Windhoek, czyli postkolonialny zlepek kultur

Nie opóźniono nam lotu. Nie zmieniano trasy. Nie zgubiono bagaży. Nawet żadnego ataku terrorystycznego! Mając w pamięci świeże jeszcze początki podróży sprzed roku oddychamy mimowolnie z ulgą odhaczając kolejne etapy drogi dojazdowej do Windhoek. Nadal wszystko idzie jak po sznurku. A nawet jeśli zdarzają się drobne pomyłki, życzliwość jak latarnia prowadzi nas bezpiecznie do portu.
Na lotnisku pierwsze zdziwienie europejskością i zorganizowaniem. Co prawda do odprawy paszportowej czekamy ładną chwilę, ale generalnie przestawiamy się stopniowo i powoli na tryb „wszystko mi jedno”, wgapiając się w ludzi i pozwalając sobie na myślenie o niczym. Zresztą sama odprawa to już formalność (przy ważnej wizie, oczywiście), a młoda i śliczna Namibijka w mundurze straży granicznej jeszcze poprawia mi humor swoim pytaniem i przywołuje na nieogarniętą i niepomalowaną twarz nikły rumieniec.
– Aren’t you just too pretty to be a doctor?
Wymamrotałam coś speszona i nieprzywykła do takich dyskusji na granicy, i widocznie nie do końca potwierdziłam jej tezę, bo zagadała dodatkowo koleżankę zza biurka, wbijając mi pieczątkę wjazdową otwierającą oficjalnie początek podróży. I z uśmiechem życzyła miłego pobytu.

Drugie zaskoczenie to języki – z każdym od razu dogadujemy się po angielsku i to właściwie głównie dlatego, że nie mówimy po niemiecku, więc ten język odpada. A włada nim znaczna większość populacji, którą w 5% nadal stanowią Niemcy.
Niemiecki, angielski i afrikaans (zmodyfikowany holenderski) to trzy główne języki Namibii, obok których na prowincji usłyszeć można kilkakrotnie więcej odmian charakterystycznych dla rdzennych plemion. Pamiątki po dawnych kolonizatorach.

Namibia to kraj, który do naszej, europejskiej świadomości został podany w okolicach XVII wieku, kiedy holenderscy kolonizatorzy zaczęli wypuszczać się z okolic dzisiejszego Cape Town w RPA i eksplorować pustynny, niegościnny teren. W połowie XIX wieku mniej więcej w tym samym czasie kościoły niemieckie i fińskie z różny skutkiem zaczynały prowadzić w Namibii działania misyjne. Brytyjczycy z kolei, dość prozaicznie, w porównaniu do jakże szczytnych, religijnych celów, przyciągnięci zostali przez komercyjny potencjał depozytów ptasiego guana na wybrzeżu i zapanowali nad dzisiejszymi okolicami Walvis Bay. Dlatego w Namibii wszystko się miesza. Języki i nazwy miejscowości odzwierciedlają dawne strefy wpływów. Państwo, które odzyskało niepodległość w 1989 roku, jest teraz jednym z najstabilniejszych i najlepiej rozwijających się na południu Afryki. Historia współczesna tworzona za naszych czasów, jak w większości przypadków afrykańskich krajów.

Windhoek to też zlepek różnych stylów i narodowości. Niemiecki porządek. Język angielski w sklepach. Mnóstwo białych na ulicach. Trochę więcej ciemnoskórych zamieszkujących biedniejsze dzielnice, nieodgrodzonych wysokimi murami oddzielającymi liczne, przypominające śródziemnomorskie rezydencje. Nazwy ulic w stylu Bahnhof Avenue. Jedzący fast-foody na śniadanie grubi ludzie o nalanych, czerwonych od słońca twarzach w barach.

Miasto podobno albo się kocha, albo nie cierpi, ale niewątpliwie stanowi płynny i miękki pomost pomiędzy kulturą zachodniej Europy a Afryką. Czujemy się zdecydowanie bardziej swojsko niż w Ameryce Południowej. Tylko jest cieplej. I bardziej kolorowo.

Ze względu na znikomą ilość zabytków i niezliczoną spraw do załatwienia, odkładamy szumnie zwane zwiedzanie na koszt przygotowań. Zaraz po rozłożeniu namiotu na campingu w centrum miasta (!) – Urbans Camp, jedziemy więc na jego drugi koniec wypożyczonym na lotnisku samochodem (naszym świeżutkim, terenowym polo, z kolorową rejestracją ze słoniem prosto z RPA), w serce nieznanej turystyce, brzydkiej i do bólu praktycznej dzielnicy industrialnej. Tam nadajemy paczkę ze sztormiakami, kaloszami, prezentami dla naszego przyszłego kapitana i drobnym, żeglarskim badziewiem, zwalniając tym samym ponad 10kg bagażu do noszenia. Ciągle nie wierzymy, jak udało nam się spakować to wszystko do jednej torby na wysyłkę, ciągle też spoglądamy ze zdziwieniem na zyskaną w ten sposób ilość miejsca w plecakach.
Potem wymiana kasy i zaopatrzenie na najbliższe tygodnie. Kasy wymienić nie można, bo banki działają od 8.30 do 15.30 i już, pewnie jeszcze z przerwą lunchową. No nic, odkładamy kasę na kolejny dzień. Zakupy idą w miarę szybko i sprawnie, choć oprócz typowo spożywczo – komunalnych musimy znaleźć rzeczy bardziej survivalowo – campingowe, czyli butlę z gazem i namibijską kartę SIM w razie tak zwanego wypadku. Tę ostatnią pracownik sklepu RTV AGD instaluje w tempie, którego moje podbite zmęczeniem oczy nawet nie rejestrują, odkrywa nowe funkcje telefonu, wysyła gdzieś wiadomości, coś aktywuje. W kilka minut skończone. Patrzymy z wdzięcznością i zaczynamy serię podziękowań, kiedy okazuje się, że karta działa i limity są niezłe tylko że…jedynie na tydzień. A co potem? No jak to co. Trzeba kupić kolejną kartę. No cóż, dobre i to.
Opuszczamy centrum handlowe mogące konkurować wielkością z Wola Parkiem, przy akompaniamencie „Jingle Bells”, świecących po oczach choinkowych światełkach i łańcuchach z nieco mieszanymi uczuciami. Stylówka Weinachtsmarktu jakoś nie bardzo nam do Windhoek pasuje.
Na zwiedzanie jednak nie mamy już czasu. Zachodzi słońce, wyznaczając nam kopciuszkowy termin powrotu z balu i zamknięcia się w bezpiecznej oazie campingu.

Kolejnego dnia chcemy ruszać z samego rana, ale rano nadchodzi niespodziewanie późno z powodu niedzwoniącego budzika.
Wespół z budzikiem, wyjazd ze stolicy podąża swoim powolnym trybem z powodu a) niedziałającego systemu wymiany walut w kantorze b) zamkniętego banku c) kilkudziesięciominutowej papierologii w banku otwartym, bo pani najpierw przez kilka minut sprawdza fejsbuka, potem podnosi wzrok, rejestruje, że Piotrek z wyczekującą miną siedzi przed nią i najwyraźniej czegoś chce, stwierdza, że klient może poczekać, a fejsbuk nie, scrolluje więc dalej; w końcu już chyba nie wypada, bierze się więc za wypełnianie stosów formularzy, ksera wiz, przetwarzania naszej prośby na wszystkie możliwe strony. Wyposaża nas w dokumenty i przekazuje w ręce kolejnej pani, gdzie już razem, zza okienka, klikają, dyskutują, przeliczają, by finalnie pozwolić nam wymienić euro na dolary namibijskie. Uf.
Uroki Windhoek zostawiamy sobie jednak na bliżej nieokreśloną przyszłość. Chcemy już wyrwać się z miasta.
Zgadnijcie, jaki będzie nasz pierwszy cel?:)

4 komentarzy

  1. Terenowe Polo daje radę ? To i mój Pilote może by się sprawdził. Widzę ,że to całkiem przyjazny i cwilizowany kraj. Szerokich przestrzeni. Pozdrowienia.

    1. Myślę, że na głównych trasach spokojnie dałoby radę:) to nie taki niedostępny kraj, jak mogłoby się wydawać. Pozdrawiamy!

  2. Brzmi interesująco. 🙂 Powodzenia w dalszej trasie!

    1. Bardzo dziękujemy !;)

Dodaj komentarz