Będąc młodą żeglarką cz. V

21.07.2015

Sytuacja zmieniła się dość znacząco i to od razu, bez półśrodków, o 180°. Jeżeli wcześniej pływaliśmy dość spokojnie, dużo staliśmy na kotwicy (co powoli doprowadzało nas do szału), to od kiedy wyruszyliśmy z Magdalenefjorden, płyniemy właściwie dniem i nocą. A raczej dniem i dniem w godzinach nocnych. Zatrzymujemy się co jakiś czas w co ciekawszych lub bardziej malowniczych miejscach. Albo takich, w których są morsy, które za to z malowniczością nie mają zbyt wiele wspólnego. Właściwie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam je z bliska (a pozwalały zbliżyć się na odległość 2 metrów, zbyt leniwe, by wcześniej wydać z siebie nawet ostrzegawczy pomruk), wydały mi się zwyczajnie brzydkie. Nieproporcjonalnie mała głowa, z przekrwionymi oczami i rozpoznawczymi, imponującymi kłami, bardzo często pokryta ślino – ropą, albo zaschniętą krwią przelaną w walkach o dominację… Wszystko to wystaje z przeogromnego cielska, chełbotliwej kupy tłuszczu pokrytej brązową skórą przybierającej obłe kształty, co powoduje, że przypominają bardziej grube robaki albo worek ziemniaków niż żywe zwierzęta. Co ciekawe, w wodzie są rzekomo całkiem zwinne. Podobno.
Zastanawialiśmy się długo, co natura miała na myśli stwarzając morsa i po licznych, uczonych dysputach, doszliśmy do odkrywczego wniosku, że coś jej się zwyczajnie musiało pochrzanić. Coś musiało się nie udać. To nie tak miało być.
Z drugiej strony, to całkiem przystosowane zwierzęta, a uderzenie ich kłów może znokautować nawet niedźwiedzia polarnego. Może właśnie dlatego miśki polują na nie w ostatecznej ostateczności i przyciśnięte niezaspokojonym głodem, wcześniej mając zbyt wielkiego pietra, żeby łasić się na ryzykowny posiłek. Aż się nie chce wierzyć, patrząc na pozornie mało ekscytujący, morsi tryb życia (albo tryb spania), kiedy leżąc jedne na drugich pochrapują i puszczają bąki, co generalnie sprawia, że czuć je czasem wcześniej, niż widać.

Oglądaliśmy je blisko zatoki Virgohamma, skąd dawniej startowały sterowce i pierwsze wyprawy próbujące zdobyć biegun północny, ale samą zatoczkę dojrzeliśmy dokładniej dzisiaj, podczas podróży powrotnej, z kursem obranym na południe i długo wyczekiwany prysznic w Ny-Alesund. Ale nie wyprzedzajmy zdarzeń.

Jakby mało było morsów, z wyspy morsów popłynęliśmy w kierunku rezerwatu morsów…Ale tym razem zbieżność nazw była totalnie przypadkowa. Chodziło nam bardziej o przekroczenie magicznej granicy 80° szerokości geograficznej północnej, słynnej osiemdziesiątki. Męska część mojej wachty, w porywie romantyzmu, napisała nawet rzewny list, który pieczołowicie wepchnięty do opróżnionej wcześniej butelki po whisky Monkey Shoulder powędrował wprost w głębiny Oceanu Arktycznego. Trochę przypominaliśmy nawet te trzy małpki siedzące na szkle – tylko że my siedzieliśmy na burcie jachtu i patrzyliśmy za odpływającą wiadomością. Osobiście miałam nadzieję, że może prądy morskie pokierują ją w kierunku miejsc, których jeszcze nie mieliśmy okazji odwiedzić, a nie w ramiona Sysselmanów (strażników svalbardzkiego parku narodowego) karzących nas za zanieczyszczanie środowiska, albo – co gorsza – że nie skończy jako obiekt w wielorybim żołądku.

Nadal wiało, świeciło słońce i było zimno, kiedy patrzyliśmy, jak powoli zbliżamy się do granicy mapy, końca świata, końca wszystkiego. Żeglarstwo w ogóle lubi nadawać liczbom i granicom (nawet jeśli istnieją tylko na mapach) szczególne znaczenie – ryczące czterdziestki, wyjące pięćdziesiątki…czy właśnie osiemdziesiątki. Nie wiem, jaki im przysługuje tradycyjny epitet. Wy wiecie?
Może żaden, z racji tego, że dumne przymiotniki określają głównie szerokości na półkuli południowej, a tam, na „południowych osiemdziesiątkach” ziemia to skuta lodem powierzchnia Antarktydy i nie ma zbyt wielu ludzkich nóg czy jachtowych kilów, które mogłyby tę granicę przekraczać.

Kontynuując podróż powrotną, zatrzymaliśmy się jeszcze w głębi dość przepastnej zatoki, której nazwy nie zapamiętałam, z górującym nad nią wygasłym wulkanem. To nie wulkan jednak był największą atrakcją. Nawet nie były to czerwone skały, porośnięte gdzieniegdzie rachitycznymi kwiatkami. Nie… Atrakcją, do której żwawo i z nadzieją zmierzaliśmy, były „gorące źródła”. Wszyscy wiedzą, że tam, gdzie wulkan, tam muszą być i źródła, najprawdopodobniej nawet zaskakująco ciepłe, podgrzewane darmową i w pełni ekologiczną energią wnętrza Ziemi. A co jak co, ale ogrzewanie na Svalbardzie to dobro cenione i szanowanie. I w niedostatku. Tym razem nadzieje jednak okazały się płonne, bo owszem, źródełka były nieco cieplejsze, niż otaczający nas Ocean Arktyczny, ale miały mało zachęcającą temperaturę 14°C i jeszcze mniej zachęcający metr średnicy.

To by było na tyle. Z całej oszałamiającej przyrody i widoków, które ściągają nasze żuchwy w dół nadając nam wygląd średnio rozgarniętych gapiów, źródełka wywarły najmniejsze wrażenie i pomimo żywych kolorów otaczających skał – dość blado.
Skorzystaliśmy za to ze spaceru, jak zwykle łapiąc możliwość rozprostowania nóg i wyjścia na przestrzeń większą niż kilkanaście metrów kwadratowych łódki.

Z jachtowego życia codziennego – coraz bardziej odczuwam brak łazienki, kontakt z ostatnią miał miejsce tydzień temu, co stanowi mój osobisty rekord bycia brudasem. Próbujemy sobie jakoś radzić, to znaczy np. myć włosy w garnku do połowy wypełnionym wodą, ale to ledwie półśrodek. Nie, to właściwie ćwierć – środek, albo jeszcze mniej. Priorytety więc zmieniają się na coraz bardziej podstawowe, niedługo za naszym jachtem zaczną oglądać się morsy, wyczuwając z daleka swojski zapach…

Poprzednie części :
CZĘŚĆ I
CZĘŚĆ II
CZĘŚĆ III
CZĘŚĆ IV