekologiczny i śmieci się nie walają. Wszyscy zadowoleni.

W St. Lucia nie udaje się zobaczyć żółwi, udaje się za to spotkać inne gady. Takie, które będąc właściwie najstarszymi zwierzętami na ziemi, trwają w praktycznie niezmienionej, a jedynie nieco bardziej zaadoptowanej postaci od milionów lat.
Mowa oczywiście o krokodylach. Odwiedzamy centrum opieki, badań i poprawczak dla owianych złą sławą wielkich jaszczurów, mając okazję zobaczyć porę karmienia, kiedy wielkie pyski zaciskają się na biednych truchłach kur, które po trzech mlaśnięciach nikną w czeluściach żołądka. Żołądka wyposażonego w najsilniej działający kwas, jakim poszczycić się może żywy organizm. Krokodyl strawi wszystko. Rogi, kości, włosy. Nawet Iphone’a. Serio. Zaaferowany Niemiec upuścił kiedyś telefon za ogrodzenie, a wzięty za smaczną przekąskę sprzęt zniknął po trzech mlaśnięciach, mniej więcej tak jak te kury. Po kilku dniach zaniepokojeni opiekunowie zrobili krokodylowi prześwietlenie. Po komórce ani śladu. Kwas żołądkowy pozbył się ekranu, baterii i układów scalonych. Adiós!

A czemu centrum to także poprawczak? Lądują tam zwierzęta, które wykorzystały swoje trzy szanse. Pierwsze ostrzeżenie dostają, jeśli ktoś nakryje je na zjadaniu domowych zwierząt albo atakowaniu ludzi. Pracownicy patrzą wtedy na nie groźnie, machają ostrzegawczo palcem i po krótkiej pogadance wypuszczają na wolność. Drugie ostrzeżenie dostają po kolejnym incydencie. Jeżeli nadal stwarzają problemy, miarka się przebiera i na wolność już nie wychodzą. Zostają w centrum na resocjalizację, ewentualnie służą celom naukowym, badawczym lub rozrodczym. Niektóre po kilku latach takiego czyśćca są w stanie ponownie odnaleźć się w wodnych zbiornikach obiecując poprawę i że od teraz będą już dobrymi krokodylkami. Inne odsiadują dożywocie. Jak samica z Botswany, mająca na koncie trzy ofiary śmiertelne w ludziach. Do dzisiaj nie zapomniała smaku różowego mięsa. Mija kilkanaście lat, a ona nadal potrafi zaatakować rękę, która ją karmi.

PS Chociaż złą famę mają, krokodyle wcale nie odpowiadają za najwięcej śmierci ludzkich spowodowanych ręką (albo paszczą) zwierzęcą. Wyprzedzają je chociażby tak słodkie zwierzęta jak hipopotamy czy mniej słodkie, ale nadal swojsko kojarzone afrykańskie bawoły.

 

2 komentarzy

  1. Fajny ten poprawczak dla krokodyli.
    Pozdrawiam

    1. Byly tam nawet male krokodyle:)

Dodaj komentarz