Będąc młodą żeglarką cz. VI – o łapaniu taksówki i alko-prohibicji

23.07.2015
Od trzech dni płyniemy właściwie bez przerwy. Dniem i nocą. Polarnym dniem. Początkowo znowu z wiatrem wiejącym prosto w dziób, na silniku, bujając się na falach jak wańka – wstańka (ktoś jeszcze pamięta te zabawki?)… Na szczęście wkrótce warunki stały się bardziej łaskawe, wiatr odkręcił, by powiać z siłą prawie 20 węzłów z baksztagu. Wreszcie można było rozwinąć żeglarskie skrzydła i zacząć cieszyć się pluskiem fal ciętych przez dziób jachtu, poczuć adrenalinę, słyszeć szum zamiast monotonnego terkotania silnika i poczuć morską bryzę… Zafalowanie momentami dochodziło do 1.5 metra (może nie brzmi to zbyt fascynująco, ale wierzcie mi, to już całkiem ładne pagórki), a przy pełnym wietrze surfowaliśmy na falach, dodając sobie każdorazowo prędkości.
Tym razem nie schodziłam nawet zadziwiająco często pod pokład, zgłaszając się niemal nie pytana do zrobienia herbaty. Tym razem spalaliśmy nosy wystawiając twarze do słońca i płynęliśmy. Już z powrotem. Niestety.

25.07.2015
Dni minęły jak szalone i nawet nie wiadomo kiedy musieliśmy pożegnać załogę, pożegnać łódkę i po czułej imprezie ostatniego poranka przetransportować się do hostelu znajdującego się na końcu Longyearbyen. Właściwie, precyzyjniej mówiąc, jesteśmy już nawet poza „miastem”, na szumnie zwanych przedmieściach, w skład których wchodzi kilka kolorowych domo-baraków. Jednym słowem – Nybyen. Nowe-byen. Boleśnie odczuliśmy kilkukilometrowy przemarsz, który dzielił nasze tymczasowe noclegownie, bo oszczędzając na taksówce postanowiliśmy taszczyć dwa plecaki pieszo. Nieśliśmy je między sobą jak torby podróżne, jako że plecy okupowały już mniejsze plecaki, wcale niedużo lżejsze. Człapaliśmy więc mozolnie, z przerwami, marząc o podwózce i przypominając sobie po drodze sytuację z początku rejsu z taksówkarzem w roli głównej. A było to tak…

Jak wiadomo, jedną z najbardziej znienawidzonych, ale jednocześnie jedną z ważniejszych rzeczy na rejsie, jest zaopatrzenie jachtu i zaształowanie przywiezionych rzeczy. Jedzenia, głównie. Alkoholu, również. W Longyearbyen problemu z wyborem miejsca zakupów nie ma, bo istnieje jeden jedyny supermarket, nie trzeba więc głowić się zawczasu, czy lepszy Lidl, Carrefour, czy Biedronka. Jeden Svalbardbutikken i już. Otwarty od 10:00 do 20:00 (w niedzielę do 15:00, a to właśnie tego dnia mieliśmy wybierać się czym prędzej, żeby zdążyć przed zamknięciem).
Kwestia alkoholu natomiast nie jest już taka prosta. Ma swoje wydzielone, zaszczytne miejsce w markecie, czynne do 18:00, a w niedzielę zamknięte na cztery spusty i zabezpieczone kłódkami. Do tego alkohol przydzielany zostaje „na kartki”, albo raczej na bilet lotniczy. Witamy w norweskim peerelu, gdzie pracownik na kasie w Svalbardbutikken po zakupach podbije ci pieczątkę z oznaczeniem, ile jeszcze drogocennych procentów możesz nabyć! Pula „na bilet” to 21 puszek piwa (półlitrowych), 2 litry czegoś mocniejszego (~ 15%) i 1 litr czegoś lżejszego, w stylu likierów. Co ciekawe, wino jest nielimitowane :).
Po douczeniu się rozkładu dnia i zasad tej pseudo – prohibicji, misja była prawie „accomplished”, ale wkrótce zyskała status „impossible”. Nijak nam było taszczyć własnoręcznie torby na ponaddwutygodniowy rejs dla 8 załogantów przez kilka kilometrów, trzeba było więc przejść do ofensywy i poszukać taksówki. Obszar do szukania pomimo niepozornego rozmiaru nie pomagał. Taksówek nie było. Nigdzie.
Zdesperowany Piotrek wszedł w końcu do baru (jak widać, bar to podstawowe wyposażenie każdego skupiska ludzkiego na Spitsbergenie) i z błagalnym wyrazem twarzy zapytał barmana:
– Przepraszam, czy mógłby nam Pan pomóc zamówić taksówkę? Podać numer, cokolwiek?
– Taksówkę? Zaraz… – Barman szybko rozejrzał się wokoło, w końcu znalazł to (a raczej tego), kogo szukał i machnął ręką w kąt baru – O tam. Tam pod oknem siedzi taksówkarz. Zapytajcie.
Faktycznie, siedział. Siedział i sączył browarka, zapatrzony w dal i zamyślony.
– Eeee, przepraszam? Czy mógłby nas Pan zawieźć do portu? Mamy sporo toreb, pewnie zajmą cały bagażnik…
– Doobra. Juuuż. – Siorbnął przeciągając sylaby, po czym stuknął pustym kuflem o stół i podniósł się z krzesła. – To jedziemy?
Trochę osłupieliśmy, ale co kraj to obyczaj. Zresztą, na jednej, głównej asfaltowej drodze nie bardzo jest w kogo wjechać, a jak inaczej, niż bez alkoholu, przetrwać miesiące ciemności nocy polarnej? Może stąd te limity w supermarkecie…

Druga misja, którą musieliśmy się zająć tuż po zameldowaniu w hostelu, to znalezienie i wypożyczenie strzelby. Niby nie zwlekaliśmy długo, ale zanim dotoczyliśmy się i ogarnęliśmy pod dachem, zanim dokończyliśmy nasz liofilizowany obiad, zanim wróciliśmy do punktu wyjścia (czyli centrum Longyearbyen), wszystkie potencjalne miejsca (tzn. sklep i biura turystyczne) śmiały się do nas zamkniętymi drzwiami. Ups. No a jak to tak, bez strzelby na trekking? Zastanawialiśmy się, czy niedźwiedzie polarne biorą pod uwagę fakt, że w „stolicy” nie trzeba nosić ze sobą broni i grzecznie stosują się do wyrysowanych na mapie granic… Ale fakt faktem, po mieście chodziliśmy, broni nie mieliśmy, a cała misja musiała z tego powodu zostać odroczona do kolejnego dnia, bo miśków jednak trochę się baliśmy. Piękne rymy częstochowskie…!

Skoro więc i tak włóczyliśmy się nieco bez celu, ulice znaliśmy już na pamięć, a wcześniej obeszliśmy dokładnie całe svalbardzkie muzeum, nie pozostało nam nic innego, jak utknąć wieczorem w pubie. Ale okazja też nadarzyła się nie byle jaka! Oczywiście, do alkoholizowania zawsze znajdzie się towarzystwo, ale tym razem nie było przypadkowe. No i tego alkoholu też w rezultacie nie mogło polać się za dużo, bo jeśli ceny dobijają do 25 zł za najtańsze piwko, to jednak ubzdryngolić się nie da rady. Ale do towarzystwa wracając. Niby wiadomo, że polski, żeglarski świat, to momentami niewielkie i hermetyczne środowisko, ale że spotkam na krańcu świata, dalekiej północy, współzałogantów z rejsu sprzed trzech lat, to się jednak nie spodziewałam. Myślałam więc, że się przesłyszałam, ogłuchłam od morskiej ciszy, kiedy nagle, w porcie, nad ranem usłyszałam: „Marta? Badylek?” :). Nie, to nie była fatamorgana. Dość powiedzieć, że na 7 jachtów zacumowanych w malutkiej marinie, trzy były polskie, a z jednego z nich machali do mnie radośnie A. i B. Tym razem nie płynęliśmy jednak razem, postanowiliśmy więc nadrobić zaległości wieczorem, po skończonych rejsach, na wymianę wspomnień, wrażeń, zdań o ludziach i życiu.
Korzystając z dnia na lądzie nadrobiliśmy też zaległości internetowe w niecodziennym miejscu…ale o tym, jak złapać wifi na końcu świata dowiecie się już innym razem  :).

Poprzednie części :
CZĘŚĆ I
CZĘŚĆ II
CZĘŚĆ III
CZĘŚĆ IV
CZĘŚĆ V

1 komentarz

  1. Czekaj czekaj, na siedem jachtów w porcie, polskie były aż cztery! s/y Eltanin, s/y Joinus, s/y Barlovento II i s/y Berg 🙂

Dodaj komentarz