Wakacje na Wyspie św. Heleny?

Wyspa świętej Heleny do typowo rajskich nie należy. Brak na niej zwieszających się niemalże do powierzchni wody, powyginanych przez wiatr palm kokosowych, brak białych jak mąka plaż. Prawdę mówiąc, piaszczysta plaża jest zaledwie jedna, w zatoce nie do pomylenia nazwanej Sandy Bay, ale jej kolor znacznie odbiega od białego czy żółtego. Jest ich dokładnym przeciwieństwem. Czarny, wulkaniczny pył błyszczy i kontrastuje z turkusowo – granatowymi wodami, a położone nad zatoką pordzewiałe armaty i ruiny obronnej fortecy zastępują nieistniejące palmy w widokach nienadających się na foldery reklamowe.
Ale na wyspie nie o wygrzewanie na plaży i nabawianie oparzeń słonecznych chodzi. Chodzi głównie o…chodzenie.


Niezliczone trasy trekkingowe przecinają wyspę wzdłuż i wszerz, a poprzek, w górę i w dół, we wszystkich możliwych kierunkach. Jedne dla bardziej zaawansowanych, pnące się ostro w górę, inne w sam raz na rodzinny, weekendowy spacer. Może właśnie dlatego (a także zapewne z braku dobrego dostępu do internetu), chodzenie na wyspie to sport narodowy. Chodzą mamy z wózkami, panowie z maczetami wracający z niewielkich plantacji, rybacy z połowem czy nieliczni turyści. Ci w danej chwili niechodzący krztuszą się pyrkającymi pod strome podjazdy samochodami. Rowery praktycznie nie istnieją – nie uświadczyliśmy żadnego żywego osobnika, w kilku miejscach natomiast zobaczyłam zakaz wjazdu/jazdy na rowerze, dobitnie przekazujący, że może lepiej pochodzić.


Żaden sport narodowy nie może obyć się bez festiwalu, na odległej atlantyckiej wyspie nie ma od tej reguły wyjątku. Festiwal Chodzenia odbywa się rokrocznie na początku kwietnia, a relację z tego tour de St. Helena nadaje lokalne radio i dwie gazety. Mówią o nim starsze panie na ławeczkach, panowie przy piwie w portowej tawernie, dzieci w szkołach. Może jedynie nieliczna młodzież odnosi się do wydarzenia z rezerwą – na wyspie, na której wszyscy znają wszystkich na co dzień odosobnione trasy zapewniające minimum prywatności zapełniają się potencjalnie plotkarskim i oceniającym towarzystwem.
Czując się po kilku dniach już trochę jak lokalesi, i my chodziliśmy. Chcieliśmy, jak zwykle, wszędzie, ale wszędzie ograniczone czasem i warunkami zrównało się do kilku tras. I w tym wypadku mniej znaczy więcej.


Ścieżki to nie tylko okazja do rozruszania mięśni. To przede wszystkim kontakt z niespotykaną nigdzie indziej na świecie naturą, zmienną i bujną, często poukrywaną głębiej w interiorze wyspy, zaskakującą po surowym, wulkanicznym wybrzeżu.
I nie ma w tym zbyt wiele przesady. Krajobraz wyspy to zastygłe pola lawy, budujące bazaltowe skały, klify i urwiska, użyźniające gleby pod uprawy, zarastające łąkami i lasami.
Pofałdowany wzgórzami teren wyłożony jest zielenią niczym rozwinięty z rolki trawnik, a budowane na szczytach domy z tarasowo opadającymi farmami przypominają hacjendy na chińskich plantacjach ryżu, tylko skurczone do skali mikro.


Centralny, najwyższy szczyt, wznoszący się na 823 m Diana’s Peak ukryty jest często za gęstym całunem chmur, skraplających się na bujnej roślinności przypominającej las deszczowy. Tylko że ten, w przeciwieństwie do amazońskiego, tworzony jest przez kilkanaście endemicznych gatunków, z których niektóre do niedawna uznawane były za wymarłe, zanim, proszę bardzo, zapaleni naukowcy nie zmartwychwstali ich na wyspie św. Heleny czy relikty paproci i karłowatych drzew przypominających raczej las jurajski.
Dinozaurów co prawda brakuje, za to ścieżki przecinają różowawe ślimaki, ogromne pająki na cienkich nóżkach, a powietrze przenikają rozkrzyczane głosy ptaków. Ścieżka na szczyt wije się pomiędzy wąwozami paproci, dawnymi plantacjami włókna roślinnego i nabrzmiałych od wilgoci, ciężkimi kwiatami, by na końcu zamienić się w świetnie zachowane schody prowadzące na szczyt – jeden nazwany na cześć słynnego astronoma Maskelyne’s Observatory, dwa pozostałe, z sosnami wyrastającymi z nich centralnie niczym zatknięta przez naturę zwycięska flaga to właściwy Diana’s Peak. Z góry roztaczają się panoramiczne widoki na całą wyspę, przechodzące od jednolitego granatu oceany, przez czerwono brunatne pustynne wybrzeże, aż do wybuchającego zielenią interioru. Chmury, wędrujące wzdłuż zboczy i czasami przesłaniające szczyt nadają tropikalnej atmosferze trochę irlandzko – tajemniczego smaku.
W drodze powrotnej mijamy znajomych z jachtu Francuzów, postanawiających zrobić dokładnie taką samą trasę. Na Helenie nie da się ukryć. Wszyscy wiedzą wszystko.

W ogóle tak oddalone od stałego lądu terytoria lubią gromadzić zapiski ze świata. O księgach gości zapisanych żeglarskimi wspomnieniami już pisałam.
Teraz niezliczone ścieżki przecinające góry, klify, doliny i wzgórza Wyspy św. Heleny układają się miejscami w 21 tras o stopniu trudności od 1 do 10, opisanych w sprzedawanych w Jamestown specjalnych przewodnikach, oznaczonych jako „Post Box Walks” – na końcu każdej z nich znajduje się ukryta w skrzyneczce pamiątkowa książka do wpisów, często zabazgrana do ostatniej strony i pamiątkowa pieczątka. Tu byłem, zdobyłem, pieczątkę przybiłem.
Znaleźliśmy jedną na Diana’s Peak, do drugiej chcieliśmy dotrzeć na trasie do Lot’s Wife Ponds – naturalnie tworzonych przez odpływ źródełek ukrytych pod stromym, klifowym nabrzeżem. Tu krajobraz zmienił się diametralnie, przypominając ten znany z islandzkiego, buchającego siarką i mieniącego się kolorami złoży metali Landmannalaugar.

Droga kruszyła się pod stopami, rozpalona żarem i wysuszona wiatrem, wijąc się od czarnej, wulkanicznej plaży wzdłuż wąwozów, metodycznie pnąc w górę. Nad głowami co i rusz pojawiały się brązowe głuptaki, zataczając koła niebezpiecznie nisko, dając nam do zrozumienia, że właśnie wciskamy się bez pozwolenia na ich prywatny teren.
Przypominające duchy „fairy tern” inwigilowały każdy krok, rozpościerając tak białe, że aż prawie przezroczyste skrzydła, szybując wraz z podmuchami przesyconego solą wiatru.
A widok z góry jak zwykle wynagradzał trud podejścia, rozpościerając się na klifiaste wybrzeże, uformowane przed milionami lat skalne maczugi, rozbijające się z ledwo docierającym na taką odległość hukiem fale i gniazda ptasich kompanów. Ludzkich kompanów po drodze nie spotkaliśmy.
Widocznie jednak nawet na wyspie, gdzie wszyscy znają wszystkich można znaleźć odosobnienie.

Nawet z samej stolicy, Jamestown, pieszo i w zasięgu wzroku wychodzi kilka całkiem przyjaznych tras. Jedna z nich, zaczynająca się tuż za miasteczkiem, prowadzi do uformowanej na kształt serca skały, przez środek której w miesiącach zimowych spada z kilkudziesięciu metrów strumień wody.
Niestety dla nas, pojawiliśmy się na wyspie w miesiącach najcieplejszych, wypalających strumyki żarem bezlitosnego słońca. Stety dla nas, w tych właśnie miesiącach ocean wypełnia się podwodnymi mieszkańcami. Stadami przypływają rekiny wielorybie i ogromne manty, żółwie wodne przebierają płetwami przy skalistych urwiskach. Jednego z nich wypatrzyliśmy z góry podczas innego trekkingu, prowadzącego wzdłuż klifów do opuszczonych twierdzy na północnym zachodzie, kiedy zbliżył się do powierzchni nabierając łuskowatym pyszczkiem powietrza.
Zadziwiające, jak z góry wszystko wydaje się bardziej uporządkowane, ma sens, początek i koniec, gra w kosmicznej konstelacji bez fałszowania. Gładka tafla oceanu ledwie pomarszczona miejscami delikatną bielą piany przechodzi w niebo, ukrywając niezliczone stworzenia, skalne rafy i zapomniane światy.
Udało się zobaczyć wiele z tego, co na powierzchni. Pod powierzchnią spoczywają wraki kilkunastu statków, powoli zarastające roślinnością i zrastające się z żywym i pracującym dnem, nad którymi kłębi się wyliczana na ponad 750 gatunków ilość morskich zwierząt.

Dodaj komentarz