Żubr nie występuje w puszczy – o Białowieskim PN

Nigdy nie byłam w Białowieży – zawsze albo za zimno, albo za deszczowo, albo po prostu za daleko. Dopiero przy okazji majówkowego Tour de Pologne zawędrowaliśmy do puszczy.   Jak zwykle chcieliśmy połączyć jeżdżenie samochodem z wypoczynkiem na świeżym powietrzu w mroźnych, majowych temperaturach. Wzięliśmy więc rowery, mapy, mielonkę tyrolską i pojechaliśmy.

Wylądowaliśmy w Kruhliku, małej miejscowości widocznej dopiero na maksymalnym powiększeniu googlemaps i położonej malowniczo nad Zalewem Siemianowskim. Kruhlik to właściwie jedna ulica, za to przecinająca idealnie fragment lasu (chociaż w Białowieży wszystko położone jest w środku, na skraju albo w obrębie lasu), gdzie rano budzą ogłuszające ptasie koncerty, a powietrze przesycone jest zapachem żywicy.  Za to właściciele gospodarstwa, w którym się zatrzymaliśmy, to przesympatyczni ludzie, których historie życia można by spisywać na kartach powieści.  Doradzili nam od razu, którędy najlepiej wjechać do parku no i przede wszystkim, gdzie najlepiej zobaczyć żubra. Bo przecież po to tu przyjechaliśmy, prawda? Po to każdy przyjeżdża do Białowieży? Czy nie?
Doskonale pamiętałam reklamy niskoprocentowych alkoholi z Żubrem w roli głównej. A skoro uwielbiamy wszelkie safari, a żubr występuje w puszczy, nie pozostało na nim nam nic innego jak tylko w tę puszczę wjechać.

Zaczęliśmy od przejazdu przez okoliczne wsie, które uderzyły nas od razu barwami elewacji bijącymi kolorami po oczach w ostrym słońcu, prostotą życia i spokojem zagłuszanym jedynie ornitologicznymi wrzaskami. No dobra, zagłuszanym również terkotem traktorów. Przejechaliśmy przez Siemianówkę i dotarliśmy do Babiej Góry, gdzie kończył się asfalt, gdzie kończyła się cywilizacja. Starsze panie w kolorowych chustach intensywnie nam się przyglądały a panowie nawoływali z mocnym, wschodnim akcentem.  Musieliśmy przyglądać im się nie mniej ciekawie niż oni nam, przez cały czas odnosząc wrażenie, że jesteśmy już bardziej na Białorusi niż jeszcze w Polsce.  Wrażenie to musiały odnosić też nasze telefony, które w pewnym momencie zwyczajnie załapały białoruską sieć.

Wiedzieliśmy, że w okolicy Babiej Góry znajduje się ostoja żubrów, jednak ciągle nie mogąc jej zlokalizować przejeżdżaliśmy w tę i z powrotem jedną jedyną ulicą do tego stopnia, że sołtys siedzący na ławce przed swoim domem zaczynał nas pozdrawiać i mówić, że do Łukaszenki to w drugą stronę.  My jednak nie chcieliśmy do Łukaszenki. Chcieliśmy przecież tylko do Żubrów!  Rozwiała nasze wątpliwości przypadkowo spotykana podczas spaceru pani:
– Ostoja żubrów? A no tak, tam jest, o, tam. Ale ich tam nie ma, prawie nigdy. Za to jak ostatnio syna do przedszkola wożę, to przy Siemianówce często stoją. Przy drodze.
My na to, że chętnie drogą też się przejedziemy, że dziękujemy i że poszukamy też w puszczy.
– W puszczy tylko uważajcie na wilki – dodała.
Podziękowaliśmy. Spojrzeliśmy po sobie, dziwiąc się absurdalności sytuacji. I uważaliśmy na te wilki, bo jednak strach nas nieco obleciał.

Nie zdążyliśmy jednak nawet na dobre zagłębić się w las, kiedy z naprzeciwka podjechały 2 motory z ubranymi w moro strażnikami i zapytali nas o dokumenty. Widocznie bliskość Białorusi wpływała nie tylko na telefon, lecz także straż graniczną, która patrolowała całymi dniami lasy i spisywała korzystających z nich turystów.  Legitymowanie zajęło trochę czasu, lecz przynajmniej nie musieliśmy stać w samochodowym korku jak dawniej na europejskich granicach, a jedynie obok naszych rowerów, na lonie natury. Na koniec strażnicy dodali:
– I proszę nie przekraczać samowolnie granicy z Białorusią. Z naszej strony wiąże się to z mandatem 500 zł.
– A z ich strony? – zapytał z zainteresowaniem Piotrek
– No na przykład z przedłużeniem wakacji. Do miesiąca. Albo dłużej, bo nie za bardzo potem chcą do domu wypuszczać…

Odpuściliśmy więc przymusowe wakacje za wschodnią granicą i skierowaliśmy się do Starego Masiewa, kolejnej malowniczej wioski położonej w granicach Białowieskiego Parku Narodowego.  Zdążyliśmy pojechać kilkaset metrów do kolejnej ostoi, z oczami świecącymi się myślą o prawdopodobnym spotkaniu wielkich ssaków, kiedy ni stąd, ni zowąd zatrzymała nas znowu straż graniczna, tym razem wysiadająca z terenowego samochodu.  Na grzeczną uwagę, że tyle co byliśmy legitymowani odpuścili sprawdzanie papierów I zaczęli znaną już śpiewkę:
– Ostoja żubrów? Tam nigdy żadnego żubra nie ma! To wszystko pod turystów robione. Prędzej żubra na polu zobaczycie niż tam.
Jeszcze nie wiedzieli, że słowa te będą dla nas prorocze.
– Widzieliście w ogóle w puszczy jakąś zwierzynę? – zapytali zaczepnie.
My na to, że lisa, zające, że na więcej jeszcze nie mieliśmy czasu…
– Ale my o dużą zwierzynę pytamy… Żubry, łosie, jelenie. Takiej zwierzyny w puszczy nie ma! Jak mają przejść przez te powalone pnie? Za to wychodzą na pola, do mniejszych zagajników, tam przynajmniej się mogą swobodnie poruszać. –  tymi słowami pożegnali się i odjechali.

Mają zupełną rację. Puszcza Białowieska to ostatni na niżu Europy las naturalny, o charakterze pierwotnym, który przed wiekami rozciągał się w strefie lasów liściastych i mieszanych.  Z powodu jego pierwotności, nie tylko zwierzęta są chronione i zostawione w spokoju.  Obumarłe drzewa zgodnie z zasadą: „tu urosłem, tu padłem”, pokrywają poszycie lasu na równi z bagnami, łąkami i mniejszymi roślinami, tworząc jedyny w swoim rodzaju ekosystem. Spoglądając z powątpiewaniem na ilość przeszkód pokrywających las, nie spodziewałam się ujrzeć zbyt wiele zwierzyny. No, może łosia.  Ale skoro wcześniej nie udało mi się dostrzec łosia w puszczy Kampinoskiej, nic nie wskazywało na to by sytuacja ta zmieniła się w Białowieskiej.

Jechaliśmy już przez jedną z wielu wsi mijanych w drodze powrotnej, kiedy nagle Piotrek zatrzymał się z piskiem opon i zaczął mi bezgłośnie, ale intensywnie wskazywać na coś ręką. Wow.  Pisk opon, mimo że rowerowych, to jednak nadal głośny, wystraszył jelenią rodzinę, która schowała się w pobliskim lasku.  Kilkadziesiąt metrów od nas, na wyciągnięcie ręki. No dobra – na wyciągniecie teleobiektywu.
Spomiędzy gałęzi wystawało dorodne poroże, obok trawę pogryzała sporych rozmiarów łania, a dzieciaki chwilowo się zapominając, wyskakiwały i stawały się dobrze widoczna na pobliskim polu. Czatowałam na nie dłuższą chwilę i w końcu, w końcu się udało! Udało się uchwycić na zdjęciu małe jelenie! W tym jednego albinosa!
Rozochoceni sukcesem i idąc za radą wszystkich mieszkańców, wieczorem, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, a zwierzęta wychodziły z kryjówek, wybraliśmy się ponownie na bezkrwawe łowy.
Mrużyłam zawzięcie krótkowzroczne oczy, kiedy nagle przejeżdżając obok pola zauważyłam krowy.  Tylko jakieś dziwne, takie duże, brązowe. Trochę za duże, jak na krowy. I trochę zbyt włochate…
Zanim zdążyłam wypowiedź na głos to co myślałam, zatrzymaliśmy się ostro i naszym oczom ukazały się najprawdziwsze pasące się żubry. Wow. Wgapialiśmy się w nie ze zdumieniem, trochę strachem i niekłamanym zachwytem. Były naprawdę ogromne. Wręcz surrealistyczne.
Potem dowiedzieliśmy się, że musiały to być młode byki, które najczęściej odłączają się od stada i chodzą samotnie. W tym czasie samice najczęściej przebywają z młodymi.
Teraz już rozumiecie, dlaczego żubr nie występuje w puszczy? Wolą przemierzać powolnym, majestatycznym krokiem pola, przy okazji podgryzając trawę, której akurat mają tu pod dostatkiem.
Lasy i zwierzyna Białowieży opowiadają burzliwe historie, ale paradoksalnie, pierwotnie dzikość puszczy uratował jej odwieczny status terenów łowieckich. I to byle jakich. Elitarnych, można by rzec. Od zawsze były to tereny polowań królów, cara czy prezydenta Rzeczpospolitej. Za samowolny wstęp na te chronione tereny groziła surowa kara, co skutecznie zniechęcało kłusowników. Polowania co prawda w pewnym momencie wymknęły się spod kontroli, ale na szczęście zbiegło się to w czasie z ustanawianiem pierwszych rezerwatów i obszarów chronionych, pozwalając Białowieży przetrwać do naszych czasów w stanie względnie niezmienionym i zapobiec jej destrukcji.

Wschodnie tereny to jednak nie tylko puszcza i zwierzęta. To przede wszystkim niezmiernie kolorowe i czyste wsie z drewnianymi domkami, bogato zdobionymi okiennicami, oraz cerkwie malowane we wszystkie kolory tęczy. Nasze ulubione znajdowały się we wsiach Narew, Trześcianka i Soce, stanowiących jednocześnie punkty odcięcia na trasie tzw. otwartych okiennic.

Samą miejscowość Białowieżę zostawiliśmy sobie na kolejny dzień. Odstraszała nas trochę jej turystyczność, odradzali ją zresztą również mieszkańcy. Wbrew lokalnemu patriotyzmowi i sile małej ojczyzny. Ale pogoda, jak to często bywa, podjęła decyzję za nas, przynosząc zacinający deszcz, w którym jazda rowerami niekoniecznie byłaby najprzyjemniejszym wyborem. Zapakowaliśmy się więc po raz kolejny do samochodu i pojechaliśmy do wsi Budy, gdzie znajduje się dość słynny w okolicy skansen. Piotrka co prawda bardziej niż skansen zainteresowała otwarta tuż obok restauracja, a jako że deszcz nie pozwalał na cieszenie się długimi spacerami, więc po szybkim i krótkim rekonesansie schroniliśmy się w Muzeum Białowieskiego Parku Narodowego, ostatnim punkcie na naszej trasie.

Zarówno muzeum jaki park zdecydowanie polecamy.  Muzeum czynne jest w sezonie od poniedziałku do piątku 09:00 16:30, a sobotę w niedziele i dni świąteczne do 17. Eksponowane są w nim najbardziej charakterystyczne dla puszczy zbiorowiska leśne: grąd, ols, łęg, bór czy borealna świerczyna bagienna. Taaak, ja też wcześniej nie wiedziałam, co to znaczy, jedynie na zasadzie skojarzeń przypomniały mi się dawne lekcje geografii.  Do tego muzeum wypełnione jest po brzegi rozliczną zwierzyną występującą na terenie puszczy.  Niestety, wypchaną.
Miałam jedynie nadzieję, że zwierzęta te najpierw zakończyły żywot, a potem został wypchane, a nie odwrotnie.

Park Pałacowy otaczający muzeum został założony na przełomie XIX i XX wieku wokół wznoszonej myśliwskiej rezydencji carów Rosji.  Skorzystaliśmy z chwilowej przerwy pomiędzy jednym deszczem a drugim i po zwiedzaniu muzeum przeszliśmy się do chyba najładniejszych budowli parku, czyli dworku z 1845 r.

Nie mogliśmy wyjechać z Białowieży nie wstępując do jeszcze jednego miejsca. Rezerwat pokazowy żubra to przecież największa atrakcja! Żubra co prawda już widzieliśmy, ale nadal nastawiałam się, że zobaczę chociaż łosia, którego tak daremnie próbuję dostrzec od wielu miesięcy.

Podeszliśmy do pierwszej klatki i oh, żbik. Taki duży kot. Spał.
Podeszliśmy do drugiej zagrody. Wow! Wreszcie łosie! Szkoda, że też spały.
Kolejno widzieliśmy dziki, sarny i resztę zwierzyny przebywającej na terenie puszczy Białowieskiej. I tak, dobrze zgadliście.
Wszystkie spały.
Nawet wilki jedynie leniwie podniosły głowę, by zaraz znowu pójść spać. Ratowały sytuację hiperaktywne ptaki, które świergotały zawzięcie przelatując z drzewa na drzewo, a urzekła nas totalnie słodka wiewiórka, która korzystając z ospałości łosia bezczelnie podkradała orzechy wybierając je prosto z jego żlebu.

Czy polecamy więc Białowieżę? Jasne, że tak! Niesamowita, jedyna w swoim rodzaju przyroda, dzikość, zwierzęta, niesamowita kultura i ciepli mieszkańcy –  to wszystko pozwala na dobro oderwać się od codziennego życia, od miasta, hałasu i zabiegania. Dlatego nie zwlekajcie! Bierzcie parasole, rowery i jedźcie do Białowieży! Zanim kolejny opętany polityk nie zachce jej znowu wycinać…

  • P.

    Nie wspomniałaś o jeszcze jednym miejscu, w którym żubr występuje. Gospoda Pod Żubrem w samym sercu Białowieży. I nie, spotkany żubr nie znajdował się nad gospodą, jakby wskazywała nazwa tego przybytku. Spoczywał sobie spokojnie w karcie dań w postaci steku za 82 zł. Pozostaliśmy przy pierogach 😉

    • http://patykiempisane.eu Marta

      Nie chcę tego pamiętać:(