Zatańczyć w Suazi.

W Suazi koniecznie chciałam zobaczyć taniec, z którego kraj słynie. Tańczą dzieci, tańczą dorośli, tańczy się z okazji wesel, pogrzebów, świąt, polowań. Choć społeczeństwo edukuje się coraz bardziej, a nowoczesne zabudowania miejscami bardziej przypominają bogate dzielnice Windhoek, to taniec pozostaje pomostem z dawnymi zwyczajami, ręką na zgodę z rozwojem i zachowaniem kultury.
Pojechaliśmy więc do Mantenga Cultural Village, kolejnego „skansenu” umożliwiającego zachłystywanie się obcymi tradycjami na ogólnie akceptowanych zasadach, bez krztuszenia się naciągactwem i niejasnościami.
Odległości w Suazi są tak małe, że po ogromnych bezdrożach Namibii czy upalnym, wielogodzinnym ścisku w mozambickich autobusach nagle dojeżdżając na miejsce po godzinie lekcyjnej nie możemy wyzbyć się wrażenia luksusu. No bo jak to, już?

Już. Przy wejściu wita nas przewodnik ubrany w wiązany na jednym ramieniu sarong i przez kolejną godzinę lekcyjną (najpierw był dojazd, teraz Wiedza o Kulturze) oprowadzał nas po wiosce, pokazując sposoby mieszkania, objaśniając styl życia i starając się żartobliwie złagodzić seksistowskie, długoletnie tradycje.

No bo mężczyzna może mieć tyle żon, ile tylko chce, albo na ile go stać. Bo żona tania nie jest, o nie. Standardowa cena to 17 krów, krowa w Suazi kosztuje równowartość ok. 500-600 euro. Żona to spora inwestycja. Dlatego kobiety mogą wychodzić za mąż od 18 roku życia, a mężczyźni od 28-30. Jak zarobią.

Swoją drogą miłościwie panujący absolutnie król w tym momencie dorobił się 17 żon, a jeszcze nie przekroczył pięćdziesiątki. Jego ojciec zaprzestał wymiany na młodszy model, kiedy licznik nastukał 28 kobiet. Ale nie ma nic za darmo, nawet dla króla. Ba, król płaci więcej, bo i pewnie towar pierwszego sortu – dołączenie do haremu kolejnego koralika kosztuje monarchę 40 krów. No ale kto bogatemu zabroni?
Oczywiście, kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia w kwestiach zamążpójścia, a już zupełnie nie może sprzeciwić się pojawieniu kolejnej żony. Ale że sprzeciw często jest, albo chociaż spojrzenia spod byka, mężczyzna każdej z kobiet musi zapewnić osobne domostwa. Dawniej kursowali pomiędzy domkami w obrębie jednej wsi, dzisiaj jeżdżą pomiędzy Mbabane a Manzini, odwiedzając zazdrosne małżonki.
A jeśli się nie układa? Mężczyzna może wystąpić o rozwód, podając słuszny powód, na przykład – żona para się czarną magią, a już sąd wiejski zadba o to, by panna wróciła do domu rodzinnego. Zawiedziony mąż może ubiegać się o zwrot części wpłaconych krów, czasem zarabiając na tym o cielaki, które od tego czasu przyszły na świat.
A wartość dziewczęcia po rozwodzie, jako że niepokalana najpewniej już nie jest, spada drastycznie na matrymonialnej giełdzie.

Kobieta oczywiście zajmuje się gotowaniem, każdego dnia rozpalając ogień w zagrodzie „dla mężczyzn” i dostarczając im ciepłą strawę. Ale nie byle jaką! Trzeba mieć na uwadze zasady.
Jeśli na talerzu jest krowa – kobieta nie może jeść głowy, bo nie daj Boże przybędzie jej inteligencji, nie może zjeść języka, bo zacznie za dużo gadać. A wtedy szacunek jej do męża, wyrażany w pełnym pokory przyklęku przy podawaniu talerza, umniejszy się naturalnie, bo obserwacja i komentarze nikomu na dobre nie wychodzą. Nie może też zjeść części kończyn dawniej radośnie przeżuwającej łąkę krowy, bo wtedy najpewniej z wioski i od męża ucieknie. A to wstyd, wstyd i hańba, że baby na miejscu nie można przytrzymać. Do teraz co bardziej przesądni za nic dziewczynie butów nie kupią. Niech sobie sama kupuje. Bo wtedy nie ucieknie.

Dla żeńskiej części zostaje więc do rozporządzenia i podziału pomiędzy społeczność cała reszta krowy, według naszej kultury ta najlepsza. Panny chyba zadowolone, bo żadna specjalnie nie protestuje.

W „skansenowej” wiosce mogliśmy obejrzeć chyba najlepszy ze wszystkich dotychczasowych pokaz kolorów, śpiewów i akrobatycznych ruchów, układających się w melodyjny i wizualny komentarz do rodzinnych uroczystości, polityki, cyklu życia czy po prostu wyrażający stan ducha i nastawienie. Z reguły pozytywne.

Incwala to najświętsza tradycyjna uroczystość w Suazi, w której, głównego dnia bierze udział sam król. Sam król, pan i władca, przybiera bojowy strój ze skóry geparda i przypominającej lwią grzywę narzuty na ramiona, przywdziewa wieniec z ptasich piór i towarzyszy w tańcach ludowi swemu, umacniając więź i zapewniając sobie poparcie – aż chciałoby się przyznać, że to standardowa taktyka przedwyborcza, tylko że wybory w Suazi nie istnieją. Król więc robi to z dobrej woli, a dzięki temu miłościwie panuje, już ponad 30 lat.
Święto to w wolnym tłumaczeniu uroczystość na cześć „pierwszych owoców”, a właściwie pierwszych zbiorów, które oficjalnie rozpoczynają lato, porę deszczową, czas wytężonej pracy ale i szybkich jej efektów.
Procedura i przebieg skomplikowany jest niesłychanie, zaczynając się od wędrówki mężczyzn po wodę – czasem blisko, do sąsiednich jezior, ale często aż na wybrzeże Mozambiku, by stamtąd rozpocząć drogę powrotną. W trakcie marszu, żeby nudno nie było, na ustach wszystkich gości święta pieśń, dozwolona do nucenia jedynie podczas uroczystości, a rozrywek zapewnia niepisany konkurs na znalezienie odpowiednio dużego drzewa, które potem posłuży pod budowę królewskich trybun. Chłopcy oprócz tego niosą tradycyjne w Suazi laski, często służące również jako kije bojowe.

Jak wiadomo, w konkursie im większe drzewo tym lepsze, niektórzy wloką więc ze sobą niemalże całe konary, obserwowani bacznie przez dziewczyny z mijanych wiosek. Prawo do niesienia gałęzi pod budowę świętych, królewskich krzeseł mają jedynie chłopcy „czyści”, nie zbrukani jeszcze grzesznymi kontaktami z kobietami, a przesąd głosi, że jeśli ktoś niekoniecznie już tak „czysty” chwyci się tego, czego nie powinien, jego gałąź zwiędnie po drodze, a dziewczyny będą się mogły chichrać do woli.

Bardzo się staraliśmy, naprawdę, robiliśmy wszystko, żeby się na Incwalę dostać i zobaczyć słynne tańce na własne oczy, ale nie wyszło. Zawsze nie w porę, zawsze coś nie tak.
Zapytana w recepcji rezerwatu Malolotja pani powiedziała, że prawdopodobnie kolejnego dnia wydarzenie się kończy, to ostatni dzień, ostatnia możliwość.
Nie zastanawiając się długo, wsiadamy rano w samochód i jedziemy, bo lepiej rano, bo po południu już nie tańczą. Jedziemy. Przed główną bramą Ludzidzini, czyli królewskiej rezydencji strażnik wolno i taksując wzrokiem samochód mówi, że nie, rano nic się nie dzieje, ale po południu tak, może byśmy przyjechali o 17.
Zupełnie nie damy rady, bo nocujemy w rezerwacie, do którego brama zamyka się o 18.30, a jeszcze godzinę jechać trzeba, dopytujemy więc jeszcze, czy to na pewno ostatni dzień. Nie, nie, jutro też będą tańczyć.

No dobra, to jedziemy kolejnego dnia. Znowu się upewniamy, znowu zajeżdżamy pod bramę. Około 14, tak nam doradzono, że wtedy najlepiej. Zdążyliśmy w tym czasie zmienić miejsce, żeby być bliżej, zdążyliśmy wspiąć się na całkiem pokaźną górę, z której widok przesłaniały jednak roszące mgiełką chmury.
Po dojeździe na miejsce okazuje się, że poza rytualnie ukatrupionym bykiem więcej atrakcji nie przewiduje się, wszyscy zalegli na sjestę, pola puste. Okej. Pytamy znowu pani w biurze turystycznym, ona chyba wie, dzwoni do kogoś, upewnia się, sprawia bardzo profesjonalne wrażenie, wierzymy więc, kiedy potwierdza, że faktycznie, tego dnia już nic nie będzie, ale jutro, jutro to na pewno! Możemy jej zaufać, przyrzeka! Najlepiej koło 12, taak, wtedy będzie główny dzień, z królem, z całym narodem.
Przeczekujemy więc do południa w Ezulwini, zapełniając czas trochę niczym, gdy w końcu trochę z nadzieją, ale nie już jakąś wielką, zajeżdżamy po raz trzeci pod królewską bramę i widzimy ogromne zgromadzenie mężczyzn w różnym wieku, poubieranych w tradycyjne materiałowe spódnice, z przewieszonymi przez biodra skórami antylop, niosących charakterystyczne włócznie i tarcze, mające nawet swoje miejsce na fladze Królestwa Suazi – jednym słowem wojowników z całego kraju, nadzieja wzrasta. Tylko całe towarzystwo nie wiedzieć czemu podąża zupełnie w odwrotnym kierunku, wskakuje na paki ciężarówek, wyraźnie się rozchodzi.
Podjeżdżamy do policjantów, pytamy co się dzieje. No i w tym problem, że właśnie nic. Nic się dzisiaj nie dzieje. Ale w piątek, w piątek będzie dzień główny, wtedy przyjedźcie!
Jest środa.
Czas i cierpliwość, to dwie największe wartości, powiedział chyba Lew Tołstoj.
Nie mamy ani jednego, ani drugiego.
Tym razem musi nam wystarczyć filmik z youtube – Incwala 2018 przechodzi nam koło nosa i zatrzaskuje przed nim bramy.
Ktoś z Was widział ją kiedyś na żywo?

1 komentarz

  1. Afryka od zawsze kojarzy mi się z tańcami rytualnymi szkoda ,że nie załapaliście się na te w Suazi może zatańczylibyście nam po powrocie.?☺

Dodaj komentarz