Jak odnaleźć się w Seulu i co oznacza Gangnam (style)?

Wysiadamy z samolotu i od razu zaczynają się pierwsze schody. Takie metaforyczne schody. Wcześniej nie docierało do nas, że naszym samolotem leci około 800 osób, co oznacza co najmniej równie tyle bagaży. Co oznacza czas oczekiwania. Długi. Mama miała szczęście, jej walizka, chociaż nie wyróżniającą się spośród innych, poleciała na taśmę dość szybko.  Moja, co prawda wielkości podręcznej („dziecko, jak Ty się zapakowałaś na tygodniowy wyjazd w podręczną walizkę?”), została nadana jako bagaż główny. Czekałyśmy godzinę, zanim przyjechała. Nie marudząc i korzystając z okazji, siadałyśmy w międzyczasie na ławce, ewentualnie na walizce i przysypiałyśmy po długim locie  :).

W końcu wyposażone w nasze przenośne szafy na kółkach i wcześniejszą wiedzę, że do lotniska dojeżdża pociąg podmiejski, z którego bezpośrednio można przesiąść się w metro jadące do centrum Seulu, ruszyłyśmy w tamtym kierunku. Na nasze (i wszystkich osób nie znających azjatyckich krzaczków) szczęście, większość newralgicznych nazw, jak również stacji metra, napisana jest również w alfabecie łacińskim, w swojej angielskiej formie.
Może jakoś przeżyjemy.
Mijała kolejna godzina, tym razem spędzona w pociągu, a chociaż mama drzemała, ja miałam oczy szeroko otwarte.  Nie tylko dlatego, że trzeba było ogarnąć trasę i wiedzieć, gdzie wysiąść, ale przede wszystkim dlatego, że właśnie przeżywałam swoje pierwsze zderzenie z Azją. Taką prawdziwą.

Zafascynowana więc patrzę jak obrazki dotychczas oglądane w Internecie stają się rzeczywistością.  Wszyscy, dosłownie wszyscy w metrze siedzą z nosami w telefonach.  Nikt ze sobą nie rozmawia. Większość ma słuchawki na uszach i podświetla swoje twarze małymi ekranami.
Dopiero później doczytałam co nieco o koreańskiej etykiecie w komunikacji publicznej: „Ogólnie głośne zachowanie nigdzie nie jest mile postrzegane (tak, w Polsce również) ale co może być gorszego niż głośne zachowanie w komunikacji miejskiej? Zwłaszcza w godzinach szczytu po pracy? Można oczekiwać, że ludzie po prostu wytrzymają i zignorują hałas. Koreańczycy jednak nie wytrzymują i zwracają uwagę – zwłaszcza ci próbujący złapać chwilę snu w drodze z/do pracy. W nieco bardziej ekstremalnych sytuacjach można spodziewać się nawet dobitnego zwrócenia uwagi”.
I faktycznie, chwilę później, kiedy kontynuowałyśmy podróż do miasta, a w metrze wyjątkowo hałaśliwie zaczął zachowywać się jeden starszy, pijany mężczyzna, nagabując do tego pasażerów, wielu z nich zareagowało i spacyfikowało pana, niestety nie wiem, jakimi słowamiJ.
Zza okna widać było stopniowo, jak opuszczamy powoli wyspę, na której znajduje się Incheon Airport i wjeżdżamy wgłąb betonowej dżungli usianej wieżowcami, z powietrzem zgęstniałym od smogu podświetlonego oślepiającym, południowym słońcem.
Jakimś cudem udało nam się wysiąść na odpowiedniej stacji, tylko od razu pojawił się kolejny problem. W którą stronę mamy iść? Co prawda wcześniej zgrałam na telefony mapy offline, żeby w jakikolwiek sposób się odnaleźć, ale początki były trudne.  Chociaż nie, mogłyby być trudne.  Byłyśmy jednak przecież w Azji, a turysta w Azji nie zginie. Szczególnie w tak mało turystycznym kraju, jak Korea Południowa.  Gdy tylko przechodnie zorientowali się, że nie za bardzo wiemy, w którą stronę mamy się udać, łamaną angielszczyzną najpierw wyprowadzili nas z metra, a potem przypadkowo napotkana para nastolatków wyciągnęła swoje telefony i poprowadziła nas praktycznie pod ulicę, na której znajdował się nasz hotel.  I nie, nie było im to po drodze. Wow.

Gangnam

Wbrew pozorom, pozornie obco brzmiąca nazwa dzielnicy, w której się zatrzymałyśmy, wcale nie była taka obca. Wszystko za sprawą światowego hitu, który obiegł internet niecały rok przed naszym wyjazdem do Korei. Mowa oczywiście o Gangam Style!  I setkach internetowych przeróbek, którym został poddany. Gangnam Style to neologizm odnoszący się do stylu życia mieszkańców dzielnicy o rozsławionej nazwie, oznaczającej w wolnym tłumaczeniu „południową rzekę” (강남 – 강 – gang – rzeka, 남 – nam – południe), kojarzącej się z luksusem, modą, snobizmem, porównywanej z Beverly Hills w Kalifornii. Znajdują się w niej siedziby największych koreańskich firm, studia filmowe i muzyczne, a także największe w Azji podziemne centrum handlowe – COEX MALL – stanowiące również przy okazji ogromne centrum konferencyjne.

I faktycznie, dzielnica była lasem wieżowców. Czysta i schludna, ale poprzez swoją betonowo – szklaną etykietkę przypominała jednak bardziej warszawskie korpo centrum niż przytulne, turystyczne zakątki.  Oczywiście miała swoje uroki, jak wspomniana już budka z jedzeniem stojąca tuż pod naszym hotelem, ale raczej szybko z niej uciekałyśmy, żeby zagłębić się w ciekawsze i bardziej tradycyjne miejsca Seulu.  Tym bardziej, że wieczorami, kiedy wszyscy kończyli pracę, momentami przestawała być ona aż taka schludna. Na własne oczy widziałam, jak ubrany w dobry garnitur pan trzymający dzielnie w lewej ręce skórzaną teczkę, zataczał się po całej szerokości chodnika (a nie było nawet 19), po czym widowiskowo zwymiotował do śmietnika.  No cóż, słaba głowa Azjatów do alkoholu jest już znana na skalę światową – ale może niewiele osób wie (tu wstawka typowo medyczna, żeby zniechęcić typowo polskie zapędy z etykietką „ze mną się nie napijesz??” na czole), że powodem tego jest genetyczna mutacja występująca u około 40% populacji azjatyckiej powodująca powstanie nieaktywnej formy dehydrogenazy-2 aldehydu (ALDH2).  Takie osoby podczas picia alkoholu reagują podobnie jak alkoholicy, którym wszyto esperal i zatruwają sobie organizm gromadzącym się aldehydem octowym.
Ale pomimo tej wiedzy, pijany Azjata to jednak dość przykry widok. Nie wiem, jakoś nie pasują mi dobre i gładkie twarze do pijackiego bełkotania i zataczania. No ale cóż, akurat Polacy nie powinni krytykować innych narodów za zachowanie pod wpływem spożycia. Wszelkich substancji.

Dodaj komentarz