Będąc młodą żeglarką cz. VII – Trekking w górach i wifi w kościele

28.07.2015 – ostatni rozdział

Żegnamy Arktykę w ostatnim etapie podróży – piszę właśnie z samolotu linii Oslo – Warszawa wspominając ostatnie dni. Nad chmurami nadal świeci piękne słońce, ale podczas wczorajszego przelotu z Longyearbyen do stolicy Norwegii po raz pierwszy od początku pobytu na Spitsbergenie mieliśmy okazję podziwiać zachód i zapadające ciemności. Nie sądzę, by tej ostatniej szczególnie brakowało w naszym i tak dość pozbawionym witaminy D codziennym życiu, ale jednak wschody i zachody nadają pewien stabilny rytm i namiastkę normalności wynikającej z przyzwyczajenia, której w Arktyce byliśmy pozbawieni.  Tam spacer o 2:00 w nocy nie różnił się od tego o 18:00. Opowiadałam już o tym, jak jedliśmy kolację o północy. Albo jak w trakcie trzyosobowej imprezy stwierdziliśmy, że skoro i tak jest jasno, to może wyjdziemy się przejść. Była 3 nad ranem.

W Polsce za to zawsze doceniałam długie, prawie unikalne zachody słońca, które pozwalały nacieszyć się stopniowością i zmiennością barw – od soczystego żółtego (żółci?) do głębokiej czerwieni, która na Spitsbergenie pojawiała się jedynie na dziobach i łapach ptaków. Poza tym praktycznie nie występowała. Czyżby to początki małej tęsknoty?

Cieszę się za to niezmiernie, że udało nam się zrealizować wczoraj (ostatniego dnia pobytu) część ambitnego planu, zakładającego wypożyczenie broni i pójście w góry, których akurat wokoło nie trzeba daleko szukać.
Poprzedniego dnia ogarnęła nas swego rodzaju stagnacja, nie wiem, czy to dlatego, że miasto jest tak małe, iż po kilku dniach znaliśmy je na wskroś, czy dlatego, że ciągle spotykaliśmy nowe przeszkody w drodze do realizacji planu.

Dość powiedzieć, że morale chwilowo spadło, chociaż przecież wcale nie próżnowaliśmy. Postanowiliśmy bowiem się ukulturalnić.  Odwiedzaliśmy galerie sztuki zawierające zdjęcia, grafiki i rękodzieło, a potem Svalbardzkie Muzeum, które de facto mogłoby posłużyć za całkiem niezły przewodnik – szkoda tylko, że odwiedziliśmy je dopiero na końcu wyjazdu.  Historia, geografia i przyroda Arktyki to naprawdę unikalny i dość odrębny na skalę światową temat. Przez wiele lat traktowany przedmiotowo i niewłaściwie doprowadził niemalże do częściowego wyniszczenia fauny. Flory zresztą też, ale jakoś ta fauna jest bardziej spektakularna. Dlatego, chociaż Spitsbergen zamieszkuje więcej niedźwiedzi polarnych niż ludzi, to jednak o wiele łatwiej spotkać człowieka, niż miśka.  Ciągle mam jednak wrażenie, że w tym surowym terenie wizja śmierci, ataku i rozkładu jest jakaś bardziej naturalna i zrozumiała, niż w naszym.
Nie przeraża to, że lisy podkradają ptakom jaja, żeby przetrwać, a czasami pożywią się nawet zdechłym reniferem czy resztkami foki zostawionymi przez niedźwiedzia.
Nie przerażają kły morsów czy waleczne ptactwo. Nawet rozrzucone gdzieniegdzie kości nie przygnębiają – no może z wyjątkiem smutnego obrazu czaszki połączonej z kręgosłupem i miednicą renifera zaplątanego porożem w druty podtrzymujące słup prowadzący prąd do miasta. W tym wypadku jednak nie sam szkielet przerażał.  Przygnębiał fakt ingerencji człowieka, brutalnej i niepowstrzymanej, zaburzającej zróżnicowane ekosystemy. Natura potrafi sama się regulować, ale jest bezsilna w starciu z człowiekiem, który przetrzebił już wszystkich swoich naturalnych wrogów, z wyjątkiem siebie samego. No i z wyjątkiem niedźwiedzi polarnych :).

Co ciekawe, w samym Longyearbyen naliczyłam chyba z 5 wypchanych niedźwiedzi, do tego znajdowały się one nie tylko w oczywistych miejscach (np. muzeum), ale także w kościele czy sklepie sportowym. Jak się tam znalazły? Dotychczas jeszcze się nie dowiedzieliśmy.

W ogóle, czy pisałam już o kościele? I to nie byle jakim!
Ten w stolicy Arktyki to nie tylko miejsce kultu. Aż ciężko w to uwierzyć, ale był to chyba nasz ulubiony budynek w Longyearbyen. Zawsze otwarty, ciepły, w dodatku z książkami, albumami o historii i życiu w Arktyce, zapraszał i zachęcał do wejścia oraz pozostania na dłużej. Nawet jeśli akurat nie było mszy.
Oprócz wspomnianego wypchanego niedźwiedzia, który może niekoniecznie wzbudzał miłą atmosferę, znajdował się na tyłach nawy bar z ekspresem do kawy, którą można było sobie zaparzyć, po wrzuceniu pieniążka do skarbonki.
Jeżeli natomiast (oprócz kofeiny) potrzebowalibyście dostępu do wifi, voila! Również dostępne w kościele! Bezpłatne i szybkie!
Po 2 tygodniach abstynencji spędziliśmy w nim bez mała 3 godziny, nadrabiając zaległości mailowe, fejsbukowe, konwersacyjne i…rachunkowe. I wiecie co? Pomimo wszystko zgodnie stwierdziliśmy, że bez dostępu do sieci spokojnie da się żyć i wbrew pozorom nie ominęło nas aż tyle, byśmy mieli czego żałować. A chwilowy detoks od życia online chyba każdemu dobrze by zrobił.

Wracając natomiast do naszych trekkingowych planów – w końcu się udało! Mission accomplished!
Wyruszyliśmy ostatniego dnia z samego rana, przekraczając strumyk – szumnie nazwany Longyear River – i kierujący się wgłąb doliny wypełnionej przez lodowiec, przykrytej cienką warstwą kamieni, błota i skał. Droga od początku nie była najłatwiejsza, przez większość czasu kamienisto – błotnista. Lodowcowe strumienie nieustannie rozmiękczały podłoże, po raz kolejny wciągając nasze nogi i ubłacając już i tak ubrudzone buty.

Nie mieliśmy konkretnego planu, szlaków też nie znaleźliśmy, więc czuliśmy się trochę jak pierwsi eksploratorzy, bez map i wskazówek. Nastrój ten chyba zwłaszcza udzielił się chłopakom, wznosząc ich ego na wyżyny samozadowolenia. Ale i ja byłam z siebie i z nas zadowolona. Nawet dumna.
Przez większą część wyjazdu odczuwalna temperatura wynosiła zaledwie kilka stopni, często poniżej 5, a nie było gdzie się schować czy ogrzać. Tak samo w górach, warunki nie do końca sprzyjały, a mimo to udało nam się wspiąć na płaskowyż otaczający Longyearbyen, skąd roztaczał się przepiękny widok na miasto, fiord, zatokę i okoliczne góry – widok niewielu osobom znany. Jakby specjalnie na nasze życzenie dokładnie w momencie zdobycia szczytu podniosły się chmury, odsłaniając coraz to ciekawsze konstelacje i pejzaże, a po południu zaczęło nas nawet lekko ogrzewać nasze wieczne słońce.
W drodze powrotnej korzystaliśmy ze śladów pozostawionych przez renifery, żeby wybrać najkorzystniejszą trasę. Wkrótce też spotkaliśmy pojedyncze sztuki, a na koniec całe stado tych pociesznych zwierząt (i to z młodymi!), liczące chyba z 7 osobników! W sumie to dość dziwne, bo najczęściej zwierzęta te poszukują pożywienia dobierając się dwójkami lub trójkami, a nie tak nagle całą gromadą, jakby spieszyły właśnie na rodzinne spotkanie. Gdybym miała aparat analogowy, zmarnowałabym pewnie całą rolkę na kilkadziesiąt ujęć reniferów od każdej możliwej strony. Ale mamy czasy aparatów cyfrowych, ku niezadowoleniu wszystkich mogłam więc pstrykać do woli.

Z góry spojrzeliśmy ostatni raz na pejzaż stolicy Arktyki. Jak okiem sięgnąć, otaczały nas góry, zatoki i fiordy, a poczucie, że jeszcze nigdy nie znajdowaliśmy się w tak odosobnionym miejscu (pomimo przybijających do nabrzeża ogromnych statków wycieczkowych z masami turystów w starszym wieku), dostarczało wolności, której często brakuje w ciasnocie Warszawy i codziennego życia. Na swój sposób na pewno będę za Spitsbergenem tęsknić. Do czasu następnej podróży :).
Poprzednie części :
CZĘŚĆ I
CZĘŚĆ II
CZĘŚĆ III
CZĘŚĆ IV
CZĘŚĆ V
CZĘŚĆ VI

1 komentarz

  1. W szwedzkim Ystad widzieliśmy za to kościół z kącikiem dla dzieci, z miniaturowym ołtarzem, zabawkową hostią i albami w dziecięcych rozmiarach. Tutaj wifi, ciasteczka i prawdziwie otwarte drzwi. Można? Można.

Dodaj komentarz