Z wizytą u Himba

Do Opuwo nie przyjeżdża się, żeby pozachwycać się urbanistycznym klimatem. To zbiorowisko wszelkiego typu afrykańskiego stylu budownictwa, od lepianek, poprzez drewniane rusztowania zwieńczone strzechą, na murowanych i (czasem nawet) otynkowanych, parterowych budynkach skończywszy trudno uważać za piękne, trudno pokochać, trudno nawet polubić. Dwie główne, asfaltowe ulice przecinające się pod kątem prostym, cała reszta szutrowo – pyłowa, unosząca z każdym krokiem setki drobinek wiszących potem w ciężkim od gorąca powietrzu niczym chmara zastygłych muszek. Cztery i pół tysiąca mieszkańców.
Ale to właśnie dla tych mieszkańców do Opuwo ściągają turyści. Bo miasteczko to nieformalna stolica regionu Kunene, zbieranina przedstawicieli najbardziej charakterystycznych, namibijskich plemion w jednym miejscu. Większość z nich oczywiście nie wyróżnia się niczym specjalnym, zaadoptowawszy sportowe koszulki i poprzecierane spodnie, stylem bazarowego haute-couture kolorując ulice. Ale nie wszyscy. Oj, zdecydowanie nie wszyscy.

Jedziemy jedną z tych dwóch asfaltowych dróg, kiedy mijamy pierwsze dziewczyny Himba. Ich czerwone, pokryte ochrą ciała komponują się z barwami zachodzącego za górami słońca, skórzane, będące kiedyś owcą lub kozą spódniczki spięte ciężkim, żelaznym pasem podrygują z każdym ruchem, obręcze na kostkach i czarne bransoletki na nadgarstkach opinają ciasno i zdobią, podobnie jak ciężkie naszyjniki, które (bynajmniej nie ciasno) przyozdabiają dekolty z nagimi piersiami, w różnych stadiach od jędrności do obwisłości. Głowy, zwieńczone czasami opaskami ze skórzanymi rogami, pokryte mają warkoczykami w zaschniętym pancerzu z ochry, tworzącym grube, ceglaste dredy, z których jedynie końcówki przypominają o naturalnej (albo naturalnie doczepianej) czerni włosów rozczapierzonym wachlarzem.
Opuwo uznawane jest za centrum „Himbalandu”, dokąd przedstawicielki ( i przedstawiciele, ale ci, choć również wyróżniający się zaczesanym do tyłu warkoczem na czubku wygolonej głowy, materiałowymi spódnicami, wygładzonymi i zaostrzonymi kijami w ręce przydającymi im wyglądu wojowników, bledną jednak w porównaniu do swoich kobiet) tego jednego z ostatnich, na wpół koczowniczych plemion ściągają tłumnie by pozałatwiać niezbędne sprawy. I tu zaczyna się groteska, bo o ile w naturalnym środowisku czerwonej, wypalonej, namibijskiej ziemi wyglądają jak obrazek sprzed kilkuset lat, tak kiedy stoją przy kasie w supermarkecie Spar, z biustem wiszącym nad taśmą z produktami i obowiązkowym dzieckiem wiszącym na plecach, to nie da się ukryć pewnego dysonansu poznawczego. Tak jakby coś ewidentnie nie pasuje. Coś nie gra.

Ale to nie wszystko. Nie tylko Himba wyróżniają się z tłumu. Właściwie nie wiadomo, czy to nadal kwalifikuje się pod wyróżnianie, bo odrębności mieszkańców jest tak wiele i z tak odległych skrajności, że wyróżnianie staje się normą, tracąc swoje wyróżniające znaczenie. Mamy więc dodatkowo ciemne, praktycznie czarne dziewczyny z włosami ufryzowanymi na „himba style”, ale pokrytymi smolistą mazią. Mamy plemię, którego nazwy zawsze zapominam i chyba tak już pozostanie, roboczo nazwijmy je „plemię X”, którego kobiety, również półnagie, zdobią włosy i biodra kolorowymi chustkami, kontrastującymi z głębokim aksamitem skóry, a uszy i nosy poprzebijane mają w wielu miejscach równie kolorowymi kolczykami.
Mamy do tego kobiety Herero, kroczące dumnie w ogromniastych sukniach z krynoliny, o kroju i szyku niezmiennym od czasów kolonialnych i nie mniej przytłaczających rogowych czapkach. Takich prawdziwie „rogowych”, które wystają daleko poza obręb głowy. Nawet nie chce mi się wyobrażać, jak gorąco musi być w takim stroju. Do klimatu zdecydowanie bardziej przystosowują się półnagie piękności.
Na ulicy chęć zrobienia zdjęcia w końcu wygrywa z nieśmiałością i zagaduję trzy kobiety Herero. Przedstawiam się grzecznie, każdej obowiązkowo podaję rękę. Na szczęście najmłodsza z nich, Monalisa (!), mówi też po angielsku. Pytam, czy mogę zrobić im zdjęcie, dociekają przez chwilę, co z tego będziemy mieli. Nie one, my. Jak odpowiadamy, że właściwie to nic, że to dla nas, na pamiątkę, a poza tym to bardzo podobają się nam ich stroje, patrzą nieco zdumione.


„Jak nic za to nie dostaniecie, to po co wam te zdjęcia?” – pytają retorycznie, ale w końcu nawet pozują, ja z nimi, potem chcą zobaczyć, sprawdzić, czy dobrze wyszły, chyba jest okejka. Pytam o suknie, każda sama sobie swoją uszyła, a mnogość i różnorodność tkanin jest nie do opisania. W pewnym momencie zauważają kupione niewiele wcześniej bransoletki i zdobiące włosy warkoczyki. „Jesteś prawie Himba” – uśmiechają się i rozstajemy się jak dobrzy znajomi. Potem widzimy je, jak po przejściu kilkudziesięciu metrów siadają w cieniu przed jednym z trzech supermarketów. Prawdopodobnie przesiedzą tak do końca dnia, obserwując, dyskutując, integrując się z gorącem. There is no hurry in Africa.

Ale wracając do Himba – nie odstajemy aż tak bardzo od głównego, turystycznego nurtu. Też chcieliśmy zobaczyć fragment ich życia, podpatrzeć ekstremalnie inny świat. Z samego rana, zanim słońce zacznie przypalać gigantycznym piekarnikiem wchodzimy do Kaoko Information Centre, na „przedmieściach”, szczycące się lokalnymi przewodnikami i załatwieniem wszystkiego. Przyzwyczailiśmy się już mocno do namibijskich form grzecznościowych, obowiązkowego „How are you?”, czy lokalnego „Moro? Naua”, albo trzykrotnego uściśnięcia ręki tworzącego rytuał niczym powitanie podstawówkowych, szkolnych gangów. Zaznajamiamy się też stopniowo z pewnym spowolnieniem (a może to po prostu nasza hiperreaktywność?), i tumiwisizmem, który powoduje, że to zawsze my musimy zaczynać, podtrzymywać i kontynuować rozmowę, w odpowiedzi uzyskując raczej proste zdania, ewentualnie pomruki. Czasem pomruki zadowolenia, czasem aprobaty, czasem zafrasowanie. U-hmm. Mmmm. Ehhmm. I wszystko jasne.

Wspólne mruczando prowadzi jednak do jakiejś konkluzji, bo chwilę później na tylne siedzenie ładuje się nasza przewodniczka i jedziemy. Najpierw do Spara, żeby zrobić zakupy na podstawowe produkty, dzięki którym w ogóle będziemy mogli zwiedzić wioskę. Opłata za przewodnika to tylko część ceny – Himba nie interesują tak bardzo pieniądze. Jak chcą coś kupić, sprzedają kozę albo owcę, którymi się zajmują i szybko dokonują wymiany na coś aktualnie potrzebniejszego. Wieziemy im dziesięciokilogramowe worki mąki kukurydzianej (dieta bezglutenowa! To na pewno dlatego!), cukier, chleb, trochę cukierków dla dzieciaków (mam co do tego wątpliwości, jako że dzieci dentysty prawdopodobnie nie ujrzą w całym swoim życiu, ale to przewodniczka decyduje), trochę herbaty.

Potem jakieś 20 kilometrów zapylonej drogi, wypełnionej od czasu do czasu rozmową. Znowu to raczej my zadajemy pytania otrzymując raczej zdawkowe odpowiedzi („So, how many Himba people live actually in Namibia?” „Uhmmm, hmmm, a lot.”), a nasza towarzyszka ożywia się jedynie wtedy, gdy odpowiadamy na jej, dość osobiste pytania dotyczące naszego prywatnego życia. Ma też dość osobliwą wiedzę.

– Dużo ludzi mieszka w Polsce?
– Taak, całkiem sporo, 40 milionów. W Namibii chyba o wiele mniej, jakieś 2,5 miliona, prawda?
– Uhmm…mmm. Ale myślę, że jednak nas, w Namibii, jest więcej. Mamy dużo dzieci.

No przecież. My nie mamy za dużo dzieci, logicznie więc musi być nas mniej.

Dojeżdżamy do wioski. Znowu drewniana zagroda, kilka chatek, pusty placyk pośrodku. Ni widu, ni słychu nikogo, oprócz dzieciaków grających w klasy pod drzewem. Wchodzimy, trochę niepewnie, po chwili pojawiają się mężczyźni, tacy zupełnie zwyczajni, pod znakiem T-shirtu Nike czy reprezentacji Francji. Wynoszą mosiężny garnek z jasnożółtą papką przypominającą ziemniaczane puree i częstują nas jako lunchem. Grzecznie odmawiamy, póki co dobra przyjaciółka biegunka jeszcze nas nie odwiedziła i niech tak pozostanie. Szczególnie, że każdy wkłada do garnka taką raczej swojsko brudną rękę i nagarnia sobie do buzi sowitą garść. Jeden z nich to szef wioski, rozpostarty na rozkładanym, plażowym fotelu. W chatce obok leży na przykrytej pledami podłodze jego żona, chora na ból. Poczuwam się i przeprowadzam krótki wywiad, ból ogólnie wszystkiego, ale najbardziej to kolana i łydki, głowa też boli, gorączka. W samochodzie tylko paracetamol, dobre i to, a na pewno lepsze niż nic.

W tym czasie dziewczyny Himba zaczynają schodzić do odwiedzonej przez nas zagrody. Szybko zapoznajemy się z Anną, chyba najbardziej kontaktową, która widząc mój niedbale zapleciony warkocz od razu go rozplątuje i zabiera się za tworzenie bardziej misternej fryzury. Szału nie będzie, bo włosy inne i cieńsze, ale też po raz kolejny przekonuję się, że obfite afro fryzury bardzo często w swoich warkoczykach zawierają dziesiątki sztucznych pasm, które tak naprawdę tworzą objętość.
Najwięcej czasu po raz kolejny spędzamy z dzieciakami, część z nich nawet chodzi do szkoły i mówi kilka słów po angielsku. Ze szkołą to w ogóle dziwna historia. Dzieci dużo, a pracy w wiosce też dużo, w związku z czym to rodzice decydują i wybierają czy i które dzieci do szkoły w ogóle będą mogły uczęszczać, a które pozostaną tradycyjnie niepiśmienne. Mój hairstyle uzyskuje finalny kształt różnej wielkości skręconych jak lina warkoczyków, wygłupiamy się i robimy zdjęcia, które koniecznie potem musimy obejrzeć i komentować. Przy okazji pokazujemy inny obrazki zwierząt widzianych w Etoshy, a nasi małoletni nauczyciele nazywają je nieznanymi nam słowami.

W końcu przysiadam się do grupki dziewczyn siedzących pod drzewem, przedstawiam się, podaję rękę. Skądś pojawia się przewodniczka, i całe szczęście, bo chociaż chęć zapoznania nie wymaga tłumaczenia, to dalsza rozmowa już owszem. Każda jednak zaczyna się podobnie i szybko przechodzi do sedna.
„Ile masz lat?”
„Macie dzieci?”
„A czemu nie macie?”/”Kiedy będziecie mieli?”

Być może to jeden z niewielu wspólnych tematów, niezależny od różnic kulturowych.

Dziewczyny jednak, korzystając z okazji i braku mężczyzn na horyzoncie zadają od razu najbardziej nurtujące je pytania:
„Ile już jesteście małżeństwem? Rok? Jak to się stało, że nie macie dzieci?”

Zaczyna się więc podstawowe przystosowanie do życia w rodzinie w wersji zaadoptowanej do warunków. Kiedy wspominam o tabletkach antykoncepcyjnych, widać wyraźne poruszenie.
„Możesz nam przynieść takie tabletki?”
„A co by się stało, gdybym teraz taką wzięła?” – pyta jedna z nich wskazując na swój sporych rozmiarów brzuch, na oko w trzecim trymestrze.

Nie do końca rozumiem, pytam, czy nie chcą mieć dzieci, czy nie wiedzą, skąd się biorą, czy o co chodzi, czy za dużo?
No tak, za dużo, jedna z nich, 22-letnia, ma już czwórkę i ewidentnie nie chce więcej. Naturalnych metod widocznie też nie znają. Albo nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Mechaniczne wzbudzają chichoty jak z początku podstawówki.
W pewnym momencie przywołuje mnie jedna z dziewczyn z innego kółka wzajemnej adoracji, przedstawia się jako Sonia. Chodziła trochę do szkoły, mówi trochę po angielsku i cała jest taka „trochę”. Jeszcze trochę Himba, ale już w różowym T-shircie i kapeluszu na głowie. Trochę wykształcona. Trochę obeznana. Marzy o wyjeździe do Ameryki. Obecnie w szóstym miesiącu ciąży. Przedstawia mi swoją siostrę, na oko siedemdziesięcioletnią – zamieram, kiedy okazuje się, że ma ledwo czterdzieści. Przerzedzone włosy zwisające smętnymi strąkami pokrytymi ochrą wyrastają niemalże z połowy głowy, czyniąc czoło nienaturalnie wysokim. Zapadnięte, lekko kaprawe oczy na gwałt potrzebują nawilżenia. Ubytki w zębach ujawniają się przy szerokim uśmiechu.
Też ma małe, może kilkumiesięczne dziecko. Pomimo jej sympatycznego usposobienia, nieco wiedźmowaty wygląd kontrastuje z tłustością i rozkosznością bobasa.

No cóż, o małżeństwie, jak o całym życiu nowych członków plemienia decydują rodzice. Już w momencie narodzin małżeństwa są ustalone i przyklepane, co nie przeszkadza jednak (zarówno mężczyznom, jak i kobietom) mieć innych partnerów poza oficjalnym, narzuconym z góry związkiem i nikt nie ma z tym większych problemów.
W wiosce spędzamy kilka godzin. W palącym słońcu towarzyszymy Himba w ich życiu, pytamy, jesteśmy pytani. Na koniec z Anną żegnamy się jak z dobrą koleżanką, chyba nas polubiła (może nawet Piotrka bardziej :D), pyta się nawet, czy jeszcze wpadniemy.

Wieczorny widok z naszego campingu, położonego na wzgórzu ponad miastem i ponad doliną na rozpościerające się pofałdowane w zgrabne figury wzgórza podświetlone wkrótce gasnącym, ale nadal intensywnym słońcem, przyciąga wzrok i doprowadza go do stanu zawieszenia, ze skupieniem w jednym punkcie, absorpcją piękna i chwilowym niemyśleniu o niczym.

8 komentarzy

  1. Super się Was czyta, zdjęcia jak zawsze poziom NG. Jest szansa że zobaczymy się w Cape Town. Będziemy ok. połowy stycznia.

    1. Dziękuję Bolo! Też będziemy w Cape Town w połowie stycznia, chyba najwyższy czas spotkać się na relacje z podróży i ‘osiołka’;)

  2. Mimo, że nie wracacie na święta to nawet w Afryce dosięgły Was polskie świąteczno-imieninowe pytania o zakładanie rodziny. 🙂

    1. Hahha od tego nie ma ucieczki, nawet na końcu świata pytania pozostają te same;)

  3. Bardzo ciekawe. Szczególnie kontrast gołych biustow i kasy w supermarkecie. No i te babki w tych ubraniach nie wiem jak wytrzymują w tej temperaturze. Czytam pilnie i pozdrawiam. Choinka z opon wygrywa ?. Trochę wcześnie ale wesołych afrykańskich świąt?

    1. Dziękujemy bardzo! Konttasty w Opuwo faktycznie były niezłe, ale te temperatury troche tlumaczą chodzenie półnago, zawsze chłodniej;) pozdrawiam i także życzę Wesołych świąt!

  4. Witam.
    Fajne rozmowy prowadzicie – “U-hmm. Mmmm. Ehhmm ” . Właściwie rozumiecie się bez słów.
    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Dokładnie, bariera językowa noe istnieje! Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz