24h w Brazylii

Delfiny na Fernando de Noronha to temat rzeka! Nagle, przy śniadaniu rozpoczął się niesamowity taniec. Dziesiątki smukłych zwierząt, całe rodziny, spłynęły do zatoki i odstawiały takie przedstawienie, że światowej sławy oceanaria mogą się przy tym schować. Nie wystarczyły skoordynowane wynurzenia. Nie wystarczyły skoki przez fale. Niektóre, na oko mniejsze i młodsze, rozpędzały się do prędkości kilkudziesięciu km/h by za chwilę wzbić się w górę, kręcą wokół własnej osi niczym gładkie śruby, albo tancerki kręcące piruety na lodowisku. Inne obkręcały się na grzbiet, uderzając płetwą ogonową i dryfując powoli jak wczasowicze wygrzewający się na materacach. Jeszcze inne wywijały salta. Wcześniej nie sądziłam, że to możliwe, ale kiedy zobaczyłam delfina wyskakującego 3-4 metry ponad powierzchnię wody, wyprężającego silne ciało w akrobatyczny łuk stwierdziłam, że nic w tych zwierzętach nas już nie zdziwi.  Zastanawiamy się nawet, czy nie popisywały się tak dlatego, że tłumy wyrzucające z siebie ochy i achy ze statków zwyczajnie je dokarmiają, ale nie. Pewne źródło potwierdziło, że tańczą tak każdego ranka, kończąc pokaz koło południa, bezinteresownie, bez dodatkowych opłat.
Żeglując już przez tyle lat, do delfinów jesteśmy już dość przyzwyczajeni – bardzo często pływają wzdłuż łódki, ścigając się z nią przed dziobem, i ciesząc się wzajemnym towarzystwem. Zawsze siadam jak zahipnotyzowana i o ile ktoś nie przegoni mi ich sonarem, mogłabym wpatrywać się w nie w nieskończoność. Takich akrobacji jednak, jak przy Fernando de Noronha, nie widziałam jeszcze nigdy. I nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego widoku do porannego tosta.

Przy okazji samotnego spaceru na plaży miałam okazję przemyśleć dogłębnie, jaka ilość kurtuazyjnie robionych zdjęć obcej osobie wyznacza granicę pomiędzy uprzejmością, a nagabywaniem. Rozumiem 2-3 zdjęcia pstrykane z różnych perspektyw komórką na wypadek, gdyby to pierwsze nie wyszło. Ale proszący mnie o zdjęcie mężczyzna (z preferencji raczej w kierunku płci męskiej, niż żeńskiej), wyprosił u mnie całą sesję. Najpierw z oddali, teraz portretowe, teraz bokiem, z napiętym bicepsem i naramiennym, potem w kapeluszu, broda wyżej, broda niżej, jeszcze z bliska. W końcu, chyba choć trochę usatysfakcjonowany, podziękował. Biorąc pod uwagę sort ludzi plażujących na Fernando de Noronha, mógł to być brazylijski model mieszkający w Gujanie Francuskiej. Mógł. Ale niekoniecznie.
Z oddali widziałam go potem, jak leżąc niczym syrena wyrzucona na brzeg wody robił sobie jeszcze selfie do kolekcji. Niestety nie byłam w stanie zobaczyć, czy z dzióbkiem, czy bez.

Pomimo atrakcyjności archipelagu i popularności, nadal (nawet na plażach „ogólnodostępnych za darmo”, niewchodzących w skład parku narodowego), wiele miejsc jest całkiem odosobnionych. Można wybrać się na jedną z kilkunastu plaż i nie spotkać nikogo. Można podjechać na punkt widokowy i spotkać w porywach 3 osoby.
Patrząc z góry na zachodzące słońce i przybrzeżne formacje skalne nie można było oprzeć się wrażeniu, że to jedno z najpiękniejszych, pocztówkowo pięknych miejsc, w których byliśmy.

Na skałkach, podczas przerwy w intensywnej eksploracji wyspy, łaszą się do nas jaszczurki i dziwne wiewiórko – świnki morskie. Trudno powiedzieć, z czego więcej ma ta hybryda. Jest jak wiewiórka bez ogona, albo jak odchudzona świnka.
I tak, dobrze napisałam – łaszą się. Pierwszy raz widziałam, by jaszczurki podchodziły tak blisko, czasem nawet dotykając delikatnymi nosami albo językami stóp i żebrały o jedzenie. Potem uciekały szybko z kawałkiem jabłka albo okruchem, żeby zdążyć przed innymi jaszczurkami, których dziesiątki nagle pozłaziły się znikąd, albo przed większymi i sprytniejszymi, ale nie tak zwinnymi wiewiórko-świnkami.

Przeszliśmy dość nielegalnie wzdłuż jednej plaży za granicę zastrzeżonego nie dla pospólstwa parku narodowego. Ukryliśmy się pomiędzy lazurową wodą skalistej zatoczki, tworzącą przy odpływie naturalne baseny, z widokiem na bliźniacze skały z oddali przypominające nieuchronnie kobiecy biust – i to taki brazylijski, obfity. Po jakimś czasie tknęło mnie przeczucie, że droga powrotna, pokonywana w pierwszą stronę po skałach w japonkach może nie być już tak kolorowa ze względu na przypływ, ale co tam, fajnie jest, siedzimy, wgapiamy się w bajeczne widoki, jaszczurki i świnko – wiewiórki. Przyszło nam za to zapłacić własnym ciałem i komfortem. Dobijani przez fale do skał, brodziliśmy po kolana w wodzie, próbując wymacać stopami niewidoczne pod pianą kamienie, a przybój raz na jakiś czas rozbijał się tuż pod nami, zachlapując nas do pasa i pryskając soloną wodą dosłownie wszędzie. No cóż, jeśli wcześniej było wilgotno, teraz już zwyczajnie i totalnie mokro. Przemoczeni do pasa, z piaskiem oblepiającym nogi, wracaliśmy do portu. Nikt się temu nie dziwił. Beach Style jak z żurnala!

Od kilku dni jest już bardzo gorąco. Powietrze oblepia, a wymieszane ze słoną bryzą przykleja się na dłużej i nie chce puścić. W dzień jakikolwiek wysiłek wyciska hektolitry potu. Drugie tyle wlewamy w siebie, siorbiąc wodę i chwaląc niebiosa za kostkarko – zamrażarkę. W nocy nie ma litości. Nadal jest gorąco. Ale nie ma słońca, więc jednak trochę mniej.
To pierwszy rejs, na którym wolę wachty nocne od dziennych. W dzień pokład dodatkowo odbija promienie słoneczne, spalając skórę pod dziwnymi kątami nie do przewidzenia i nie do ochrony przez kremy z filtrem. Po co zresztą kremy. I tak momentalnie spłyną wraz z tymi hektolitrami przy tak codziennych zadaniach, jak postawienie spinakera.
Bierze się zimny prysznic i zanim wyjdzie z kabiny, ciało ponownie pokrywa się potem. Wręcz widać, jak codziennie i skutecznie walczy w tej nierównej walce z przegrzewaniem.
Pora ruszać dalej…

2 komentarzy

  1. Nie wiem co bardziej zachwyca zdjęcia czy opis tego co tam zobaczyliście.
    Myślałam ,że flamenco to najpiękniejszy taniec jaki widziałam , no ale ten delfinów….., cóż można tylko pomarzyć.

    1. CHyba nic, co tworzy człowiek, nie może się równać naturze, zawsze możemy ją jedynie naśladować:)

Dodaj komentarz