Życie na francuskiej prowincji

Mieszkanie w obcym kraju, a raczej wprowadzenie się (choćby na krótko) w nowe miejsce, to doświadczenie z pogranicza świadomej turystyki, rozdziawionej ze zdziwienia buzi, szeroko otwartych oczu chłonących każdy szczegół i w końcu – przyzwyczajenia. Przechodzi się te wszystkie fazy trwające mniej lub więcej czasu, momentami mieszając kolejność czy fundując sobie regres w ramach różnorodności.

Isle rządzi się swoistą, ale dość spójną estetyką. Zawsze nie mogłam wyjść z podziwu nad tym, jak nasza post-reżimowa architektura w skali szarości przeskakuje w uwielbienie nad pastelozą, by po chwili pokryć się szkłem i plastikiem. Jedno nie przystaje do drugiego, zgrzyta, wchodzi między zęby jak kawałek skórki od pomidora – grzęźnie i nie daje spokoju. Irytuje. I tak jak grzebiemy potem z zapałem w zębach, chcąc choć na chwilę poprawić sytuację, tak samo rozgrzebujemy urbanistyczne plany, dokładając dla każdego coś miłego i po trochu od siebie, tworząc miszmasz kolorów, stylów i pomysłów na świat. Jedni to nazwą eklektyzmem, inni – głupotą.
Dość powiedzieć, że Isle jako prowincjonalna Francja w miniaturze przedstawia zgoła odmienny obraz. Tu też jest dużo kolorów. Ale nie lądują one na ścianach – zasiedlają ogrody, ganki, doniczki, z podkręconą saturacją od promieni południowego słońca.

Elewacje co prawda nie zawsze rażą oczy porcelanową bielą – ale przekrój barw zamyka się jeszcze w bladożółtym, morelowym i bladoróżowym, wykorzystując w ten sposób ciepłe odcienie i nie wyskakując zanadto ponad szereg. Gdzieniegdzie ktoś pozwoli sobie na ekstrawagancję, dodając drewniane detale albo przeszklony ogród zimowy. Większość domów ma okiennice i tu, pomimo rozszerzenia palety kolorystycznej, nadal wszystkie instrumenty grają pod jedną batutą – drewnianą. Ogrody pełne kwiatów, wydawałoby się, łatwo są w stanie wprowadzić poczucie chaosu – nic bardziej mylnego, kiedy wyrastają z równo przystrzyżonej trawy i czy zadbanych klombów.
W ten sposób, na tle dodatkowej feerii jesiennych barw, estetyka w cudowny i nieznany nam sposób zostaje zachowana. Jest kolorowo i wesoło, szczególnie w przywołujących od razu uśmiech na twarzy dwudziestu pięciu stopniach Celsjusza w połowie października. Nie ma szarzyzny, nie ma pospolitości – ale nie ma też zamętu.
A wiecie, co dodaje jeszcze uroku? W niedzielny poranek, starsi mieszkańcy żwawym krokiem podążają do boulangerie, wychodząc z niej jeszcze bardziej dziarsko, z bagietką owiniętą najnowszym wydaniem gazety pod pachą.
Spotkałam ich dzisiaj na kolejnej edycji eksploracji nowego terenu w wydaniu własnym. Tym razem postanowiłam przemierzyć ścieżkę wzdłuż lekko śmierdzących, ale rano nadal uroczych stawów, obok których każdego dnia przejeżdżam w drodze do szpitala. Zawsze towarzyszy mi wtedy ciekawość, dokąd prowadzi zanikająca w gęstwinie i nieco podmokła ścieżka. No cóż. Od dzisiaj już wiem. Prowadzi donikąd, biegnąc stale wzdłuż stawów, które okazały się zbiornikami na deszczówkę, idealnie utrzymywaną w tym stanie skupienia przez gliniastą glebę. Za to o podmokłości terenu przekonałam się dość szybko, dogłębnie i organoleptycznie, bo już po chwili w butach chlupotała mi woda, obniżając nieco komfort radosnego, niedzielnego spacerowania. Za to stanowiła idealny pretekst, by w końcu do boulangerie wstąpić samej i zaopatrzyć się w prawdziwy i świeży pain au chocolat.

W ogóle kulinaria to trochę osobny temat. Wiadomo, francuska kuchnia, znana na całym świecie, taka odrębna, taka pyszna. Ale oszczędzanie na podróż trwa nadal i żadne mule, ostrygi czy ślimaki tego nie zmienią. Nawet jeśliby kiedykolwiek przyszła mi na nie ochota. Co jednak mnie złamało i nie pozwoliło się oprzeć, to uliczne jedzenie. Jak zawsze uwielbiane, najświeższe, najprawdziwsze. Traf chciał, że przy Place Motte, w centrum Limoges, co sobotę odbywają się regionalne targi jedzeniowo – florystyczno – wędkarskie (?), wystawiające sery, macarons, przeróżne wypieki, ale też gotujące na miejscu – kuchnię kreolską w osobie ciemnoskórej kucharki z uśmiechem polecającą empanadas, ale przede wszystkim crepes, prawdziwe francuskie naleśniki. Raz przeszłam obojętnie. Drugi raz pociekła mi ślinka. Trzecim razem, kiedy zobaczyłam roziskrzone twarze dzieci odbierające swoje porcje posmarowane w środku nutellą, złamałam się na całego. Chciałam jeszcze, by choć nadać tej rozpuście pozory jedzenia fit, poprosić o nadzienie z lokalnych konfitur, ale siebie nie oszukam. Wzięłam z nutellą.
I był to najlepszy naleśnik, jakiego jadłam w życiu. Delikatne, mleczne ciasto rozpływało się w ustach, nie przypominając moich, bardziej mącznych podróbek. Ciepłe, parzące dłonie i podniebienie, znikało szybko, jedzone wprost z papieru, w który było owinięte. Zupełnie niekulturalnie, zupełnie nieelegancko, zupełnie nie po francusku. Ale tak bardzo pysznie!

W szpitalu uczestniczyłam też po raz kolejny w sesji edukacyjnej dla pacjentów z POChP. Sesja to może źle powiedziane – jakoś niemiło się kojarzy. Raczej warsztaty, wymiana opinii, nauka choroby i życia razem z nią, bez rezygnacji z dotychczasowych przyzwyczajeń, albo raczej jedynie z ich nieznaczną modyfikacją. Niesamowicie cenny jest kontakt z pacjentami i przekonanie się na żywo, że nasze odruchowe i czasem rutynowe ordynowanie leczenia to nie wszystko. Lwia część procesu to oswojenie się z nowymi warunkami, akceptacja, zrozumienie – wszystko to, czego lekarz nie ma czasu tłumaczyć, a czego pacjenci bardzo potrzebują. W drodze więc do sławetnego compliance, Francuzi w szpitalu organizują warsztaty. Raz w tygodniu, na 2-3 godziny. Rozmowy między pacjentami, z lekarzami, pielęgniarkami, fizjoterapeutami. O tym, jak rzucić palenie, jak ćwiczyć w domu, jak utrzymać zbilansowaną dietę, jak przyjmować leki. Wreszcie – jak sobie radzić w chwilach zaostrzenia choroby, kiedy należy udać się na wizytę, a kiedy można poprawić swój stan na własną rękę. Więcej praktyki niż teorii. Uśmiechy. Czas na pytania. Zadowolone miny. Uścisk dłoni na koniec.
Taka prosta rzecz a robi na mnie duże wrażenie.

Pod koniec żegnamy się jak dobrzy znajomi. Przeglądam jeszcze świetnie przygotowany folder informacyjny o chorobie, z ilustracjami, przystępnymi informacjami. Wzrok zatrzymuje się na domowej tlenoterapii i porad, jak radzić sobie z przenośnym źródłem tlenu. Na rysunku pan z przewieszoną przez ramię małą butlą tlenową, „wąsami” tlenowymi pod nosem i bagietką pod pachą. Oczywiście obowiązkowo owiniętą najnowszą gazetą.
Mimowolnie się uśmiecham.

Dodaj komentarz