Uzależnienie od internetu

Próbując się uczyć, czasem pozwalam myślom błądzić.
W czasach, w które zostaliśmy bez pytania wrzuceni błądzenie jednak nie jest mile widziane, od razu znajdzie się odpowiednie nakierunkowanie, nadanie sensu, a najlepiej jeszcze odpowiedniej wartości.
Przychodu.
Pomocą służą wszystkie możliwe ekrany, których niestety nie potrafię się pozbawić na co dzień – co doprowadza mnie momentami to dawania sobie mentalnego policzka na otrzeźwienie. I skłoniło mnie do wylania frustracji na bloga.
Od święta łatwiej się od ekranów opędzić, życie tu i teraz jest wtedy (i generalnie) dla mnie o wiele ważniejsze niż kreowanie jego wirtualnej wersji. W takich momentach nie potrzebuję mieć zawsze telefonu przy sobie.
Nie potrzebuję sprawdzać co chwilę Facebooka czy Instagrama, nie muszę być zawsze online, zawsze dostępna, zawsze w kontakcie. Ma to znamiona jakiejś formy współczesnej prostytucji, taki ekshibicjonizm i dostępność.
Uderzyło mnie to najbardziej podczas Erasmusa w Hiszpanii.
Spotykamy się ze znajomymi, idziemy na cañas czy tapas. Albo po prostu, zwyczajnie pogadać, spędzić czas razem, być tu i teraz. Siadamy, zamawiamy.
I się zaczyna.
„Jest tu wifi??
„Jakie jest hasło?”
„Przepraszam – do kelnera – może pan podać nam hasło do wifi?”
Kelner podaje, a jakże. Już nawet się nie dziwi. Przecież wifi to podstawa. Zanim jeszcze przyniesie menu.
Nie mija nawet kilka minut, a każdy garbi się, pochylając nad małym ekranem telefonu. Boże, to się już nawet nie powinno nazywać telefon!
„O, popatrz, Monika wrzuciła nowe zdjęcie na fejsa!”
„Hahah, Juan znowu do mnie pisze na whatsappie!”
„Muszę mu napisać koniecznie, może potem się zobaczymy…”
Początkowo rozglądałam się z konsternacją.
Potem z przerażeniem.
Z niezrozumieniem.
I jedną myślą kołaczącą się w głowie, a tak naprawdę walącą pięściami w czaszkę od środka i mrugającą wielkim, ostrzegawczymi neonami.
CO MNIE TO OBCHODZI?!
Co mnie w tym momencie obchodzą inni, ci wirtualni?
Jesteśmy razem, paczką znajomych, nie widzimy się znowu aż tak często, czemu tak trudno jest ze sobą rozmawiać? Czemu ważniejsze jest upublicznienie spotkania i pokazanie, jak jest fajnie? Kiedy w rzeczywistości mogłoby być fajnie, gdyby nie upublicznianie? A raczej czas na nie poświęcany już teraz, w tej sekundzie, bo liczy się teraz, potem już będzie kolejne spotkanie, kolejny wyjazd, kolejny element życia, którym można się podzielić, jednocześnie nie przeżywszy go w pełni.
Czasem mam ochotę ludźmi potrząsnąć. Sobą też. Ocucić. Ale to ingerencja w nietykalność osobistą, więc najczęściej tylko mówię. Zwracam uwagę. Bo chyba warto o tym mówić. Sobie i innym.

Z błądzeniem myśli i znajdowaniem półśrodków pod tytułem: „tylko zerknę na chwilę, co tam na fejsie”, „poscrolluję, może będzie coś ciekawego” – albo nawet nie, bezmyślnie, dobrze wiemy, że nic ciekawego nie będzie, ale to już taki odruch, rutyna – wiąże się z tym jeszcze jeden ważny temat. Sugestia.
Sama się na tym łapię, potem mam ochotę znowu się palnąć w czoło (tyle agresji…). Albo tak jak tymi znajomymi, którymi czasem też tak potrząsam w myślach.
Sama się łapię na bezmyślnym przeglądaniu Facebooka, Instagrama, przejeżdżaniu ze znudzeniem palcem po ekranie. Dlatego piszę tę wiadomość także trochę dla siebie, na przyszłość, na zaś, ku przestrodze. Truję i zrzędzę, bo chcę się zmusić do refleksji. I do wniosków, a zaraz później do zmian.
Niedawno tak właśnie bezmyślnie przeglądałam Instagram. Jest oczywiście mnóstwo inspirujących kont, historii ludzi czy niezłej sztuki. Ale nie będę się oszukiwać – nie tego wczoraj szukałam. Przerzucałam wzrok z książek, po których pływał rozmazując tekst i nie zapamiętując już nic, na ekranik, bo tam chociaż kolorowe obrazki, tyle bodźców, może coś rozbudzi, może coś zainteresuje, to tylko krótka przerwa.
Zanim się obejrzałam, siedziałam przed komputerem, minęło kilkanaście minut, a ja szukałam strojów kąpielowych, bo dziewczyny takie ładne zdjęcia wrzucały, kiedyś widziałam fajny strój na plakacie, też bym taki chciała, a przecież lato się kończy, na pewno będą przeceny!
I nawet nie wiem kiedy, teleportuję się sprzed jednego ekranu naprzeciwko kolejnego, przeglądam, sprawdzam, wzdycham, wytwarzam w sobie sztuczną potrzebę. No bo przecież większość moich koleżanek, jak na wakacje jedzie, to ma co najmniej 3 stroje kąpielowe, a ja tylko jeden. Od kilku lat ten sam. I wzdycham, i szukam dalej. A czas leci.
Zanim zdążę się walnąć w czoło, zanim zdążę wyrwać się z tej kompulsji, mija kilkadziesiąt minut. Kilkadziesiąt cennych minut, które ani nie dały odpoczynku, ani satysfakcji, a jedynie poczucie winy i jeszcze większego bezsensu. Zmarnowania chwil z życia.
Reklama jest wszędzie, sugestia znajduje nam potrzebę i podtyka pod nos na każdym kroku, w każdej chwili. Niby nic nas nie zmusza, tylko sugeruje. Przecież skoro się na to łapiesz, to widocznie faktycznie tego potrzebowałeś. Nieprawda.
Z tym trzeba walczyć. Z tym chcę walczyć.
Żeby żyć tu i teraz, żeby mieć świadomość tego życia, żeby zamiast na siłę utrwalać momenty, po prostu je przeżywać. Żeby skupić się na tworzeniu, a nie konsumpcji,
żeby nie dać się złapać w te pajęczyny, które tworzą nad każdym z nas coraz ciaśniejszy kokon.
Żeby czasem, w przerwie, pogapić się w okno i porobić nic. Pozwolić myślom dryfować i błądzić. Bo wtedy, na chwilę uwolnione i spuszczone ze smyczy są jak radosny pies na spacerze. I jest duża szansa, że puszczone wolno przyniosą z wdzięcznością coś zaskakującego.
Być może będzie to zasuszona pamiątka wprost z przewodu pokarmowego innego zwierzaka.
A być może ukryty skarb. 🙂

Dodaj komentarz