Wizy do Namibii cd. i nasze capsule wardrobe

Tak bardzo nie chcę zapeszać. Nie chcę pisać, że jest dobrze, bo podróżnicy, chyba trochę jak żeglarze, dryfując na morzu przypadku stają się nagle bardziej przesądni. Tracąc uklepany grunt dobrze znanej codzienności, pomimo zwykłej racjonalności dalekiej od czytania z wypiekami na twarzy gazetowych horoskopów, nagle spoglądają w niebo, zdają się na łaski i niełaski losu, godzą się na prowadzenie poprzez wyższą siłę.
Ale póki co idzie jak po sznurku. Trasa, pieczołowicie spisywana poprzedniego dnia z googlemaps prowadzi nas praktycznie sama, pozwalając odkreślać dane punkty na mapie szybko i sprawnie.
Pociąg z Warszawy tym razem, pomimo gęstej mgły i mrocznej atmosfery po drodze, trąbiąc radośnie szybko nadrabia spóźnienie i wjeżdża na Berlin Hauptbahnhof z niemiecką precyzją i dokładnością. Szybki skok po schodach, zmiana peronu i już łapiemy S-bahn na oddalone od centrum zagłębie ambasadowe, szukając wkrótce tej właściwej, tej naszej, tej namibijskiej.
Jest! Senny budynek w równie sennej dzielnicy. Przy furtce, załadowani jak żółwie albo wielbłądy, łączące style trapera, żeglarza, backpackersa i frontpackersa, zderzamy się z Panem Listonoszem. Mamy szczęście, bo otwiera mu portier.
Mamy szczęście, bo portier wita nas nienaganną angielszczyzną.

Mamy szczęście, bo po krótkim przypomnieniu sprawy (że wizy do Namibii, że wysłane wcześniej, że aplikowaliśmy o wjazd wielokrotny, a ja dostałam jednokrotny, że mieliśmy się zgłosić po poprawkę, bo kurczę, dzisiaj odlatujemy), zaprasza nas do środka. Tylnym wejściem, bo główne zamknięte. W ogóle cały budynek zamknięty.
Czemu?
No jak to. Jest przerwa lunchowa. Od 13 do 14. Przyszliśmy 13.05.
Portier po zasięgnięciu języka przy stole wraca z moim paszportem i pyta:
– Bardzo się wam spieszy?
Patrzymy po sobie nieco skonsternowani.

– Trochę tak, dzisiaj mamy lot… – odpowiadam jeszcze niepewnie, nie wiedząc, jaki kruczek kryje się za zadanym niewinnie pytaniem.
– O której?
– 18.40…
– A moglibyście wrócić tu…hmmm…około 15? Bo wiecie, teraz wszyscy są na przerwie obiadowej…

Robię błagalne oczy.

– A nie dałoby się tak…jakoś…trochę szybciej…proszę? – miętoszę nieporadne, angielskie słowa. Nie uśmiecha nam się czekanie do ostatniej chwili na decyzję. Szczególnie nie uśmiecha nam się zostawianie paszportów gdziekolwiek na kilka godzin przed wylotem.
Portier w końcu lituje się.
– No dobrze, zobaczę, co da się zrobić.

Przez kilkanaście minut próbujemy zająć się czymkolwiek, przeglądamy więc foldery reklamowe, reklamujące super-wypasione-lodge, czy wgapiamy się w portret prezydenta Namibii.
Kątem oka widzę, jak portier wyjmuje stosik bordowych teczek, otwiera pierwszą z nich, sprawdza moje dane i aplikacje, po czym oddala się z paszportem.
Wkrótce wraca. Stara wiza anulowana, nowa świeżo wbita, w końcu poprawna.
Ambasadorów nadal ni widu, ni słychu. A szkoda, mogliby nas zaprosić na to zaległe piwo.
Za to portier wręcza mi dokument, po czym odprowadza do drzwi.
– Wiecie, nie ma nawet nikogo, kto mógłby was stąd wypuścić… Do widzenia!
– Do widzenia! – żegnamy się i patrzymy na siebie znacząco.
Nie mamy wątpliwości, że żaden namibijski oficjel nie przyłożył do wizy ręki, pieczątki, ani nawet długopisu. Równe i staranne pismo mówi samo za siebie. Wizę w paszporcie wystawił mi portier.

Udaje się nam załatwić sprawy niecierpiące zwłoki na tyle szybko, że pora rozważyć te mogące pocierpieć nieznaczną zwłokę. Na przykład tradycyjny, niemiecki obiad w postaci budki z kebabem, na który ślinimy się od wczoraj. I na który dość mocno się nastawiamy, biorąc pod uwagę, że oszczędziliśmy na locie, wybierając opcję bez jedzenia.
Jak na złość, stara dzielnica willowa usiana ambasadami nie obfituje w kebsy. Trudno w to uwierzyć, ale nawet przy tureckiej ambasadzie nie ma ani jednego! Górczewska i Działdowska zdają się w tym momencie bardziej tureckie niż teoretycznie skolonizowany przez tę nację Berlin. No nic. W drogę.
Kierowca autobusu pomaga z biletami i nawet nie zamarudzi na totalnie nieodliczoną kwotę. Pasażerowie wypychają nas radami na odpowiednich przystankach, widząc gigantyczne plecaki wołające z oddali „Hej, nie jestem stąd, nie znam tego miasta!” i pozwalają nam dryfować na życzliwości bez obawy i prosto do celu.
Dojeżdżamy na Tegel. Zaraz lecimy.

 Na trasie Berlin – Koln totalnie nie przystajemy do reszty pasażerów. Jak czerwony sweter do różowej spódnicy. W traperach, bojówkach, z brzęczącym przy plecaku metalowym kubkiem ściągamy na siebie halogeny spojrzeń. Większość ludzi w garniturach, uporządkowana, odprasowana. W jednakowych, czarnych, szarych, w porywach ekstrawagancji beżowych płaszczach, z jednakowymi, czarnymi torbami podróżnymi na laptopa w rękach.
Przed gate’em do odprawy w Koln czekamy na odprawę paszportową. Czekamy długo, bo celników nie ma, siedzą w palarni i mają widoczną gołym i niewprawionym nawet okiem przerwę. Dołącza coraz więcej osób w bojówkach. W kurtkach sportowych. W trekkingowych czapkach. Zaczynamy czuć się jak u siebie.

Capsule Wardrobe

Media społecznościowe od jakiegoś czasu opanowuje trend stojący w opozycji do bezwzględnego konsumpcjonizmu, każącego na odwieczny problem: „nie mam w co się ubrać” odpowiadać: „idź do sklepu. Kup nowe”. Zamiast topić kolejne części wypłaty w niepotrzebnych potrzebach zalecają skandynawski minimalizm, minimal living, capsule wardrobe. Mało ekologicznie zalecają pozbyć się całej swojej dotychczasowej garderoby i skompletować ją od początku, bazując na ubraniach ponadczasowych, klasycznych, takich, w których na pewno czujemy się dobrze, które mogą być zakładane na uniwersalne okazje i które swoją ekstrawagancją nie odstraszają od półek. Garderoba kapsułowa. Szafa w pigułce.
Patrzę na nasze plecaki, dwa główne i dwa podręczne.
Patrzę na bagaż, który oprócz oczywistych ubrań i butów mieści także nasz namiotowy dom, maty do spania, poduszki, garnki, leki, kosmetyki, dodatki, książki, komputer, kontakt z bliskimi, a także cały żeglarski sprzęt w postaci sztormiaków, kaloszy, rękawiczek…
Wszystko, co wystarcza do życia na kilka długich miesięcy zamknięte w kilkudziesięciu litrach. Samodzielność na plecach. Niezależność. Wolność.

To nie tylko capsule wardrobe. To nasz capsule home.

 

Dodaj komentarz