Zamość ironicznie

Miasta można zwiedzać na wiele sposobów. Można podążać wzdłuż znanych zabytków, można chodzić ścieżkami dawniej wydeptanymi przez ważne i słynne osobistości, można przesiadać się od stołu do stołu kosztując tradycyjne potrawy. Można włóczyć się bez planu, wchodząc spontanicznie w miejsca ciekawe i przypadkowe, jak wypadnie, jak wyjdzie, jak nam się będzie podobało. Można też nie przejmować się żadną metodą, nie zwracać uwagi na własne przyzwyczajenia, czyli…zwiedzać ironicznie :).

A któż by lepiej oprowadził po Zamościu ironicznie, sypiąc pikantnymi szczegółami z historii miasta i ubarwiając historiami własnymi niż rodowity Zamościanin?  Mieliśmy szczęście znaleźć takiego. Tak jakoś. Siedział samotnie na krzesłach na Rynku, skryty pod kapturem nieprzemakalnej kurtki, z nosem w telefonie, pomyśleliśmy więc „Zagadamy, rzucimy groszem, może oprowadzi…”. I oprowadził :).

Zaczęliśmy mało ironicznie, za to bardzo turystycznie, od Rynku i otaczających kamienic, wpisanych w 1992r. na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dzięki nim miasto uzyskało przydomek ‘perły renesansu’, ‘miasta arkad’ czy ‘Padwy północy’, jednak tym razem dawny urok nabrał rysu nowoczesności. Pośrodku Rynku, poustawiane w finezyjne korytarze, powyrastały kolorowe namioty, sprzedające po hasłem „targów żywności wolnej od GMO” wszystko, począwszy od tradycyjnych serów, skończywszy na równie tradycyjnych, ale nieco bardziej kontrowersyjnych konopiach. Całość przaśnie okraszał koncert, z repertuarem tradycyjnych pieśni folklorystycznych, a kulminacją w godzinach wczesnowieczornych w postaci festiwalu równie folklorystycznego disco polo.

Starałam się zignorować wszechobecną gastrofazę i skupić się na imponującym budynku Ratusza i kolorowych, ormiańskich kamienicach. Ratusz dawniej też mógł poszczycić się bardziej soczystym, różowym kolorem elewacji, przygotowanym specjalnie na przyjazd papieża, na szczęście w tym momencie czas (lub kolejna warstwa zdroworozsądkowej farby), ściągnął saturację, pozostawiając barwę brudno-siną. Wszystko lepsze niż soczysty róż na budynkach!

Szybko też przekonaliśmy się, że wbrew statystykom, według których Zamość jest jednym z miejsc w Polsce o największej ilości słonecznych dni, akurat musieliśmy trafić na te niekoniecznie słoneczne. Wręcz pochmurne. Raczące nas raz na jakiś czas przelotnymi deszczami. Zgadzała się za to średnia roczna temperatura, która oscylowała w zabójczo gorących, jak na maj, temperaturach rzędu 5-7°C. W końcu to długi weekend, czas wyciągnąć z szafy czapki, szaliki i rękawiczki:)! Jak na ironię przystało.
Pogoda nie rozpieszcza, ale nie zraża nas to przed dalszym zwiedzaniem. To rozkładając parasole, które w niektórych miejscach smętnie zwisają z połamanym szkieletem, innym razem znów rozkładają się same w najmniej oczekiwanych momentach, to chowając się w podcieniach zabytkowych kamienic. Podcienie te nie chroniły nas w tym momencie od słońca, jak miało być z założenia architekta, ale skutecznie ratowały od deszczu. Chlupiąc traperami po kałużach, przysłuchiwaliśmy się dalszej historii miasta.

Jan Zamoyski, od którego nazwisko przybrało miasto, a wraz z nim cały region, zlecił zaprojektowanie miasta architektowi Bernardo Morando, który nawiązał do koncepcji antropomorficznych. Głową miał być pałac Zamoyskich, kręgosłupem ulica Grodzka, przecinająca Rynek Wielki ze wschodu na zachód w kierunku pałacu, a ramionami ulice poprzeczne. Pozostałe dwa, małe ryneczki miały służyć za narządy wewnętrzne, za to bastiony odpowiadać miały rękom i nogom do obrony. To się dopiero nazywa anatomiczna koncepcja! Nic dziwnego, że układ ten stanowi do dzisiaj główny cel wycieczek licznych urbanistów i architektów, jako przykład realizacji koncepcji budowy miasta idealnego.

Niestety, pod rosyjskim zaborem część pieczołowicie wcześniej wybudowanych umocnień obronnych została wysadzona, ocalał jedynie bastion VII z fragmentem murów oraz dwa nadszańce, całkiem imponujące.
Przeszliśmy się w kierunku jednego z nich, żeby zobaczyć na własne oczy muzyczną alma mater naszego przewodnika, w której w tym momencie, ironicznie, mieści się Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa. Jednak zboczenie z głównej trasy (i tym razem napisanie „arterii miasta” trafia w sedno bardziej niż zwykle) doprowadziło nas do zagłębienia się mniej oczywistych atrakcji, czyli podwórek. Wchodząc w bramy i zagłębiając się w otoczone murami poukrywane powierzchnie, odgrodzone od codziennego życia i turystycznych szlaków, miało się wrażenie ukradkowego podglądania czyjegoś świata, tego autentycznego. Po drugiej stronie odnowionych elewacji z murów nieco złuszczał się tynk, pranie przewieszone przy trzepakach mokło smętnie zamiast się suszyć, a podwórka czarowały pnącymi się przez kondygnacje zaniedbanymi krużgankami, królestwem gołębi i fanów przedwojennego designu. Na nas działa to bardziej niż folderowe ryneczki. Zupełnie nieironicznie, postuluję wpisanie zamojskich podwórek na listę UNESCO. Dość powiedzieć, że na aparacie prawdopodobnie więcej zdjęć przedstawia obdrapane mury ułożone w fantazyjne tekstury, niż główne atrakcje miasta. Tym bardziej, jeśli główne atrakcje pokryte są nylonowymi namiotami z szeroko pojętą gastronomią.

Od czasu do czasu wstępowaliśmy też do lokalnych kościołów, spośród których bardziej znane są katedra pw. Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła (z końca XVI w.) w stylu renesansowym, wraz z odrębną dzwonnicą, pełniącą także funkcję wieży widokowej czy barokowe kościoły z XVII w.: św. Katarzyny i franciszkanów Zwiastowania NMP oraz dawna, renesansowo-barokowa cerkiew greckokatolicka (kościół św. Mikołaja). W ogóle w Zamościu nie brakuje miejsc sakralnych wielu religijnych odłamów. Mamy więc kościoły katolickie, prawosławne, kościoły Adwentystów Dnia Siódmego, Ewangelicznych Chrześcijan, Świadków Jehowy czy Zielonoświątkowców. Jest nawet późnorenesansowa synagoga z początków XVII wieku! Zero ograniczeń, a wszystko na terenie znowu nie największej europejskiej metropolii…

Zazdroszcząc zamojskiej tolerancji, pospacerowaliśmy chronieni parasolami po Parku Miejskim, słuchając ostatnich opowieści o miejskich bramach (z których jedna została zamurowana), a także mniej romantycznych wspomnień związanych nieodłącznie z rzeczonym parkiem i alkoholem wypijanym za dobrych, licealnych czasów na jego terenie…
Tymczasem zapadł zmrok, chłód tej zimo-wiosny stawał się coraz dotkliwszy, cichły powoli koncerty na Rynku, a my skończyliśmy dzień na zasłużonej pizzy ze znajomymi Przewodnika, również rodem z Zamościa. Oczywiście od razu zaczęła się rozmowa:
– I jak Wam się podoba Zamość?
– Super! Od trzech godzin po nim łazimy! – bo faktycznie, złaziliśmy się konkretnie…na co oni:
– Trzy godziny? Po ZAMOŚCIU?? – wykrzyknęli ironicznie i spojrzeli po sobie z niedowierzaniem…

Dodaj komentarz