Wyspiarskie życie, czyli uroki Jeziora Titicaca

Alternatywny tekst

Długo zwlekałam (i rozwlekałam) temat dżungli, a od tego czasu zdażyło się już bardzo wiele, wspomnienia zaczynają blaknąć, tracić szczegóły, rozmazywać kontury i spokojnie, powoli, udają się do przeznaczonej sobie szuflady w mózgu, żeby czekać na ponowne odkrycie. Ponowne odkrycie chociażby przy pomocy zdjęć, których setki (przechodzące dość płynnie w tysiące), zapełniają powoli karty pamięci (specjalnie kupione na tę okazję 128GB) – te elektroniczne i te jak najbardziej biologiczne. Pomimo, że lepiej relacjonować na świeżo, czasem się po prostu nie da – właściwie cały nasz wolny czas przeznaczamy na pisanie, obrabianie zdjęć i…spanie, bo w końcu mamy wakacje, co oznacza, że bardzo często ktoś ściąga nas z łóżka o 3 albo 4 nad ranem, zapowiadając kolejny dzień.
W każdym razie, chociaż jesteśmy już ponownie w Peru, w Arequipie (ale o tym nieco później), po ponad tygodniu spędzonym w przypominającej zamrażarkę Boliwii (o tym też nieco później), wracam myślami do brakującego puzzla podróży, czyli Jeziora Titicaca, Wysp Uros, Amantani i Taquile.
Nie, nie tequilę. Tak, też bym się napiła:)
Otwieram więc szufladę i czas na retrospekcję!
Po powrocie z dżungli i kolejnym wieczorze w Cusco, zrobionym praniu (a jakże; rzeczy w dużej mierze nasiąkły zapachami nie tylko amazońskiej puszczy), opuściliśmy miasto tak szybko, jak się dało (i tak jakoś się w nim zasiedzieliśmy, w myśl, że wszystkie drogi prowadzą do Cusco) i ruszyliśmy w drogę do Puno.
Najszybciej, jak się dało okazało się w tym przypadku (znowu) „jak dobrze, że w ogóle dojechaliśmy”, bo autobus i cała podróż odbyła się w książkowych warunkach jednego z poprzednich postów o transporcie w Peru. Folklor na całego i 3 godziny opóźnienia, w związku z czym na zwiedzanie wątpliwej piękności miasta Puno nie mieliśmy zupełnie już czasu.
Tym bardziej, że od miasta powiało chłodem. Taki prawdziwym. Mroźnym, zimowym. Jakby gdzieś nad nim wisiała niewidoczna Buka i spowijała ulice chrzęszczącym przymrozkiem. Niestety do ulic się nie ograniczała, domy w Peru nie mają żadnej izolacji, raczej nieszczelne okna i, oczywiście, żadnego ogrzewania. Hostele też. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że zapowiada się ponad-tydzień-nocnych-dygotań, jakoś ciągle zaklinałam rzeczywistość i próbowałam wmówić sobie, że nie, wcale nie ma teraz zimy, w ciągu dnia przecież świeci słońce, niebo jest lazurowo niebieskie i tylko niechęć do letnich rzeczy każe przypuszczać, że coś z tą pogodą nie do końca gra tak, jak powinno.
W każdym razie, rozważając te czynniki, raz po raz wstrząsani dreszczami, zdecydowaliśmy się wykupić dwudniową wycieczkę z naszego hostelu, bo cena była przyzwoita (90 soli), a jej plan akurat taki, jaki zakładaliśmy.
Następnego dnia z rana, po całkiem niezłym śniadaniu (jajecznica! Świeże owoce! Szaleństwo! Nadal hejtujemy równo dumnie brzmiące „desayuno continental”, czyli bułki ze słonym masłem i słodkim dżemem i oszukując system, nosimy na śniadania własne awokado), pojechaliśmy do portu, zaokrętowaliśmy się na łódkę (niestety nie żaglową, ciekawe, jak ona pływa, skoro nie ma żagli?;)) i wyruszyliśmy w kierunku słynnych wysp trzcinowych Uros.
Nie spodziewaliśmy się wiele więcej niż pokazów czysto turystycznych, nie zawiedliśmy się. Ale mimo przyklejonych już do Uros etykietek „komercja” i „szopka”, skłoniło mnie to mocno do refleksji. Bo z jednej strony faktycznie, chcielibyśmy zobaczyć i uwierzyć, że potomkowie Indian Uros, wypędzeni najpierw przez Inków, potem przez Ajmarów, a w końcu przez hiszpańskich konkwistadorów i uznani za osobną społeczność zaledwie kilkadziesiąt lat temu, są autentyczni, a nie wystawieni na pokaz.
Z drugiej strony, gdyby nam przyszło mieszkać na chyboczących się wyspach, po których biegają na przemian dzieci i gęsi, które trzeba co dwa tygodnie odnawiać, bo warstwy trzciny gniją – ze świadomością, że pół godziny rejsu łódką est spore miasto ze wszystkimi swoimi udogodnieniami, zostalibyśmy na wyspach? Czy ucieklibyśmy do miasta?
Z jednej więc strony turystyka zabiera autentyczność, z drugiej natomiast utrzymuje te jedyne w swoim rodzaju wyspy przy życiu. Koniec i kropka, nie ma co zapierać się rękami i nogami, a raczej należy obserwować, chłonąć i uczyć się. Nie sądzę, że będą mieszkać na wyspach długo. I tak ich liczba z roku na rok maleje.
A same wyspy, wyłaniające się nagle z wysokiej trzciny porastającej zatokę („małe jezioro”) Jeziora Titicaca i tak robią wrażenie jakiejś dziwacznej fortecy, lekko falującej i mieniącej się kolorami strojów mieszkańców. Mieliśmy okazję zamienić z nimi kilka słów na osobności, a nawet przymierzać ich tradycyjne stroje (spódnice bardzo slim fit i meloniki nie wiadomo jak trzymające się głowy), na szczęście oprócz Aymará, mówią także płynnie po hiszpańsku.
Stamtąd kontynuowaliśmy rejs na największą (po stronie peruwiańskiej) wyspę jeziora, czyli Amantani.
Tam, po dopłynięciu, oczekiwały nas już lokalne władze i równie lokalni mieszkańcy – tym razem nie miało to nic wspólnego z szopką dla turystów. Mieszkańcy wyspy (mówiący w języku Quechua, czyli drugim, najpopularniejszym, rdzennym językiem Peru), na co dzień są rolnikami, jednak od kilkunastu lat zajmują się również turystyką – na wyspach bowiem nie ma właściwie innej możliwości noclegu czy posiłku, jeśli nie w ich domach.
Zostaliśmy przyjęci (razem z parą Belgów) przez Luciano i Julię, którzy tak naprawdę towarzyszyli nam w większości naszych zajęć.
Na przykład we wspinaczce na górę.
Powolnej.
Mozolnej.
Zasapanej.
Po pobycie w dżungli odzwyczailiśmy się trochę od jakości powietrza na 4000 metrów i znowu dreptaliśmy w górę z prędkością ślimaka, łapiąc co kilka kroków głębsze oddechy.
Przygotowywali dla nas jedzenie, z dostępnych sobie składników (większość oczywiście na bazie ryżu, ale też marchewko-podobnych ziemniaków i, jakże by inaczej, bułek z dżemem:), oprowadzali po wyspie, a nawet wyszykowali na wieczorną, folklorystyczną „imprezę”
O ile wspinaczka na szczyt wyspy, żeby móc obejrzeć zachód słońca z wyżyn inkaskiej świątyni Pachatata (coś jak tata-ziemia; w wolnym tłumaczeniu, cały kosmos), korzystając przy okazji z możliwości wspomożenia losu trzema życzeniami, symbolizowanymi przez trzy kamyki zostawione w murach świątyni, była całkiem przyjemna, chociaż powolna, to impreza wywarła wrażenie raczej dziwne.
Muzyka bynajmniej nie była rockowa czy popowa, ale folklor w dźwiękach w niczym nam nie przeszkadzał. Po prostu linie melodyczne zalatywały mantrą, transem, pieśni przeciągały się do prawie 10 minut, a w wirującym tłumie ciężko było stwierdzić, czy ciało ukryte w obszernym poncho należy do turysty czy localesa.
W każdym razie, wrażenia z Amantani pozostały zdecydowanie bardziej autentyczne niż z Uros. Nasi hości, chociaż starsi, spokojni i małomówni, nie żyli tylko i wyłącznie z turystyki, była to raczej dla nich dodatkowa praca i odskocznia od codziennej, rolniczej rutyny. I całkiem nieźle im to wychodziło, bo z tego, co mówił Luciano, w porze deszczowej, kiedy generalnie ruch ludzki trochę siada, rozkręca się ruch rolny.
Do tego sama wyspa przypominała nieco…Chorwację. Z lazurową wodą jeziora Titicaca. Na 4000 m.n.p.m. Ale budownictwo z kamienia, niskie domki, śródziemnomorskie kwiaty, ostre słońce (taak, ograniczyliśmy się tylko do jednego długiego rękawa!) czy ryby na obiad przywoływały na myśl typowe, wakacyjne kurorty. Tylko to zimno jakoś mi nie pasowało do całości idyllicznego obrazka.
Na koniec została nam do odwiedzenia jeszcze wyspa Taquile, słynąca z wyrobów tekstylnych. Zakupiłam nawet wyrób tekstylny w postaci opaski na głowę.
Po czym zgubiłam go w Boliwii.:(
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Znowu włóczyliśmy się kamiennymi uliczkami, posapując wesoło, uczyliśmy się o znaczeniu tradycyjnych strojów mieszkańców wysp (i nie, nie ubierają się tak z powodu codziennych przemarszów blondasów w butach trekkingowych; chodzą tak na co dzień) – segregacja rasowa i seksistowska w najczystszym tego słowa znaczeniu. Inne stroje dla panien, kawalerów, mężatek czy żonatych. Inne dla nastolatków „szukających” pary, inne dla singli chcących pozostać w tym błogosławionym stanie.
Czapka na prawo, czapka na lewo, wszystko miało znaczenie.
Ot, taki fejsbukowy status.
Pora nam było wracać już do „pięknego” Puno, w którym nocowaliśmy po raz kolejny, trzęsąc się z powodu nieszczelnych okien, w oczekiwaniu na poranny autobus, jadący przez Copacabanę do La Paz.
Copacabanę olaliśmy z premedytacją, nasyciwszy się już wystarczająco wyspami jeziora, chociaż nazwa miejscowości brzmiała kusząco. Obeszliśmy ją akurat w godzinę, którą mieliśmy na zamianę środków transportu z peruwiańskich na boliwijskie, po przedreptaniu na pieszo przez granicę. W ogóle przekraczanie granic tych krajów odbywa się głównie pieszo. Tak, jakby chcieli zarejestrować dokładnie każdego piechura. Nie to, żeby ktokolwiek nas nagrywał, bez przesady.
A może chcą umożliwić po prostu swobodny, przydrożny handel w bazarowej „strefie bezcłowej”?

6 komentarzy

  1. Ale biedny ten kocmołuszek ze zdjęcia, taki smutny…Mam mieszane uczucia: są biedni i surowi?ciężko pracują? czy beztroscy i szczęśliwi w swoich lokalnych warunkach jak Tanzańczycy i Kenijczycy?

    1. Chyba nigdzie nie ma szczęśliwszych ludzi niż w Afryce. Boliwijczycy i Peruwiańczycy nie wywierają super pozytywnego wrażenia. A pracują na pewno ciężko. No i Boliwia to najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej, wbrew pozorom…

  2. Pomyłka zdjęcie nr 50.

  3. Pięknie widzieć Was szczęśliwych.
    Zdjęcie nr 57 na pływającej wyspie w tle baterie solarne , ha, ha!!

  4. Widzę, że nowa moda zapanuje na Sokołowskiego jak wrócicie z tak odmienioną garderobą ,nieskromnie dodam że też mi się podoba im bardziej kolorowo tym fajniej ,Marta na miss Peru albo Boliwii prezentujesz się pięknie w tych cudnych strojach.

  5. Fajne chatki ! A my przez całe życie zbieramy miliony na cegiełki. Przynajmniej natura wymaga co parę miesięcy gruntowny remont “trzciniaków”.

Odpowiedz na „tatekAnuluj pisanie odpowiedzi