10 powodów, dla których warto zacząć żeglować

Zbliża się kolejny rejs, zbliża się również długo obmyślana i wymarzona seria wpisów związanych z naszą największą, najdłużej pielęgnowaną pasją – żeglarstwem. Chociaż zaczynając przygodę mieliśmy po naście lat, a teraz dorobiliśmy się uznanych stopni Kapitana Jachtowego (Piotrek) i Jachtowego Sternika Morskiego (ja), nadal dobrze pamiętamy pierwsze chwile na jeziorach, potem na morzu, obawy, fascynacje, wschody słońca i romantyczne bełty przez burtę. Dlatego, dla wszystkich wahających się, czy warto w ogóle stawiać stopę na jachcie, a także dla nas, byśmy przypominali sobie raz na jakiś czas pierwsze wrażenia, przygotowałam listę 10 powodów, dla których warto zacząć żeglować. Minusy takiej decyzji pozostawię na deser :).

  1. Ludzie.
    Nie odkryję nowego pierwiastka pisząc truizm, że wspólne pasje łączą ludzi, spajają nici kontaktu silniej niż węzeł ratowniczy, który trwa dłużej niż szkoła, studia czy praca. Znajomy kapitan powiedział mi kiedyś, że kontakt z ludźmi to najbardziej cenna rzecz, którą czerpie z żeglarstwa. Na jachcie jesteście ze sobą 24 godziny na dobę, czasem czujecie się źle, wypełniacie wspólne obowiązki. Czasem przez 3 tygodnie rejsu można poznać kogoś lepiej niż przez trzy lata uczęszczania do tej samej klasy czy grupy, z „cześć” rzucanym bez celu i bez chęci pogłębienia znajomości.
  1. Rozmowy.
    A przede wszystkim nocne Polaków rozmowy. To znaczy, nie tylko Polaków, bo pływać można również w międzynarodowych załogach, ale ładniej pasowało to utarte powiedzenieJ. Punkt ten wynika nieco z poprzedniego – na jachcie, zwłaszcza podczas długich, morskich przelotów bez dostępu do komunikacji ze światem zewnętrznym, a w szczególności podczas nocnych wacht, kiedy kurza ślepota uniemożliwia czytanie czy szukanie horyzontu – „jedyne, co pozostaje”, to po prostu rozmawiać. W ciemności ledwo widzicie swoje twarze, więc nie zdradzi was mimika, a rozgwieżdżone niebo zachęca do zwierzeń. Czasem opowiecie obcemu pół swojego życia, swoje największe rozterki. Czasem ten „obcy” zostanie waszym najlepszym przyjacielem.
  1. Brak Internetu.
    Paradoksalnie. Ile czasu spędzamy każdego dnia przewijając facebooka, sprawdzając nowe wiadomości czy przeglądając zdjęcia osób, których nawet nie znamy? Czy to już uzależnienie, czy tylko rozrywka? Czy naprawdę musimy być zawsze online, zawsze odpisać od razu, zawsze polajkować nowy post albo irytować się z powodu poglądów/treści/filmów udostępnianych przez innych?
    Na jachcie nie ma takich problemów, bo zwyczajnie – nie ma internetu. O ile na jeziorach często pozostajemy w zasięgu sieci, na morzu pająk zostaje uwolniony i żadne lepkie nici już go nie trzymają. Życie staje się prostsze, a my, z braku alternatywy w postaci rzeczywistości wirtualnej zaczynamy naprawdę żyć tą czasem spychaną na drugi plan – rzeczywistą rzeczywistością.
  1. Poczucie wolności.
    Wolność od Internetu, od zobowiązań – bo zwyczajnie, nie możesz w danej chwili odpowiedzieć na kolejnego maila, zadzwonić do mamy czy taty. Nie możesz, bo nie ma telefonu, nie ma kontaktu, nie ma zasilania, nie ma prądu. A przynajmniej nie takiego, którym można by podładować dziesiątki elektronicznych przyjaciół.
    Do tego przestrzeń – nieograniczona, obezwładniająca, tylko łódka, woda, wiatr. Sięgasz wzrokiem i nie dosięgasz, w mgnieniu oka uświadamiasz sobie maleńkość twojego świata, nabierasz dystansu i odpowiedniej perspektywy, patrzysz szerzej, dalej i głębiej. Aż po horyzont.
  1. Hartowanie.
    Tak jak obróbka cieplna zmienia właściwości materiału, tak żeglarstwo zmienia człowieka.  Respekt dla sił przyrody, posłuszeństwo wobec kapitana i oficerów, często fizyczna praca, niesprzyjające warunki i brak wygód mogą idealnie wpisać się na rozległą wyliczankę minusów pływania pod żaglami, ale jednocześnie czynią nas silniejszymi. Nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Krople deszczu drążą rutynową skałę, wiatr wygładza rysy a fale zmywają rozczarowania. Żeby nie wspomnieć o tym, jak reakcje błędnika oczyszczają żołądek. Takie morskie katharsis.
  1. Adrenalina.
    Na jeziorach częsta zmiana żagli, podejmowanie decyzji, kapryśna pogoda, większa wywrotowość łódek…Na morzu ciemność sztormowych cumulonimbusów, odległość od portów, brak łączności i zafalowanie – wszystko to powoduje, że nadnercza zaczynają pracować na podwyższonych obrotach, a adrenalina wyostrza zmysły. A chyba każdy z nas czasem potrzebuje takiego naturalnego zastrzyku :).
  1. Odkrywanie.
    Wcale nie trzeba płynąć daleko, żeby poczuć się trochę jak „na nieznanych wodach”. Sama zmiana środka transportu na nieco mniej oczywisty budzi zew odkrywcy, a dodatkowo udostępnia miejsca zaszufladkowane już jako „niedostępne”. Możemy jeździć na koniec świata, a czasami najpiękniejsze i niedocenione znajduje się na wyciągnięcie ręki (albo kilkadziesiąt mil od brzegu). Kto z was na przykład był na Christianso, Alandach, Olandii? No właśnie. A warto :).
  1. Kontakt z naturą.
    To właściwie kolejny truizm, ale jeśli tylko ciągnie cię czasem w tak zwaną dzicz, jeżeli lubisz otwarte przestrzenie, ciszę, kontemplację – to wyczuwasz doskonale klimat żeglarstwa. Podczas długiego rejsu można uwolnić swoje pierwotne alter ego, żyjąc według wschodów i zachodów słońca, wykonując proste czynności i ciesząc się jak dziecko, kiedy obok łódki pojawią się delfiny, albo niespodziewanie, daleko od jakiegokolwiek brzegu, ptak usiądzie na linach i przepłynie razem z nami kilka mil na gapę.
  1. Niezależność.
    A jednocześnie uzależnienie od pogody, obserwacji, zmiennych warunków i własnych sił. Daje poczucie ogromnej satysfakcji, kiedy na przekór wszelkim zasadom płyniemy pod wiatr, kiedy doprowadzamy bezpiecznie jacht do portu, kiedy po powrocie snujemy morskie opowieści.
  1. Romantyzm.
    Dużo mówiło się o tym, że czas żaglowców dawno przeminął, że świat zachwycił się techniką i „tamte czasy” już nie powrócą. O dziwo – powróciły, oto są. Wydaje mi się, że w wielu z nas tkwi uśpiona dusza romantyka, a pewne doświadczenia wzbudzają podobne emocje niezależnie od epoki, w której przyszło je obserwować. Ktoś kiedyś powiedział, że trzy obrazy są najpiękniejsze dla oka: kobieta w tańcu, koń w galopie i żaglowiec pod pełnymi żaglami. Wyobraziliście sobie? Można się nie zgodzić?

Myślałam, że będzie trudniej, że 10 punktów to sporo do opisania. Ale tak naprawdę, mogłabym o tym pisać i mówić jeszcze długo. Bo kiedyś połknęłam haczyk i teraz raz na jakiś czas ciągnie w hipnotyzujący czar wody. Przekornie, już niedługo pojawią się na blogu punkty opozycyjne, zobaczymy, które przeważą w tej nierównej walce.

Zachęciłam Was trochę? Macie swoje argumenty za pływaniem? Podzielcie się waszymi wrażeniami :).

1 komentarz

  1. 1. Bo na jachcie można poznać swoją #bestwifeever!

    PS. Mówiłem, żebyś o tym napisała!

Dodaj komentarz