W Dolinie Śmierci

Amerykańska Dolina Śmierci często opisywana jest w superlatywach.
Jedno z najgorętszych miejsc na ziemi. Najniższa depresja w Stanach. Najwyższa odnotowana temperatura. Największy, po Alasce, park narodowy USA. A dla nas, póki co, jedno z największych zaskoczeń.
Nastawieni na tak znane parki, jak Grand Canyon, Yellowstone czy Yosemite nie poświęcaliśmy za dużo uwagi drugoplanowej, wydawałoby się, Death Valley.
Ale ogromna przestrzeń płaskiej doliny, w której spalona słońcem ziemia gdzieniegdzie przyjmuje biały kolor od solnych jezior, w innych zaś miejscach nagle wybucha zielenią oaz, otoczona z obydwu stron górskimi pasmami, w których poukrywane są mieniące się kolorami i formacjami skalnymi kaniony zrobiła ogromne wrażenie. Przez cały dzień jeździliśmy pomiędzy punktami widokowymi, z których Zebriskie Point, z pokolorowanymi na złoto wyrzeźbionymi przez wodę skalnymi jęzorami, to jedno z najbardziej nieziemskich miejsc, jakie widzieliśmy. W ogóle cała dolina wygląda trochę jak z innej planety.

Z jednej strony mieniące się kolorami góry (nie bez kozery nazwane „Artist Palette”), które oglądane o różnych porach dnia za każdym razem wyglądają trochę inaczej, z drugiej nagle wyrasta typowa, piaskowa pustynia, z białymi wydmami, których szczyty rozwiewane są nieustannie przez silny wiatr, przeganiający drobinki piasku przez dno doliny, jezdnie i wciskający je w skalne szczeliny.
Potem są kaniony – Golden, Desolation czy Mosaic – każdy inny, każdy na swój sposób niesamowity. Jakby jeszcze było mało, w północnej części parku ogromny krater powstały po erupcji wulkanu około 2 tysięcy lat temu zachęca wiodącym wokół niego szlakiem pieszym.

Na tak ogromnej przestrzeni można spędzić dzień, jeżdżąc po najbardziej popularnych punktach, można spędzić i tydzień, jeśli chce się zeksplorować doliny i szlaki, powspinać się po górach czy wreszcie skorzystać z jednej z kilkunastu tras offroadowych o różnym stopniu trudności. Dwie rzeczy tylko należy brać pod uwagę, szczególnie latem.
Gorąco. I wiatr.
Kiedy przyjechaliśmy do Furnace Creek, głównego centrum turystycznego (wstęp do parku kosztuje 20$ od samochodu i można go kupić w wielu bezobsługowych punktach po drodze, my jednak zdecydowaliśmy się na roczną kartę wstępu do wszystkich parków Stanów – za 80$ nie musimy uiszczać już żadnych dodatkowych opłat, co przy naszych planach odwiedzenia ponad 10 parków jest już całkiem opłacalne, do tego możemy korzystać z wielu obszarów „dziennych” przy rezerwatach i National Forests), radosny ekran przy wejściu wskazywał 118 stopni Fahrenheita, czyli jakieś 47 stopni Celsjusza. Tak, to był nasz osobisty rekord temperaturowy… Siłą rzeczy więc trekkingi, nawet krótkie, stawały się wyzwaniem, a zapasy wody uzupełnialiśmy gdzie się dało – na szczęście w wielu miejscach, przy campingach albo centrach informacyjnych dostępne są kraniki, a w Stanach kranówkę można pić praktycznie bez ograniczeń.

Gorąco buchało jak z pieca. Wysuszało skórę, spojówki, rozgrzewało okulary przeciwsłoneczne na nosie, a silny wiatr, który pozornie trochę chłodził, tylko potęgował wrażenie. Wpadaliśmy po kilkudziesięciu minutach chodzenia do samochodu, odpalaliśmy klimatyzację i dopiero wtedy organizm przypominał sobie o termoregulacji, zaczynaliśmy pić na potęgę, a potem wypacać to, co właśnie wypiliśmy. Marnotrawstwo!
Im wyżej, tym temperatura nieco spadała, ale trzeba było pozbyć się złudzeń – przez większość dnia chodziliśmy w towarzystwie wszechogarniającego piekarnika, lepiej zrobiło się dopiero po zachodzie słońca, kiedy rozbiliśmy namiot na jednym z darmowych campingów w obrębie parku – stylowo nazwanym „Emigrant” (nazwa pasuje do grubych śpiworów, które na potrzeby północnych Stanów i Kanady znaleźliśmy w Walmartcie – amerykańskie organizacje charytatywne kupują takie same dla miejskich bezdomnych…).
Namiot co prawda trzeba było przysłonić z jednej strony samochodem i przywiązać tropik do felgi, bo wiatr nie odpuszczał nawet na chwilę, targając naszym sfatygowanym, posklejanym domem bezlitośnie, ale tak obudowany, jak parawanem na plaży w Jastarni funkcjonował całkiem nieźle. Podmuch wiatru to było właściwie jedyne, co zakłócało ciszę wieczora, ciszę znów tak przenikliwą, że aż świdrującą w uszach, ciszę ogromnej przestrzeni wokół nas.
No dobra, do czasu.

Do czasu, gdy na sąsiednim miejscu nie stanął kamper (mimo że camping był tylko dla namiotów), a rodzina w środku nie zaczęła podniesionymi, niemieckimi głosami ganić płaczącego dziecka, po czym uruchamiając odkurzacz (!) zabrała się za porządki. Ordnung must sein, w końcu, nie ma, że wakacje.
Początkowa irytacja przeszła mi następnego dnia, gdy z Niemcami trochę porozmawialiśmy, a z kampera wyskoczyła trójka małych chłopców w wieku 2, 4 i 5 lat. Wybaczyłam ten wieczorny płacz, nawet to odkurzanie. Zaskarbili sympatię, decydując się na podróż kempingową z trójką dzieci.

Tyle razy w tej podróży widzieliśmy już przykłady rodzin, starszych ludzi, ludzi z pozoru wydawałoby się takich, którym albo nie w głowie podróżowanie, albo nie powinno im się chcieć, albo powinno ich stać na innego typu wakacje. Może i ich stać. Ale z wyboru spędzają czas w taki sposób i co najważniejsze, udowadniają tym samym, że się DA. Że może trzeba pewne plany dostosować, z pewnych rzeczy zrezygnować, ale wiek czy małe dzieci nie są same w sobie przeszkodą do kontynuowania marzeń, życia, czy spędzania wolnego czasu w ulubiony sposób.
Czy ktoś z czytelników podróżuje z dziećmi?:) Jakie macie doświadczenia?

7 komentarzy

  1. A jeziorka żadnego dla ochłody nie ma ?

    1. Wszystkie dawno wyschły:) zostały tylko resztki jezior solnych

  2. Może i się DA ale po co się męczyć – Tatuś “urodzony optymista”

    1. Haha, jak zawsze w punkt!:)

  3. Ja też podróżowałam z dziećmi , jeden teraz podróżuje z Tobą. Możesz mieć wiadomości z pierwszej ręki , może to były podróże małe i duże ale Harry Potter po raz trzeci był o wiele ciekawszy od najpiękniejszych krajobrazów np. w Chorwacji czy we Włoszech.

    1. Wspominał coś o tym Hattym Potterze:)

  4. Wciąż czuję podmuch gorącego powietrza parzącego odkryte części ciała, może dlatego dopiero wasze przepiękne zdjęcia tej doliny ,uświadomiły mi ,że nie wszystko tam zobaczyłam, a temperatura była chyba z 51 stopni C.
    Ale tak, mam wspomnienie, że te krajobrazy są nie z tej ziemi.

Dodaj komentarz