Wodospady Victorii i zimbabweński prezydent

Chęć zobaczenia Wodospadów Victorii zdeterminowała nieco nasze podróżnicze plany. Braliśmy je pod uwagę już w momencie aplikowania o namibijską wizę, starając się o pozwolenie na wjazd wielokrotny, bo traf chciał, że ten jeden z naturalnych cudów świata położony jest niedaleko miejsca, gdzie granice czterech krajów – Namibii, Botswany, Zambii i Zimbabwe łączą się ze sobą pośrodku rzeki Zambezi. Tej samej, która daje źródło słynnym kaskadom.
Jako że i tak chcieliśmy spędzić trochę czasu na Caprivi, wąskim pasie rozdzielającym Namibią Angolę i Zambię od Botswany, zupełnie innym niż reszta kraju, zielonym, zasilanym czterema rzekami, wprost usianym parkami narodowymi, a ktoś nam powiedział, że być tak blisko wodospadów i do nich nie pojechać to grzech. Grzeszyć nie chcieliśmy, więc cięliśmy Caprivi Highway aż do granicy z Botswaną.

Przewodnik Lonely Planet poświęca Wodospadom całkiem obszerny, osobny rozdział, dywagując, która strona lepsza, co można robić, o jakiej porze roku. Co do tej ostatniej, wyboru specjalnie nie mieliśmy, łapiąc się na koniec suchej/początek deszczowej, co oznaczało najniższy poziom wody. I o ile przy obserwacji zwierząt bardzo nam to pomaga, bo masowo gromadzą się przy nielicznych, opierających się suszy wodopojach, o tyle Wodospady Wiktorii nie niosą ze sobą w tym momencie zatrważających ilości wody, przewalających się z hukiem przez wyrwę w Ziemi, rozdzielającą naturalnie dwa kraje. Z drugiej strony, argumentem przeciwko odwiedzinom w porze deszczowej jest fakt, że unosząca się wszędzie mgła i nieustanie kapiąca z drzew woda właściwie przesłaniają widok.
Jeśli chodzi o aktywności, też nie było wątpliwości – większość kosztuje powżej 100 USD za osobę, wypadając momentalnie z naszego budżetu. I tak nawet nie chce mi się myśleć i podliczać, ile ten krótki wyjazd nas kosztował, biorąc pod uwagę wszelkie pozwolenia na wjazdy, wizy, opłaty za wstęp, opuszczenie, przekroczenie, zobaczenie. Opłaty za wszystko, co możliwe.
Co do strony natomiast, wybraliśmy zimbabweńską, bo według wielu widoki jednak lepsze, a poza tym wiza mimo wszystko tańsza. Zmieniliśmy jedynie zdanie co do sposobu dojazdu, rezygnując z naszego wypożyczonego samochodu na koszt zamawianego z Kasane w Botswanie transferu – przestrzegano nas na campingach przed „dociekliwością” zimbabweńskiej policji, przeszukującej samochody tak długo, aż w końcu znajdą jakąś usterkę, błąd czy niedopatrzenie, za które trzeba oczywiście uiścić kolejną, bliżej nieokreśloną w kwocie opłatę, najlepiej wprost do ręki inwigilującego.

Zamarliśmy natomiast z rękami nad potwierdzeniem rezerwacji, kiedy zaczęły docierać do nas najnowsze informacje o sytuacji w Zimbabwe:

Wszystko wskazuje na to, że Zimbabwe czekają duże zmiany. 93-letni prezydent Robert Mugabe podał się do dymisji. Znaczna część 16,5 milionowej populacji tego południowoafrykańskiego państwa nie zna innej władzy, bo autokrata Mugabe pełnił urząd przez 37 lat.
Decyzja o dymisji została rzekomo podjęta dobrowolnie przez Mugabe, choć podjął ją w momencie, gdy parlament prowadził już procedurę impeachmentu.
Kryzys zaczął się 8 dni temu. Władzę próbowała przejąć żona autokraty i wspierająca ją frakcja w rządzącej partii Zanu-PF. Powstrzymało ją wojsko, które przejęło władzę w Zimbabwe. Wtedy wybuchła rewolta przeciwko prezydentowi Mugabe. 
Jego dzisiejsza dymisja może otworzyć nowy rozdział dla Zimbabwe. Wielu świętowało jego odejście na ulicy, mając nadzieję na poprawę losu kraju. Wojskowi twierdzą, że oddadzą władzę cywilom. Władzę ma objąć teraz wiceprezydent Emmerson Mnangagwa, wyrzucony przez Mugabe kilkanaście dni temu, który został tymczasowym liderem rządzącej partii Zanu-PF.” [źródło: The Guardian]

Tym razem, dzięki wyjazdowi do Victoria Falls mieliśmy jednak możliwość zweryfikować docierające do naszych mediów informacje bezpośrednio u źródła. Włócząc się po parku i wchodząc na most graniczny pomiędzy Zimbabwe a Zambią, żeby po raz ostatni rzucić okiem na kanion, zagadał nas jakiś facet, dość standardową formułką:
– Heey, how are you?
– Very well, thanks, and you? – odpowiadamy mechanicznie, patrząc jednak trochę podejrzliwie, bo chwilę wcześniej dwa razy przechodziliśmy testowanie na nas najnowszych technik sprzedażowych zaczynających się mniej więcej podobnie. Gość jednak był zdecydowanie za dobrze ubrany jak na sprzedawcę, do tego towarzyszył mu inny, bardziej małomówny mężczyzna o bliżej nieokreślonej funkcji.
– Where are you from, guys? – pytał dalej
– From Poland.
– Oooh, Poland! Dzień dobry!  – spojrzeliśmy na niego zdumieni – byłem niedawno w Krakowie, piękne miasto!
No to już zdecydowanie nie był uliczny sprzedawca. Z dalszej rozmowy wynikało, że musi to być ktoś wysoko postawiony, znający niemalże całą Europę, często bywający w interesach za granicą. Małomówny towarzysz natomiast okazał się być jego prywatnym przewodnikiem.
Zaczęliśmy wypytywać obydwu o obecną sytuację.
– Wiecie, wszyscy patrzymy na tą zmianę z nadzieją. Potrzebujemy kogoś młodego, nowego. Potrzebujemy w końcu zagłosować w wyborach.
– Czyli poprzedni prezydent nie został wybrany przez ludzi?
– Niee. To znaczy na początku tak. Potem były wybory. Zawsze sfałszowane. Poza tym wolimy, żeby w tym momencie władzę trzymało wojsko, a nie skorumpowana do granic możliwości policja. Zobaczcie, dzisiaj zmieniła się po raz pierwszy od prawie czterdziestu lat władza. Widzicie, żeby coś złego się działo?

Spojrzeliśmy dookoła. Życie toczyło się jak najbardziej swoim turystycznym rytmem, przejścia graniczne rutynowe, spokój, gorąco.
– No właśnie. Zimbabwe to bardzo bezpieczny kraj.

Rozstaliśmy się z nowymi znajomymi na granicy, gdzie nagle zrobił się tęczowy korek – turyści z plecakami przeciskali się pomiędzy kierowcami ciężarówek, ktoś prowadził załadowany rower, a we wszystkim mieściły się jeszcze ubrane w wielokolorowe spódnice kobiety, z ogromnymi workami owoców i obowiązkowo dzieckiem zawiniętym w chustę na plecach, jak nieodłączna część kobiecego organizmu czy jego przedłużenie.
Myśleliśmy, że to nasze pierwsze i ostatnie, chwilowe i przelotne spotkanie, jakich wiele jest w podróży, ale nie tym razem.
Zawiezieni przez naszego transfer – busika przed towarzyszący wodospadom zabytek, hotel z połowy XIX wieku o nazwie Victoria Falls, w jednoimiennym mieście (wyrwa w ziemi zdecydowanie zdomiowała wszelkie nazwy własne, życie czy pracę okolicznych mieszkańców; thank you, Livingstone…), mogliśmy na deser i podumowanie spojrzeć z rozległego tarasu widokowego na naturalnie wyrzeźbiony kanion i nienaturalnie wiszący nad nim most. Nie kanion jednak tym razem głównie nas zainteresował, a sam budynek, przez jaki trochę partyzancko przeszliśmy.
Jeśli biali kolonizatorzy mieszkali w Afryce w takich warunkach, to nie dziwię się, że darzą ją jedynie ciepłymi wspomnieniami. Wchodząc do obszernego lobby, udekorowanego obowiązkowo wypchanymi popiersiami afrykańskich bawołów, kudu czy oryksów, z ciężkimi, haftowanymi zasłonami ogromnych okien, zawiało klimantem jak z kart hemingway’owskich powieści. Luksus i przepych wprost z epoki kolonialnej dawnej Rodezji. Obsługa hotelowa ubrana w stroje safari i kapelusze identyczne, jak noszone przed stu laty, jeśli wierzyć wiszącym na ścianach obrazom. Głowy kręcą nam się w jedną i drugą stronę, bo z jednej strony ciekawość, z drugiej trochę małomiasteczkowość, no ale kiedy drugi raz będzie okazja przejść się po takiej posiadłości? Wychodzimy na taras, kiedy ktoś macha na nas z sąsiedniego stolika.
Heeey! That’s you again! – to nasz znajomy z mostu, uśmiecha się szeroko sącząc kolorowego drinka w hotelowej restauracji, jako jeden z bardzo nielicznych czarnoskórych. – Come and join me for a drink!
Wymawiamy się grzecznie, bo nasz busik czeka, chociaż mielibyśmy ochotę zostać i dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest nasz zimbabweński przyjaciel. Widocznie nie bardzo ma z kim pogadać, albo towarzystwo jego przewodnika – ochroniarza już trochę go znudziło, bo na koniec wymieniamy adresy mailowe i życzymy sobie do zobaczenia, być może w Warszawie.

Z samymi Victoria Falls musimy się jeszcze ułożyć, tak samo jak z Macchu Pichu, egipskimi piramidami czy innymi koniecznymi-do-zobaczenia miejscami.
Z jednej strony nie można ujmować piękna i masywności wrażeń, z drugiej pielgrzymki wycieczek, brak prywatności czy chwili na kontemplację, żeby nie przeszkadzać kolejnym zwiedzającym w zrobieniu zdjęcia jakoś nie pozwala się nimi w pełni nacieszyć.
Mamy też wątpliwości co do ilości pieniędzy, jaka jest wymagana od każdego (zagranicznego) turysty, biorąc pod uwagę dość mało wymagającą infrastrukturę Wodospadów. Co innego utrzymywać niedostępne ruiny Majów czy Azteków, które wymagają ciągłych napraw i konserwacji, co innego natomiast jednorazowo wybudować ścieżki dla pieszych i po prostu pozwolić wodzie płynąć we własnym, zależnym od pór roku rytmie. Wodospadom jest chyba wszystko jedno, czy ludzie patrzą na nie za darmo, czy za fortunę.

Być może w tym momencie powinniśmy od takich miejsc stronić i olewać je na korzyść drobnych spotkań, spania pod chmurką czy przypadkowych rozmów z ludźmi, których historie zajmują mnie często bardziej niż przewodnikowe „highlightsy”. Może. Nie wiem.

Dodaj komentarz