Ukryty skrawek raju

Vilankulos wita wilgocią.
Po pustynnych bezdrożach Namibii, z niejakim zaskoczeniem witamy ciężkie od soli powietrze, które przenika ubrania nie pozwalając im wyschnąć, zlepia włosy i tworzy fale, upodabniając fryzurę do widoku wzburzonego morza. Czasem takiego pod wpływem uporządkowanego pasatu, a czasem po gniewie cyklonu. Wdychamy zapach morza, glonów i ryb, tak dobrze znany i tak bardzo kojarzący się z żeglarstwem. Sam rejs już niedługo, a tymczasem…płyniemy na inny.

Nie grzalibyśmy do Vilankulos na próżno. Przyciągał nas osławiony archipelag Bazaruto, w skład którego wchodzi 5 albo 6 mniejszych wysp objętych ochroną parku narodowego, wołał syrenim śpiewem, zapowiadając lazurową wodę, rafę koralową i bezchmurne niebo. No i wilgoć.
Prosto z autobusowego koszmaru trafiamy do raju na ziemi. Sami przekonamy się wkrótce, ale póki co przekonuje nas pracownik firmy Sail Away, której nazwa zobowiązuje, skoro podobną mamy wygrawerowaną na obrączkach. Postanawiamy więc wypłynąć i doznać zaszczytu stąpania po bajecznie białym piasku.
Bo drugi powód, dla którego zarówno miejscowi, jak i nie miejscowi odwiedzający ciągną w sezonie tłumnie do tego miasteczka to rejs dhow.
To drewniane łódki mające w rodowodzie arabskie feluki zapełniające wybrzeża Nilu, z trójkątnym, ciężkim jak kurtyna teatralna żaglem rozwieszonym na poprzecznym drzewcu. Rankiem na większości z nich mozolą się rybacy, porządkujący sieci i wypływający w poszukiwaniu rybiego dobrobytu, powracający wieczorem, wraz z ostatnimi promieniami dnia, podświetlającymi łodzie romantyczną mgiełką i ukrywającymi starość czy odłażącą farbę. Jak się uda, zwiążą naręcze ryb przeprowadzoną przez pyski mocną trzciną, albo w upale kolejnego południa będą sprzedawać wzdłuż drogi. Prześmierdły zapach będzie unosić się ponad chodnikiem jak medalion za dobrą pracę.

W ostateczności kobiety ryby wyfiletują i zasuszą, po czym rozłożą na kamiennych stoiskach niewielkiego mercado, gdzie ciężkie powietrze przytrzyma drobinki zapachu i dodatkowo je skondensuje, sprawiając, że na terenie targu wali niemiłosiernie. Przypomina się najgorsze, każdemu co innego.

Na łódce jesteśmy jedynymi turystami, choć nie jedynymi obcokrajowcami.
Przewodnik i organizator to Francuz z pochodzenia, który kraj opuścił we wczesnych latach osiemdziesiątych, od tamtego czasu mieszkający kilka lat w RPA by w końcu, na kres pracy zawodowej i emeryturę osiąść w Mozambiku. Czego mu brakuje? Croissantów.
Planuje powrót? Nie. Po tylu latach nie potrafi się już odnaleźć w Europie.

Dalej rodzina teoretycznie Szwedów, w praktyce Duńczyków pracujących w ambasadzie w Maputo – ostatnie miesiące, bo niedługo ambasadę rozwiązują – od 6 lat w tym kraju, dwójka dzieci w wieku szkolnym. Między sobą mówią po angielsku, bo chłopakom tak łatwiej, żeby podłapali trochę ojczystego języka specjalnie wracali do Kopenhagi częściej, niż by mieli na to ochotę.

I wreszcie kolejna rodzina, tym razem Portugalczyków. W Mozambiku mieszkają od 7 lat, tutaj pracują – ona jako nauczycielka akademicka, on jako finansista, tu urodziła się dwójka ich dzieci. Czy planują wracać? Póki co nie bardzo.

Zbieranina przypadkowych ludzi różnych narodowości, opowiadająca zawile drogi prowadzące do wspólnego punktu, w jakim się znienacka znaleźliśmy.

A Bazaruto to faktycznie mały skrawek raju. Rozwiany przez wiatry cyklonów dawny półwysep to teraz zgrupowanie piaszczystych wysp, na których dostępność słodkiej wody i oddalenie stworzyły azyl dla wybujałej, tropikalnej roślinności, lokalnych wiosek i luksusowych lodge’y. Cudowne atole i zatoki mieniące się odcieniami błękitu, seledynu i szmaragdu obserwowane z wysokości wypiętrzonych ponad nimi wydm to jednak nic w porównaniu z cudami, jakie kryją się pod powierzchnią wody. Kilka kilometrów rafy kolorowej, z tęczowymi rybami, falującymi wodorostami i misternymi wapiennymi konstrukcjami. Nakrapiane czarno-białe mureny wychylające nieprzyjemne paszcze spod skał. Żółwie morskie, których niestety nie mieliśmy szczęścia zobaczyć. No i rekiny, ale to po drugiej stronie wyspy. To tylko ułamek, skrawek bogactwa przezroczystej wody.

Już wiem, dlaczego kobiety w Mozambiku noszą tak kolorowe stroje.
Człowiek mimowolnie naśladuje naturę. U nas na przykład zima to monochrom, skala szarości z domieszką przybrudzonych brązów. I tak też się ubieramy.
Tutaj kolory powalają intensywnością i nasyceniem, jakby ktoś podkręcił saturację i kontrast wielkimi suwakami krajobrazów.

2 komentarzy

  1. Rafy koralowe … coś pięknego . Wystarczy mieć zwykły sprzęt z rurką , żeby podziwiać bajkowe widoki.

    1. Dokładnie! Pływaliśmy na rafie tuż przy jednej z wysp archipelagu, niesamowite kolory!

Dodaj komentarz