Dlaczego trudno pokochać Maputo?

Maputo trudno pokochać. W porównaniu z uporządkowaną Namibią, stolica Mozambiku to totalny chaos, brud, ogromna metropolia atakująca wszystkie zmysły naraz. Z nutą dobrze znanej Ameryki Południowej w tle, tylko że na afrykańskim gruncie. Czuć, że to dawna kolonia portugalska. Nie tylko, co oczywiste, w języku. Ulice gdzieniegdzie nadal zdobią kolorowe, wyróżniające się werandami i kolumienkami budynki, czasami nawet z biało-granatowymi azulejos na ścianach. Tak jak jednak kolonia od 1975 roku nie istnieje, tak te budynki to tylko przypomnienie, duchy przeszłości, powoli niknące i umierające, sypiące się odłażącym tynkiem. Obdrapane, zaniedbane, momentami bardziej straszą niż zachwycają.
Tak jak historia kraju zapisana w stolicy i jej murach, zdecydowanie bardziej straszy.

Z drugiej strony na prowincji, po wjeździe w dobrze znane konstrukcje lepiankowe (tutaj jednak otynkowane i ze szklanymi oknami!) czy barakowe, widzimy zachodnioeuropejskie wpływy. W kanciastej, srebrnej bryle z blachy falistej pojawiają się ornamenty. Wycięte zgrubnie kolumienki otaczające blaszaną werandę.
Niczym chińska podróbka ubrań z salonów mody, ujawniają cień wpływów opuszczonych pośrodku pól palm kokosowych dawnych hacjend. Teraz już martwych, żyjących jedynie gasnącym wspomnieniem. Albo inspiracją w blaszanym barako – domu.

Łatwo to tu nie było nigdy i nadal nie jest, choć Mozambik podnosi już dumnie głowę. Ciągle walczy z korupcją w polityce i policji, ciągle próbuje odcinać z turystyki kupony zanim poważniej zainwestuje w infrastrukturę. Ościenne państwa zdają się nadal patrzeć na to z niejakim pobłażaniem, wykluczając go z poważanych interakcji. Waluty (mozambickich metykali) nie można zdobyć ani w Namibii, ani RPA. Samochody z wypożyczalni nie pozwalają wjeżdżać do tego kraju, mimo że nie mają problemu z żadnym innym w Afryce Południowej. Może to przez przymusowe „przystanki” i „dodatki świąteczne” dla policjantów, żeby pozwolili przejechać? W najlepszym wypadku.
Dlatego zamierzamy poruszać się po tym kraju transportem lokalnym.

A stolica? Jak każde wielkie miasto. Pełna kontrastów.
Z jednej strony wille z basenami, nowoczesne bloki i piękne ogrody z jakarandą, ambasady i portugalskie knajpki, chińskie restauracje i luksusowe sklepy. Z drugiej dzielnica Mafalala, historycznie jedna z najciekawszych, w rzeczywistości póki co jedyny township, który schodziliśmy pieszo. Z samego rana, z ciążącymi ciekawymi spojrzeniami mieszkańców, krążyliśmy po dzielnicy ulicą , której v-kształtne boki zbiegały się lejkowato pośrodku, wypełnione wodą, ściekiem, śmieciami i zdechłymi szczurami. Czasami pachniało życiem (a w szczególności jego najbardziej fizjologicznymi dowodami), czasami rozkładem.
Przy (nie)sprzyjających wiatrach w Maputo często zawiewało smrodem. Nie tylko od przepełnionych ulic, nie tylko od ziejących spalinami chapas. Czasami, niestety, również od ludzi. Ludzi, myjących się w wodzie z kałuży w centrum miasta, podczas gdy tuż obok pary ślubne i goście weselni, wystrojeni w barwne sukienki, garnitury i turbany, tłumnie zapełniali pobliski ogród botaniczny, tańcząc, śpiewając i wysyłając swoją radość w przestrzeń.

Mozambik to jeden z najbiedniejszych krajów świata, przeciągany przez karty historii zbyt często w niewolniczych pętach. Jak nie Arabskich, Indyjskich czy Perskich, to Portugalskich. A jeśli nie żadnych z nich, to ponoszący skutki radykalizacji własnych partii, często sympatyzujących ze stroną komunistyczną. I tak nadal, spacerując przez stolicę, przechodzimy z ulicy Vladimira Lenina w  Karola Marksa, a jeden ze słynniejszych hosteli mijamy idąc ulicą Mao Tse Tunga.

To kraj, w którym średnia dzietność kobiet wynosi ponad 5, prawie 45% ludności ma mniej niż 14 lat, a od oczekiwanej długości życia nie oczekuje się zbyt wiele. Kraj marimby, niesamowitych tańców i ujadających śpiewów, porywających do ruszania czymkolwiek, kraj setek kilometrów rajskich plaż, zielony, tropikalny, urodzajny.
Znowu wszyscy sprzedają wszystko, handel kwitnie na każdym rogu, chodniku, na przejściu dla pieszych , na dworcu, na głowach dzieci zarabiających w ten sposób na cokolwiek. Byle starczyło na trochę, na kolejny dzień, na jutro.

Ulice w Maputo mają gradację z podrozdziałami „dla przyjezdnego”. Są ulice, którymi się chodzi i jest przyjemnie, są ulice, którymi się chodzi, ale chodnik to gruzy, a czasem trzeba przepychać się pomiędzy prezentowanymi na nim najnowszymi krzykami obuwniczej mody, ewentualnie śmieciami, ewentualnie dziećmi, ewentualnie ludźmi w śmieciach śpiącymi. Są też ulice, którymi się po prostu nie chodzi. Nigdy. I niekoniecznie wiąże się to z ich wielkością, czy nazwą. Może być tak, że szeroka Avenida będzie miała gorszą sławę niż mniejsza Rua czy już w ogóle skrawek asfaltu albo betonu bez żadnej rodzajowej klasyfikacji. Taka na przykład Avenida Marginal. Na mapie wydawałoby się – spora, na żywo pomyślałoby się – fajny deptak nad oceanem, w praktyce – nie ma opcji, tam się po prostu nie chodzi. Czemu? A bo krzaki, bo tam kradną, gwałcą, pewnie też zabijają. A tak naprawdę cholera wie. Bo każdy to czyta, nie chodzi, bo nikt nie chce być tym, co sprawdzi pogłoski. No cóż, teraz to jest właśnie definicja odkrywcy.

Nie próbujemy. Wystarczy nam okrywania na jakiś czas.

2 komentarzy

  1. Zdecydowanie domek z blachy najsympatyczniejszy, blokowiska jak wszędzie-straszą. A ile Maputo liczy mieszkańców?

    1. To była willa wśród blaszaków:)
      Maputo teraz pewnie spokojnie liczy ponad milion mieszkańcow, ale ciekawe ile nieoficjalnych…

Dodaj komentarz