Weekend w Polsce – Roztocze

z roboczym tytułem “50 shades of green, czyli barwy Roztoczańskiego Parku Narodowego”

Pogoda w majówkę nie rozpieszczała. W sumie nadal nie rozpieszcza. Ale jako że pierwotne plany musiały z przyczyn niezależnych od nas ulec wtórnym zmianom, ponownie rozłożyliśmy mapy, książki, pomysły na podłodze, popatrzyliśmy na nie z góry i na niemo zadane pytanie „Dokąd tym razem?”, zgodnie odpowiedzieliśmy „Na wschód!”.
Nigdy nas tam nie ciągnęło tak bardzo, jak teraz. Chcieliśmy oderwać się w końcu od miasta, pooddychać zielonymi płucami, odetchnąć powietrzem bez smogu, hałasu i bieganiny. I tak, szukając inspiracji, wybór wydał się oczywisty – Parki Narodowe! Tyle ich w Polsce mamy, a jakoś te usytuowane na wschodnich rubieżach rzadko bywały celem podróżniczym.
Spakowaliśmy więc szaliki, czapki, rękawiczki, załadowaliśmy rowery do samochodu i ruszyliśmy, w ekologiczno – przyrodniczy tour.

Późnym wieczorem, jadąc z pobliskiego Zamościa, wjechaliśmy w ciemność. Ciemność bez latarni, z mgłą powoli unoszącą się sponad pobliskich łąk. Dopiero rano ukazał nam się w pełnej krasie dom i wioska, w której mieliśmy spędzić kolejne dwa dni. Wylądowaliśmy w Obroczy, wiecie, gdzie to jest? Nie, ja też nie wiedziałam. Ale wioska znajduje się w środku Roztoczańskiego Parku Narodowego, jest pełna wdzięcznych, drewnianych domków, kolorowych uli, a nastrój sielskości dodatkowo wspomaga wijąca się nieopodal rzeczka o równie (co domki) wdzięcznej nazwie Wieprz. Ciekawe, jak nazwa wpływa na poziom gastrofazy podczas organizowanych spływów kajakowych… W ogóle nazwy w okolicy brzmią równie uroczo, bo można przejechać przez Wywłoczkę, przez Czarny Wygon do Wychodów. Mokrych, w dodatku.

Ale dość tych semantycznych podśmiewań, pomimo nieprzystępnej temperatury, osiągającej w porywach 10°C, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy eksplorować.Wioska szybko się skończyła, choć głowa obracała się na prawo i lewo odnajdując coraz to nowe, kolorowe, drewniane domy, z misternymi firankami w oknach kryjących domowe życie. O ile w miejskich warunkach pasteloza budynków nie wzbudza estetycznie pozytywnych wrażeń, o tyle na wsiach o drewnianej zabudowie jak najbardziej wszystko ze sobą współgra. Ze sobą i z otoczeniem, otoczeniem tak bardzo drewnianym, jak tylko się da.Wszędzie bowiem, gdziekolwiek się nie odwróciliśmy, były lasy. Dopiero potem doczytałam, że zajmują one 95,5% powierzchni, co sprawia, że jest to najbardziej zalesiony Park Narodowy! Buzie więc śmiały się na myśl o idealnej dziczy, długich rowerowych trasach i sprawdzaniu w naturze, czy „Sekretne życie drzew” można odnaleźć też w Polsce.

Szybko złapałam się na tym, że zatrzymuję się średnio do 10 metrów z niezdrowo szerokimi źrenicami
i fotografuję fasady budynków, sztachetowe płoty, odłażącą farbę ukazującą naturalną strukturę desek… W pewnym momencie dotarła do oszołomionego rustykalnym urokiem mózgu trzeźwa myśl, że w takim tempie nie dojedziemy nigdzie, a już na pewno nie zrobimy kilkudziesięciokilometrowej pętli, którą mieliśmy w planach, z bólem w sercu schowałam więc aparat do torby i pozostałam przy szalonym wykręcaniu głowy w prawo i lewo, wydając co chwilę (już nie tak nieme) okrzyki radości. Pomimo początkowo naturalnie zielonych czy brunatnych farb na elewacjach, naliczyłam na trasie co najmniej 6 domków w ulubionym ostatnio, miętowym kolorze! Wiosenne trendy dotarły na Roztocze na długo zanim znalazły się na okładkach modowych magazynów…:).

Jechaliśmy więc dalej, drogą, która momentami miała więcej wspólnego z dziurawym serem szwajcarskim, niż jezdnią. W uszach brzmiały „Polskie drogi”, a my wywijaliśmy slalomy pomiędzy dziurami, zadając sobie filozoficzne pytania: „Czy to jeszcze ubytki w drodze, czy droga w ubytkach?”.
Minęliśmy Zwierzyniec, z bardzo ładnym budynkiem dyrekcji Roztoczańskiego Parku oraz równie ładnymi ścieżkami rowerowymi, które jednak urywały się równo z granicą miasteczka przechodząc ponownie w dobrze już znane perforacje. Po chwili dotarliśmy do Stawów Echo, zadbanych i otoczonych drewnianą kładką spacerową. Niestety kładka nie bez kozery przeznaczona jest dla pieszych, bo jej integralność z lasem znacząco utrudnia poruszanie się po niej rowerami. Patrząc jeszcze tęsknie raz na plażę, raz na rękawiczki i czapki, to znowu na plażę postanowiliśmy dać za wygraną, pozostawić Stawy na lepsze, cieplejsze czasy i ruszyć wypalać kalorie.

Wtargnęliśmy ponownie w ciemny las, by już wkrótce ciemnozielony kolor sosen rozjaśnił się do soczystej barwy traw i rozległych łąk. Znaleźliśmy się we Floriance, jednym z niewielu miejsc hodowli rezerwatowych konika polskiego. Marzyło mi się zobaczyć dzikiego konika hasającego swobodnie po łąkach, ale niestety, nie jest tak łatwo. Historia zwierząt przedstawia się dość burzliwie, a od lat intensywne prace nad przywróceniem ich dawnej świetności w naturalnych ekosystemach jeszcze nie są zakończone.
Dzikimi przodkami koników polskich były tarpany, które do końca XVII wieku zamieszkiwały lesiste obszary wschodniej Polski, Litwy i Prus. W okolicach Puszczy Białowieskiej przetrwały do 1780 roku, kiedy to zostały odłowione i umieszczone w zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich koło Biłgoraja, czyli na terenach, po których właśnie jeździliśmy. Niedługo później z powodu panującej biedy, zostały rozdane okolicznym chłopom. Dzięki staraniom profesora Tadeusza Vetulaniego zaczęto odtwarzać konika o typowych dla tarpana cechach w warunkach rezerwatowych w Puszczy Białowieskiej, osiągając liczbę 40 koników w stadzie. W okresie II wojny światowej Niemcy zrabowali konie i wywieźli je do Rzeszy na potrzeby badań prowadzonych przez naukowców niemieckich.

Popołudniem przesiedliśmy się z rowerów do samochodu, dając chwilę odpoczynku zmęczonym nogom i pojechaliśmy w teren. Teren coraz bardziej zróżnicowany, falujący, przesiąknięty zapachami i brzęczeniem pracujących intensywnie pszczół. Równie intensywnie pracował nasz silnik, co być może było powodem małego odsetka zobaczonych w drodze zwierząt, ale niestety, nie można mieć wszystkiego. Celem były wąwozy lessowe, po których zamierzaliśmy pojeździć, szybko jednak okazało się, że nie są aż tak okazałe, jak te najsłynniejsze, w okolicach Kazimierza, a więcej offroadowych wrażeń dostarczył sam dojazd przez błotne koleiny, pagórki i lasy. Już nie te chronione.

To wtedy przyszło mi na myśl, że opis „50 shades of green” perfekcyjnie pasuje do roztoczańskiego krajobrazu. No bo zobaczcie sami!
Szachownica pól unosiła się i opadała, zachodzące słońce wydobywało złocistą poświatę traw, kwitły drzewa i krzewy owocowe, a nad tym wszystkim górowały ciemnozielone lasy, wszędzie lasy! Otwierając szeroko okna wciągaliśmy na zapas powietrze, żeby zatrzymać, zapamiętać, zabrać je ze sobą. Na pohybel smogowi! 🙂
W takiej podniosłej atmosferze dojechaliśmy do kolejnego punktu naprędce zorganizowanej wycieczki, czyli Szczebrzeszyna.

Wszystkie polskie dzieci wiedzą, że w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie, dlatego od razu rozpoczęliśmy intensywne poszukiwania rzeczonego słynnego owada, który prawdopodobnie żyje sobie spokojnie przez pokolenia nieświadomy bycia celebrytą. I znaleźliśmy, do tego w wersji super makro! Co prawda spodziewałam się mimo wszystko czegoś bardziej chrząszczowatego, wiecie, korpulentnego, grubiutkiego owada z opalizującym, chitynowym pancerzykiem, a nie drewnianego skrzypka, który przypominał konika polnego (nie polskiego! Tym razem…). Ale sława jest. Wszędzie, gdzie sława, tam oczywiście są pieniądze, dlatego w bezpośredniej okolicy pomnika można znaleźć rozkoszne tabliczki oferujące: Restauracja! Galeria! Pamiątki! CHRZĄSZCZE!

Chrząszczy zapewne za to nie brakowało w okolicach Suśca, dokąd pojechaliśmy by przejść słynny szlak „szumy nad Tanwią”, czyli szlaki położone wzdłuż rzeki, której niewielkie uskoki tworzą małe wodospady, potocznie zwane szumami. Dawniej na rzece Tanew przebiegała granica zaborów rosyjskiego i galicyjskiego, bardzo surowo strzeżona, do której dostęp mieli jedynie ordynaccy leśnicy. To właśnie oni organizowali przerzucanie tą drogą zakazanych wydawnictw patriotycznych oraz przeprowadzanie z Kongresówki do Galicji działaczy niepodległościowych. Nielegalnie przechodzili tędy również wyznawcy greko – katolicyzmu zakazanego w zaborze rosyjskim, aby na terenie Galicji np. wziąć ślub w cerkwi unickiej albo ochrzcić dziecko. Ot, taka ciekawa historia.
Zmrok zapadał nieuchronnie, kilometry przemierzane dziarskim krokiem coraz bardziej się wydłużały, a dźwięki ciemnego lasu i świadomość przebywania na terenach polowań wilka dodawały sprężystości i prędkości ruchom.

Niemniej kolejnego dnia eksploracji lasów nie było dość. Tylko że tym razem pojechaliśmy w inne lasy. Trochę dalej. Już nie rowerami, a samochodem. W polecaną przez przewodnik Auto Świat trasę po Lasach Janowskich. To ogromne lasy, które w okresie II wojny światowej stanowiły teren walk między niemieckimi oddziałami wojska i policji a oddziałami partyzanckimi Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej oraz partyzantki radzieckiej. My partyzancko podążaliśmy ich szlakami, trasa wydawała się prosta, łatwa i przyjemna, z kilkoma przeszkodami w postaci błota i sporych kałuż – słowem, nic, czego nie dałoby się z pomocą reduktora pokonać. W pewnym momencie wyprzedził nas inny samochód z rodziny 4×4 (proszę Piotrka o fachowe przypomnienie marki, ja pamiętam jedynie, że był ciemnozielony:D), jadący tą samą trasą. Siedząca w środku para otworzyła okno i powiedziała:
– To teraz my pojedziemy przed wami! Jakby były większe hardkory, to będziemy sobie pomagać.

Hardkorów dotychczas nie było, ale mogę napisać tylko jedno: wykrakali. Albo to ogólne rozluźnienie, albo fakt, że to ja siedziałam za kierownicą, dość stwierdzić, że zaledwie 5 minut po tej rozmowie przechylaliśmy się w rowie, siedząc na zawieszeniu i wsiąkając coraz bardziej w błotno – wodniste podłoże. Ups. A chociaż przed wyjazdem Piotrek pożyczył chyba wszystkie możliwe sprzęty mogące się przydać w terenie, to jednak wyciągarki nadal nie mieliśmy. A koła mieliły błoto bez efektów. Utknęliśmy. Szybki podział obowiązków („Marta, idź do najbliższej miejscowości i ściągnij tu traktor”; „Weź telefon”; „Cholera, nie mam zasięgu”; ”Weź mój”) i już zaczynałam ruszać w drogę, kiedy przejechał obok nas dostawczy Intrall Lublin 3. Widząc samochód w rowie i nasze rozpaczliwe machanie, zatrzymali się i po krótkich pertraktacjach zgodzili się nas pociągnąć. Nie bez pewnego przestrachu.
Podczepiamy linę…
– Panie, a to nie pęknie?
– Wytrzyma, to kinetyczna.
– Ale czy mi tu, o, nie urwie (wskazując na podwozie). Bo to nie mój samochód. To pożyczony.
– Nie urwie, wszystko Panu powiem. Cofnie się Pan, o, aż tutaj, rozpędzi trochę i pójdzie.
– Ale Panie, jak to rozpędzi! To nie da rady – i próbuje ruszyć z miejsca, sapiąc, chrzęszcząc i paląc sprzęgło. Na naszego facepalma rzucił tylko po raz kolejny „Nie da rady” i odjechał.

Ruszyłam więc w drogę, na szczęście w nieszczęściu dość blisko znajdowała się rozległa posiadłość kogoś zamożnego. Na tyle zamożnego, żeby mieć własną stadninę i jeziorko. I panów pracujących przy obejściu. Do tych panów zwróciłam się z pomocą, dość szybko zrozumieli sytuację, odstawili wiadra, wpakowaliśmy się wszyscy w bardziej terenowo wyglądającą Toyotę Hilux
i pojechaliśmy. Na miejscu chłopaki zgarnęli jeszcze Pana Leśniczego, który jednakowoż był nieco przygłuchy, a konwersacja utrzymywała się na tym samym poziomie, co poprzednio, machnęliśmy więc ręką i zaczęliśmy znowu podczepiać się pod nowo przytarganą pomoc. Zabuksowało, Land Rover lekko drgnął, na co pick-up zgasł. Podejście pierwsze nieudane. Podejście drugie wymagało więcej mocy i zaciśniętych kciuków, ale ku naszej radości, udało się! Udało się wydostać z rowu!…by zaraz potem wpaść do niego z powrotem z powodu narzutu napiętej liny. Jezu.
Spróbowaliśmy raz jeszcze, tym razem od przodu, wykorzystując w ten sposób chyba wszystkie dostępne konfiguracje i pozycje, jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało…i…tak! W końcu! Jesteśmy wolni! Ruszyliśmy!
Panowie podjechali, rzucili z uśmiechem:
– No, to teraz już chyba sobie poradzicie… – i zniknęli w gąszczu lasu.

A my zgodnie stwierdziliśmy, że jak się nie ma wyciągarki, to podstawowym wyposażeniem w offroadzie powinna być nie łopata, ale jakaś porządna wódeczka. Albo chociaż czteropak.

Nasza trasa:
Rowerem: Obrocz – Zwierzyniec – Stawy Echo – Florianka – Obrocz, trochę okrężną drogą i z licznymi przystankami na zdjęcia – ok. 40 km.
Pieszo: niebieski i czerwony szlak “Szumy nad Tanwią”
Samochodem:
– wąwozy lessowe w okolicach Szczebrzeszyna
– wsie i łąki na obrzeżach Roztoczańskiego Parku w jego północnej części
– Lasy Janowskie

2 komentarzy

  1. Czy dobrze wyczuwam, że po naszej przygodzie mam od Ciebie zielone światło dla zakupu wyciągarki? 😉

    1. raczej zielone światło do zakupu awaryjnego alkoholu:)

Dodaj komentarz