KITY San Francisco

Żeby nie było tak miło, każde miasto ma dwie twarze…
O zaletach San Francisco pisałam poprzednim razem, teraz pora rozprawić się z jego czarnymi stronami:)

  1. Zatłoczone i brudne downtown.

Centrum większości miast nie jest naszym ulubionym miejscem. Ale o ile w San Francisco generalnie jest porządek, przestrzenie zielone dla złapania oddechu, o tyle samo wypełnione wieżowcami downtown nie ma w sobie nic z otaczającego je uroku.
Wielkie ulice zatłoczone są spieszącymi się ludźmi, bo mimo że transport publiczny w mieście istnieje (i jak na zachodnie Stany to jest nawet wzorowo rozwinięty), to jednak nadal nie daje rady sprostać wzrastającym potrzebom. Śmieci walają się i wirują na silnym wietrze, a plamy na ścianach budynków, ulicach czy chodnikach mimowolnie każą zastanawiać się nad swoim pochodzeniem, mimo że równie mocno staramy się takie myśli odgonić. Wiąże się to trochę z kolejnym punktem, czyli…

  1. Ćpuni i bezdomni.

San Francisco to mekka nie tylko artystów i osób wolnego ducha. To również, wyrosła na tradycji traperskiej i hippisowskiej („If you’re going to San Francisco, be sure to wear some flowers in your hair” aż samo chce się śpiewać) mekka narkomanów, którzy ściągają tłumnie i zalegają na ulicach – teoretycznie przyciąga ich lepszy socjal, praktycznie budują squatowe obozowiska. Gadają do siebie, prowadząc ożywione monologi – początkowo szukamy schowanego gdzieś zestawu głośnomówiącego, bo jakoś nie chce nam się wierzyć, że można się tak zaangażować w uzewnętrznioną dyskusję z samym sobą, ale jednak. Ciągną dobytek, zalegają na ulicach, rozstawiają namioty i śpiwory w takich ilościach, że momentami trzeba uważać, by w jakiegoś nie wdepnąć, albo celowo zakosami omijać skłębione grupy.
Szczytem był facet ze strzykawką stojący w biały dzień, na jednej z głównych ulic przed kapitolem, nad nieprzytomną kobietą leżącą na ulicy i szykujący się do podania kolejnej dawki. Nigdy w życiu nie widzieliśmy takiego nagromadzenia narkomanów na ulicach. Nigdy.

Nawet w Chinatown wiekowy Chińczyk siedzi przed bramą niedziałającego sklepu paląc opium z wielgachnej fajki. Zaciąga się, patrzy w przestrzeń pustym wzrokiem, patrzy przez nas na wylot, jakby w ogóle nie dotarło, że przechodnie przechodzą mu dosłownie przed końcem fajki i zaciąga się po raz kolejny.

„…If you’re going to San Francisco…”

  1. Zimno i wietrznie.

Ocean ma swoje plusy i minusy, dlatego znajduje się i w hitach i kitach.
Podczas naszego pobytu w San Francisco początkowo zachęcało słońce, wkrótce jednak zastąpił je gęsty całun chmur i mgły. Zawsze jednak, niezależnie od pory roku i dnia, wiatr ochładzał atmosferę, mierzwił włosy, podrywał z ulic gazety i śmieci, niemalże wytrącał z rąk przechodniów nieodłączne kubki z kawą na wynos. Może latem jest trochę lepiej (my jednak byliśmy tam na początku maja), ale jako kierunek na „wygrzanie” po polskiej, długiej zimie lepsze byłoby San Diego…

  1. Tłok i konsumpcja.

Miasto jest turystyczne, to i turystów dużo.
Na ulicach, przy zabytkach, na wybrzeżu…Wszędzie pełno ludzi, a co za tym idzie, dużo drogich, nastawionych na szybki zysk turystycznych sklepów. Przynajmniej w samym downtown, im dalej od centrum tym lepiej – mieszkalne dzielnice Castro, Mission zachowują swój klimat pomimo turystyczności i jakoś opierają się wszechobecnym, kapitalistycznym naciskom.
Centrum obfituje nawet w „hale koszyków” – hipsterskie promenady pomiędzy stoiskami sklepowymi zaświadczające o swojej eko-bio-agro-unikalnej jakości, nowoczesną estetyką i porządkiem jednak trochę jej zaprzeczając…

  1. Ceny! Jest drogo!

No niestety. Dla przeciętnego Polaka, a szczególnie takiego w długiej podróży, wyjazd do San Francisco to window shopping z wywieszonym językiem śliniącym się na widok wszystkich ślicznych rzeczy zmyślnie ustawionych w taki sposób, by od razy chciałoby się je kupować, ale cenami przywracającymi zdrowy rozsądek.
I o ile w sklepach można znaleźć praktycznie wszystko (nawet porządny, pieczony na zakwasie chleb!), to jednak szybko okazuje się, że uniwersalne ceny Walmarta nie mają sobie równych w kategorii dostępności. Wszystkie inne znacząco różnią się pomiędzy Stanami – nie tylko usługi czy produkty spożywcze, ale przede wszystkim ceny paliwa, a Kalifornia należy do tych najdroższych…Pora popracować trochę w Silicon Valley i wyrównać poziom…
Skąd takie ceny okazuje się, gdy zaczynam grzebać w bieżących informacjach o PKB i światowych gospodarkach. Stan Kalifornia to obecnie (2018 rok) piąta gospodarka na świecie, przewyższająca w tym momencie Francję i Wielką Brytanię.

Kto, mimo to, uwielbia San Francisco?

„Największe gospodarki świata:
1. Stany Zjednoczone 19,91 bilionów dolarów
2. Chiny 12,015 bilionów dolarów
3. Japonia 4,872 bilionów dolarów
4. Niemcy 3,685 bilionów dolarów
5. Kalifornia 2,747 bilionów dolarów
6. Wielka Brytania 2,625 bilionów dolarów
Różnica staje się jeszcze bardziej widoczna, gdy porówna się liczbę ludności poszczególnych gospodarek. Kalifornia ma ok. 40 milionów mieszkańców, Wielka Brytania – ok. 66 mln.”
źródło: https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/gospodarka-kalifornii-piata-na-swiecie/pdrwvs3

Dodaj komentarz