We are in the jungle – everything is possible

Alternatywny tekst

Pobudka o 5 rano staje się już chyba nie do końca przewidzianym zwyczajem, ale dzisiaj również, po ciemku i zaspani wyturlaliśmy się spod moskitier, żeby przejść dobrze już znaną trasę do rzeki i łodzi, którą popłynęliśmy obserwować papugi. Nieopodal jest miejsce, gdzie każdego ranka przylatują i znajdują pożywienie na ścianie klifu, bogatej w minerały, których im brakuje, szczególnie w porze suchej. Zresztą, „papugi” to bardzo laickie określenie na tysiące gatunków, które rozkrzyczane co i rusz przelatują nad głowami. Są ary, papugi, papużki, wszystkie w bajecznych kolorach, zielonych, żółtych czy niebieskich, gdzieniegdzie prześwieca też czerwony – feeria barw niczym tęczowa flaga Cuzco…
Po śniadaniu ani chwili wolnego, idziemy na trekking w górę, żeby zobaczyć widok na meandry rzeki i zasilić własnym potem i tak już wilgotną glebę…Jak obrzydliwie by to nie brzmiało – tak właśnie wyglądaliśmy, jakby gdzieś po drodze spotkał nas prysznic, spadający znienacka z drzew ponad nami. Nie było by to może nawet takie nierealne, drzewa ponad nami skrywają dużo tajemnic. Skrywają też małpy, albo dwumetrowego węża, który przeciął drogę naszemu przewodnikowi. Niestety (albo stety, jak uważa Piotrek), nie dane nam go było zauważyć, za to z jamki w ziemi wychylała odnóża spora tarantula. Więcej takich atrakcji niedługo, na nocnym spacerze, kiedy to wszelka aktywność znacznie wzrasta. Może zwierzętom też jest gorąco.
W dżungli trwa nieustanna walka, walka o wodę, sole mineralne, światło, warunki do życia. Wygrywa ten, kto rośnie najszybciej albo wykorzystuje po drodze inne. Jak niektóre drzewa – pasożyty, oplatając się wokół innych, dojrzałych, by w końcu zacząć je metodycznie zabijać, aż w końcu przerastają swojego żywiciela i same stają się drzewem. Taki pasożytniczy recycling.
Dżungla zabija, żeby przeżyć. Niezliczone są sposoby, żeby pozbawiła istnienia, a przynajmniej na długi czas unieszkodliwiła. Na czas wystarczająco długi, żeby intruz przestał stanowić potencjalne zagrożenie.
Po drzewach wędrują niepozorne, czerwone mrówki, których jad zabija wszystkie rośliny w odległości pół metra od drzewa, które daje im schronienie. Ugryzienie kilku może u człowieka wywołać gorączkę i stan grypopodobny, ugryzienie kilkudziesięciu może spowodować śmierć.
Jest motyl, który składa jaja w wilgotnym ubraniu pozostawionym nieopatrznie na noc na zewnątrz, a po założeniu na ciało z jaj wykluwają się larwy i wwiercają pod skórę. Hiszpańska nazwa insekta „tornillo”, idealnie to pasuje. Z larwy powinien wykluć się piękny motylek, ale prędzej spowoduje poważny stan zapalny i szybka potrzebę odwiedzenia lekarza. Albo znajomości leczniczych roślin.
Wiele drzew wykształca kolce w obronie przed zjedzeniem, często zawierające trujące substancje, a same rośliny po przecięciu krwawią sokami, niektóre białymi jak mleko, inne zaś dramatyczną czerwienią, przywodzącą na myśl walkę na śmierć i życie.
Nurt rzeki jest tak silny, że zwala z nóg już 2 metry od brzegu i nawet kilkudziesięciokonne silniki łodzi czasem mają trudności, żeby z nim walczyć.
Dżungla zabija niedoświadczonych, ale daje schronienie i życie tym, którzy okażą jej szacunek.
Sporo czasu spędzamy też na rozmowach, trafiła się nam całkiem barwna grupa w mniej więcej naszym wieku, 13 osób ze Stanów, Australii, Niemiec, Chorwacji, Włoch, Anglii no i my, z Polski. Historie wielu są niesamowite i Piotrek stopniowo też przekonuje się, co oznacza głód podróży, kiedy co chwilę słyszymy o życiu w drodze trwającym rok, czasem dwa lata, wyjazdach na praktyki, projekty w odległych krajach. Pracują wolontaryjnie, albo w hostelach, albo jako pomoc przy projektach bardziej zbliżonych do ich zawodów, albo ucząc w szkołach, zanim zaczną takie, według naszej pokrętnej definicji, „prawdziwe życie”. I nie, wcale nie są dziećmi, wielu z nich jest starszych niż ja. Po prostu mają nieco inną mentalność, niż nam jest od dziecka wpajana, że najważniejsze są studia i praca, cała reszta może poczekać. Na co poczekać? Kiedy będzie lepszy moment, jak nie teraz? Myślę już o tym od kilku lat i nie przestaje mnie zadziwiać, jak bardzo żyjemy, żeby pracować, zamiast pracować, żeby żyć. I jak ciężko czasem wyrwać się z bezpiecznego kokonu strefy komfortu, dać się ponieść przygodzie, przeżyć lepsze i gorsze chwile, poznać świat, w którym przyszło nam mieszkać.
Po to też jest ta podróż. Żeby ustalić sobie priorytety, zastanowić się nad naszym wspólnym życiem, jak chcemy, żeby wyglądało i czego się w nim boimy.

Przełamujemy własne strachy i słabości. Piotrek próbował się wymigać od nocnego trekkingu, cichaczem kierując się w stronę dobrze znanej drogi przez las, ale w końcu poczucie męskości i ambicji zwyciężyło i zrezygnowany poczłapał z nami, podkreślając tylko, że to ja będę tłukła węże i pająki. Tłuc zwierząt bynajmniej nie miałam zamiaru, nawet nie było takiej potrzeby. Ćmy, nocne motyle podlatywały do światła, ale reszta małych stworzeń wydawała się niewzruszona naszą obecnością, a nawet wyczekująca, aż wreszcie się napatrzymy i przestaniemy im świecić po oczach. Węże pouciekały, pająki (oprócz ogromnych karaczanów na sterydach) też nie przybierały rozmiarów Szeloby, a pozostawały patyczaki, liścce i kolorowe żabki, tyleż piękne, co jadowite. Dla mnie nadal najniebezpieczniejszym zwierzęciem są bezlitosne moskity, po których pamiątki będziemy rozdrapywać jeszcze przez długi czas. Ktoś kiedyś trafnie stwierdził, ze puszcza to płuca świata, a w praktyce gorące powietrze nadziewane insektami.
Ja pokonałam strach wysokości i skorzystałam z okazji bycia Tarzanem, huśtając się na lianie z naturalnej platformy jakieś 2,5-3 metrów nad ziemią. Piotrek miał zrobić zdjęcie, ale wmurowało go chyba ze strachu, że jego żona dostanie nagrodę za najgłupszą śmierć świata, skręcając sobie kark puszczając lianę w peruwiańskiej dżungli. Ale w końcu Tarzanem nie można by codziennie.

A teraz wracamy, wracamy z głowami napełnionymi po brzegi wrażeniami, kolorami, dżwiękami, wracamy 3500 metrów w górę, do zimnego Cusco i naszego średnio-przyjemnego hostelu. I chociaż wracamy do elektryczności, klimatyzacji i zupełnie innych krajobrazów, puszcza przetarła neuronalne szlaki, rozbiła maczetą zarośnięte obszary i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Natomiast niedostępność i dzikość uświadomiła mi, jak bardzo jesteśmy nieprzystosowani do życia w takich warunkach, jak bardzo dobrobyt, laptopy i biurka zabrały nam naturalną zdolność do przeżycia w świecie.
Jak podsumował niezastąpiony Terry Pratchett:” Okolica miała to szczególne piękno, które zachwyca tylko wtedy, gdy można je opuścić po krótkiej chwili podziwu i odjechać w inne miejsce, gdzie znana jest gorąca kąpiel i zimne drinki. Pozostawanie tutaj przez dłuższy czas mogło być tylko pokutą”.

5 komentarzy

  1. Marta! Czytam każdy Twój( Wasz) post. Jestem pod wielkim wrażeniem odwagi…Podziwiam i winszuję ! Tak jak innym bardzo mi się podobają barwne i dokładne opisy wraz ze wskazówkami praktycznymi. Uważajcie na siebie!!
    Nie mogę się doczekać na kolejne relacje z Waszej podróży. Besos :*

  2. Podsumowanie Pratchett’a w punkt 😉 .Widzę, że rozkminy życiowe się włączyły 🙂 fajne jest to w podróży, że łapie się dystans i zaczyna się zastanawiać. Na “pocieszenie” po powrocie to nie mija, nadal się rozkminia jak tu pojechać, jak żyć i….. 😉 Pozdrowienia dla Was wielkie !

  3. wspaniałe przeżycia , przypomina moje 2 tygodnie w campie nad Rio Negro poniżej Manaus 🙂

  4. Oj tam oj tam, idę pocałować ropuchę która właśnie wskoczyła do oczka, a komarów jakos w tym roku brak 😊

  5. Relacja niezwykle emocjonująca, nie wiem czy odważyłabym się sama to przeżyć, ale zawsze myślałam o takiej wyprawie do dżungli. Dzięki za ten opis, niezwykle ciekawy, tylko te momenty o poszukiwaniu sposobu na życie, mam taką cichą nadzieję ,że nie zechcecie zostać w tej dżungli i wrócicie do nas . Czekam na Was . Pozdrawiam.

Dodaj komentarz