Czym zaskakuje Ascencion?

Kilka dni przed przybyciem na wyspę wertowaliśmy zawzięcie świetnie przygotowane foldery reklamowe, wciśnięte nam w ręce pod ladą w informacji turystycznej na św. Helenie. Dostawaliśmy wypieków, czytając o rajskich plażach, endemicznych ptakach – fregatach, czarnych jak smoła sporych drapieżników, z nadymającym się, czerwonym podgardlem, żółwiach morskich składających jaja na plaży czy o ogromnych, lądowych krabach. Nauczeni doświadczeniem, chcieliśmy od razu wynająć samochód, pojechać wgłąb wyspy, skorzystać z uroków zazielenionych tras trekkingowych i odległych od stolicy terenów lęgowych setek ptaków.
Ale nic z tego. Dosłownie i praktycznie – prawie nic z tego.
Foldery reklamowe musiały zostać opublikowane jakieś 3-4 lata temu, kiedy HMS Elżbieta sypnęła funtami w niezrozumiałym przeczuciu, że może turystyka się rozwinie i oddalona od wszystkich i od wszystkiego baza wojskowa zakwitnie nagle banknotami odwiedzających.
No cóż. Przeczucie najwidoczniej zawiodło, a z swawolnych intencji pozostały tylko te kolorowe i zachęcające książeczki.
Posłużmy się przykładem. Na jednej z dwóch głównych ulic Georgetown, prostopadłej do tej pierwszej widzę napis „Freddy’s Bakery” i zachęcające markizy. Naiwnie staram się nie widzieć poblakłości wymalowanych liter, wypalonych słońcem i zamkniętych okiennic, zachodzących wulkanicznym pyłem. Pytam spotkaną przy banku kobietę, czy piekarnia działa, czy może jakiś świeży chleb można by kupić, a może bułeczki?
Ta spogląda zdumiona i jakby zaskoczona zainteresowaniem:

  • Oj nie, ona już od lat zamknięta. Jedyne świeże rzeczy można kupić w markecie.

I tak, cegła za cegłą, metodycznie rzeczywistość burzyła stworzony mur oczekiwań, a „Freddy’s Bakery” staje się nagle symbolem turystycznego regresu.


Nie możemy wynająć samochodu, nie możemy nawet wziąć taksówki, bo usługi takie na wyspie nie istnieją, a w ogóle to i tak nie możemy się ruszyć poza stolicę, tak rzecze podpisane i profesjonalnie podbite przez Pana Specjalistę od spraw Imigracji pozwolenie. A raczej brak pozwolenia. Czemu tak? Bo tak.
Może 10 funtów opłaty wjazdowej nie pokrywało zwiedzania wyspy? Może dostaliśmy zakamuflowaną zniżkę?
Pan Specjalista od spraw Imigracji, w skrócie Jim, jest jednak miły, a kiedy wita się z nami po polsku, zgadzamy się na wszystko i nie protestujemy. Kiedy mówi, że przez prawie 3 lata pracował w ambasadzie w Warszawie, rozpływa się nad historią, architekturą i Sadybą, mamy ochotę zaprosić go na piwo. Na tym odludziu to prawie jak rodak! Szybko jednak okazje się, że to nie koniec polskich akcentów. Oczy łzami zachodzą na widok 7 różnych smaków zupek chińskich Vifona, zapełniających półki w jedynym sklepie na całej wyspie. Niedaleko panoszy się sałatka grecka i ogórki kiszone firmy rolnik, wraz z paluszkami i waflami familijnymi do przegryzienia, lekko przeterminowanymi, ale kto by się przejmował.
Z najwyższego rzędu macha polski chleb wieloziarnisty i tylko powiewająca na nim niczym zatknięta flaga pleść odstrasza jednak od kupna tej namiastki ojczyzny.
Nieprzeterminowana natomiast okazuje się bułka tarta, ale z braku pomysłu na jej wykorzystanie musi pozostać w swym zacienionym kącie, czekając na lepszego właściciela.
Wygląda na to, że zaopatrzenie Ascencion, w przeciwieństwie do św. Heleny ma zachęcać do przyjazdu, albo przynajmniej uczynić pobyt na wulkanicznym środku oceanu trochę mniej uciążliwym, pochodzi głównie z Wielkiej Brytanii.
Dawnego imperium, obecnie niemalże polskiej kolonii.

  • Wiecie, że polski to drugi najczęstszy język na Wyspach Brytyjskich? – śmieje się Jim, wbijając nam do paszportów za jednym razem pieczątki wjazdowe i wyjazdowe.

No bo po co dwa razy się męczyć, po co pracy dodawać. Macha nam jeszcze na odchodne wytatuowaną ręką pokrytą tatuażami i zabandażowanym nadgarstkiem, rzuca „do widzenia” i wskakuje do swojego samochodu – jakże by inaczej – Land Rovera.
Zabiera z resztą ze sobą przez przypadek nasze pozwolenia na pobyt, a właściwie zakazy, więc tak do końca nie wiemy, czy możemy się ruszać, czy nie możemy. Ograniczeni do własnych nóg, za daleko i tak nie odejdziemy.

Jim pozwala natomiast na poruszanie się po wyspie w ramach zorganizowanych przez centrum badawcze wycieczek. Ruszamy więc tam ochoczo, pocąc się w porannych promieniach tropikalnego słońca, ale wskazany budynek wita podobną do „Freddy’s Bakery” pustką, zamknięciem i nieprzystępnością, a o śladach czasowej bytności ludzkiej świadczą jedynie samochody na podjeździe. Oczywiście – Land Rovery. Oczom nie wierzymy, widząc godziny otwarcia: od 7.30 do 9 rano, w weekendy zamknięte.
Dla pewności okrążamy wojskowy barak służący za biuro turystyczne, ale jedyne, co znajdujemy, to poblakłe wydruki w oknach z informacjami o fregatach, populacji żółwi na wyspie i trwających projektach.
Pomocna kobieta z banku poleca nie zwracać uwagi na zamknięcie, przyjść po południu – może ktoś będzie w środku.
I tym razem się nie myliła. Na nasze pukanie wychodzi młoda dziewczyna, ze spojrzeniem zdziwionym niespodziewanym najściem i niezrozumiałym zainteresowaniem.

  • Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – pyta.
  • Dzień dobry, chcielibyśmy zapytać, czy jest możliwość zorganizowania wycieczki po wyspie?
  • A jaka wycieczka was interesuje? – odbija piłeczkę, tak jak byśmy mieli wiedzieć. Mając na uwadze wszechobecną pustkę i zamknięcie odpowiadamy pytaniem:
  • A jakie wycieczki macie w ofercie?
  • No jest jedna, dzisiaj w nocy, oglądanie lądowych krabów, ale wszystkie miejsca są zarezerwowane. Będziecie tu w przyszłym tygodniu?

Bo wydarzenia zorganizowane, organizowane są dwa razy na tydzień. I to i tak głównie dla lokalnych mieszkańców. A czas na wyspie nie liczy się w godzinach. Raczej płynnie i niezauważalnie przechodzi w dni. Rozbitkowie z kołyszącego się na kotwicy jachtu nie mają jednak przestawionych zegarków. Speszona dziewczyna spogląda teraz przepraszająco, że nic nie może zrobić, po czym wraca na chwilę do biura i wręcza nam kopertę pełną ślicznych i świetnie opracowanych ulotek. Wydane w podobnym czasie, jak nasz zwodniczy folder, stają się nagle jedynym sposobem na zwiedzenie odleglejszych zakątków wyspy.
Podczas jednego ze spacerów po naszej otwartej klatce natrafiliśmy na muzeum. Pomyśleliśmy: „o super, trzeba tu koniecznie zajrzeć!”, ale zaraz się zreflektowaliśmy: „a nie, otwarte pojutrze od 10:00 do 12:00”. Można za to pożyczyć sobie jedną z ogólnodostępnych książek na obszernej półce przed drzwiami wejściowymi. Tu byłem, książkę czytałem, dzień, dwa, trzy, w oczekiwaniu na otwarcie…

Ascencion chwali się na okładkach rajskimi, zupełnie nieatlantyckimi plażami. I trzeba oddać sprawiedliwość, są przepiękne. Jedne długie, zachęcające żółciutkim jak piórka kurcząt piaskiem, inne ze skomplikowanymi, bazaltowymi tunelami tworzącymi naturalne zagłębia i stawy, mniej oczywiste w swej piękności, ale hipnotyzujące hukiem fal i zmiennością pływów. Aż chciałoby się wskoczyć do czystej, lazurowej wody, by móc potem korzystać z ogromnych i całkowicie pustych połaci piasku, niezanieczyszczonych ani jednym ręcznikiem, ani jednym parawanem.
Niestety. Wszechobecne tabliczki skutecznie odstraszają. Nie można pływać, bo silne prądy, a ulotka dodaje – był taki, co zlekceważył, wypłynął z kolegami, koledzy wrócili, ale on już nie. Można kąpać się w jednej jedynej zatoce, pisze autor ulotki, ale zaktualizowana tabliczka dodaje – już nie, już nie można. W zeszłym roku pływającego 30 m od brzegu na paddleboardzie faceta zaatakował rekin, nadgryzając bok, kilka dni później odnotowano drugi atak, tym razem poszkodowana została noga. Jakimś cudem oboje incydent przeżyli, ale od tego czasu jakoś tak mniej śmiałków wskakuje w kąpielówkach w wysokie fale.
Wieść szybko się roznosi, przekazywana z ust do ust szybciej niż po oceanicznych łączach internetowych – sami usłyszeliśmy o tym już na wyspie św. Heleny – co zmniejsza już i tak niewielki potencjał turystyczny Ascension.
W końcu jedyny hotel zamknięto, wraz z nim jedyną restaurację. Okiennice zasunięte, napisy blakną i zachodzą pyłem wulkanicznym, a cała wyspa, jak „Freddy’s Bakery” – z nazwy jeszcze zachęca, w rzeczywistości już trochę mniej.

2 komentarzy

  1. Prawdziwie wyspa prawie bezludna. Piękne zdjęcia wyglądacie jak Robinson Cruzoe i ten jego towarzysz…..!!!Pozdrawiam i już czekam na Wasz powrót!!!

    1. Dziękujemy! I tak, zaledwie kilkaset osób mieszka na wyspie, w większości wojskowi…

Dodaj komentarz