Trekking w Parku Narodowym Durmitor

Czyli mrożąca dłonie opowieść o kilkunastogodzinnej wspinaczce, najwyższym szczycie, wodzie z jaskini i pancernym pasztecie.

Wyobraźcie sobie Zakopane z czasów sprzed rozwoju jakiejkolwiek turystyki.
Kilkadziesiąt domów rozrzuconych w górskiej dolinie, trochę bezładnych, ale jednak utrzymanych w charakterystycznym, jednolitym stylu. Chłodniejszy klimat, odcinający od reszty kraju. Górskie szczyty rysujące na horyzoncie panoramę przytłaczających masywów. Kilka piekarni, dwa sklepy na krzyż, nieliczni wędrowcy z nieodłącznymi plecakami.
Być może tak to wyglądało kiedyś. Być może.
Natomiast tak mniej więcej współcześnie wygląda Žabljak – najwyżej położone miasto Czarnogóry (jeśli nie całej Europy), stolica regionu, centrum wypadowe w skaliste szczyty Gór Dynarskich.
Po jego statusie i rozpoznawalności spodziewaliśmy się zobaczyć sporych rozmiarów miasto, trochę więc zaskoczyła nas jego…prowincjonalność. Chociaż gdy doczytałam, że Žabljak zawdzięcza swoją nazwę niezwykle głośno kumkającym żabom, które upodobały sobie pobliski strumień, przestałam się dziwić.
Pomimo, że to jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc dla ludzi szukających nieco bardziej aktywnego wypoczynku, zarówno przez mieszkańców Bałkanów, jak i przyjezdnych, nie zdążył się jeszcze skomercjalizować i nie stracił swojej autentyczności. Mamy więc autentyczne szutrowe drogi, nieotynkowane domy czy zwierzęta plączące się na „przedmieściach”, a zawrotne 4500 mieszkańców wieczorami skupia się w centrum, na który składa się kilka restauracji, dwa supermarkety, stacja benzynowa i pomniejsze kawiarnie. Za to piekarnia ukryta w bramie obok marketu Voli, serwująca super świeże pieczywo, burki wszelkich rodzajów (tym razem również na słodko!), zaskrabiła naszą przyjaźń od pierwszego wejrzenia. I pierwszego spróbowania :).

Interior Czarnogóry to ciągnąca się po horyzont kraina surowych krasowych gór, pociętych głębokimi, niedostępnymi wąwozami. Ich zwieńczenie i kulminację stanowi Park Narodowy Durmitor, w całości wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
W pierwszej chwili zamiast podróżników na ulicach spodziewałam się zobaczyć krasnoludy z długimi brodami, bo nazwa parku przypomina jednak bardziej miejscowości rodem z Tolkiena niż z często zabawnie brzmiących języków bałkańskich, ale nic bardziej mylnego. Nie trafiłam w znaczenie słowa. Nie trafiłam nawet w język! Okazuje się, że nazwa Durmitor pochodzi z języka celtyckiego (o dziwo Celtowie zasiedlali nie tylko północną Europę, ale także południe kontynentu) i w wolnym tłumaczeniu oznacza tyle co “woda płynąca z gór” czy „góry ociekające wodą”.

I znowu – nic bardziej mylnego! W trakcie całodniowego trekkingu szybko przekonaliśmy się, że strumieni w wyżej położonych partiach gór nie uświadczymy, a zaznaczone na mapie jeziora najczęściej okazywały się…wyschnięte. Za to nasze zapasy wody zdecydowanie niewystarczające.

Ale od początku.

Wysiadamy z samochodu, wieczór zbliża się nieuchronnie i większość osób raczej kieruje się „z powrotem”, skądkolwiek by to miało być. Ale tak bardzo chcemy chociaż rzucić okiem na góry, przejść się na spacer po całodniowej drodze! Szybko więc wpłacamy po 3 euro za wejściówkę i kontynuujemy sprężystym krokiem, bo wraz z końcem dnia kończy się też ciepło słońca, trzeba więc inwestować dodatkowe siły w naturalną termogenezę. Idziemy wzdłuż czystego, sosnowego lasu by po chwili dotrzeć do Czarnego Jeziora (Crne Jezero) i zmienić na dobre zdanie o etymologii nazwy parku. To już nie Moria czy Mordor. To jak nic Góry Skaliste! Żadne z nas co prawda nie widziało ich na własne oczy, ale wyobrażaliśmy je sobie na podobieństwo tego, co właśnie ukazało się przed nami.

Krystalicznie czysta woda, przechodząca przez wszystkie odcienie turkusu, by w końcu wpaść w głęboki granat na środku jeziora. Strzeliste i równe zarysy lasów, stopniowo rzednące w miarę nabierania wysokości, ustępujące miejsca skałom i nielicznym plamom zielonych mchów na szczytach wapiennych gór. Brakowało jedynie wiosłówki dopełniającej idylliczności krajobrazu.
O, mówisz – masz!
Jest i wiosłówka.

Po chwili stania i wpatrywania się szeroko otwartymi oczami przypomnieliśmy sobie o prozaiczności życia i temperatury, żwawo więc ruszyliśmy na godzinny spacer wokół jeziora, goniąc ostatnie promienie zachodzącego słońca. Po drodze mijamy nieliczne namioty, na które spoglądamy z lekkim ukłuciem zazdrości. Niemniejszą zazdrość wzbudzają ci, którzy odważyli się w jeziorze wykąpać. Bo można. Tylko zimno. A miejsce wprost idealne. Wprost nierealne.

Tyle na temat rozgrzewki – czas na ćwiczenia zasadnicze.

Kolejny dzień to plan na ostry trekking, całodniowy, dość wymagający – chcemy dotrzeć do jednej ze słynniejszych jaskiń – Ledena pećina – skąd, jeśli starczy chęci i sił, możemy po kilku kolejnych godzinach zaatakować Bobotov Kuk. Według przewodnika na taką trasę należy liczyć 10-12 godzin, spoglądamy więc na siebie trochę nieufnie, a trochę z nadzieją. Bo może się uda. A może nie.
Startujemy z tego samego miejsca co poprzedniego dnia, wejścia do Parku Narodowego.
Idziemy, wspinamy się, włazimy. Dość stromo, szlak początkowo prowadzi przez las świerkowy, a następnie przez powyginane buczyny. Niedługo wychodzimy na otwartą przestrzeń, głowa zamiast skupiać się na narastającym zmęczeniu mięśni, zaczyna zajmować się rejestracją niesamowitych widoków, idzie się więc od razu lżej. I cieplej, bo słońce zaczyna powoli ogrzewać. Pogoda wymarzona, z ciężkich chmur wiszących wcześniej nisko nad horyzontem pozostały jedynie radosne, białe obłoczki. Kiedy więc docieramy do rozległej doliny i widzimy drewnianą chatkę z przywieszonymi puszkami po coli i piwie nad wejściem, prawie wszyscy zostają złapani w sidła. Wszystkich suszy niemiłosiernie.
Wtedy po raz pierwszy przemyka nam przez myśl, że może jednak wzięliśmy za mało wody. Ale tylko przemyka.

Idziemy dalej, odpracowując przyjemne zejście ciągnącym się znowu w górę dość długim odcinkiem. Ale już niedługo, chyba niedaleko ta jaskinia. Szukamy podejścia z napotkanymi na ścieżce Słowakami, w końcu zaczyna majaczyć gdzieś w górze – grupka ludzi na skalistej półce, to chyba oznacza wejście.
Docieramy tam szybko i jedyne, co widzimy, to biegnącą w dół ciemność, z której wysuwa język śnieżna pokrywa. Śnieg! To już wiadomo, dlaczego „Ledena”.

Przy kamiennej ścianie poprowadzono kablo – łańcuch, korzystamy więc i zaczynamy mozolne zejście. Wkrótce okazuje się, że pomoc jest niezbędna, bo śliskie kamienie szybko przechodzą w lód, do dna jaskini jeszcze daleko, a ręce zaczynają marznąć w kurczowym zaciśnięciu.

Za to widok wynagradza wszystko. I nie, nikt się tego nie spodziewał, nikt nie zobaczy tego z góry. Stalaktyty, stalagmity i stalagnaty. Cały przegląd geologicznych tworów jaskiniowych, tylko że zbudowanych z lodu. Do tego szczeliny ziejące bliżej nieokreślonymi jamami, pokrytymi nieprzeniknioną ciemnością. Przypomina się ta Moria. Przypomina się Balrog. I jakiś niepokój nas ogarnia. Jakbyśmy jednak byli intruzami w tej ukrytej świątyni natury. Chucham na dłonie i decyduję wracać, wejście jest już znacznie łatwiejsze, choć ręce i spodnie zdążą w tak zwanym międzyczasie uwalić się porządnie błotem i gliną. Przynajmniej zaczynają wyglądać na prawdziwie trekkingowe.
Z oddali słyszę chrzęszczące dźwięki. Odwracam głowę wisząc na łańcuchu i widzę, że zmysł przetrwania nie został zakłócony ani przez widok, ani przez nieokreślony niepokój. Chłopaki podstawiają butelki i menażki pod kapiącą wodę, uzupełniając nasze pożałowania godne zapasy.

Szybko okaże się, jak bardzo mądra była to decyzja.

W dalszej drodze wykańczamy wszystko. Jako że oczywiście decydujemy się kontynuować wspinaczkę w stronę prawie-najwyższego-szczytu, wykańczamy nie tylko wodę, ale i jedzenie. Zostaje wkrótce jedynie pancerny pasztet i czekolada, zachowana na czarną godzinę, albo na wiktorię wejścia na ponad 2500-metrowy masyw.
Idziemy „księżycową doliną”, początkowo łagodnym, wydeptanym szlakiem, a następnie coraz trudniejszym, wyrysowanym na kamieniach, które osypując się z gór pokryły dolinę.

Wkrótce mijają nas dwie Polki wracające z Bobotov Kuk, mówią, że to już niedaleko, że 20 minut do przełęczy a stamtąd to już chwila, chwilunia. Jakoś nie mogę im uwierzyć na słowo, kiedy zadzieram głowę i widzę ogrom skały, daleko w górze.
Sapiemy i dyszymy, ale mozolnie, pokonując chyba najtrudniejszy odcinek trasy docieramy na przełęcz Velika Previja. O cholera. Ale widok. Wgniótł nas w trawę, sadzając i każąc podziwiać. A może to było zmęczenie?
Szybko kalkulujemy czas, siły, które mierzymy na zamiary. Wypadają dość słabo, ale dobrze nam idzie, na pokrzepienie pochłaniamy jednak tą z namaszczeniem niesioną czekoladę (jedną na 5 osób) i z małym zastrzykiem dodatkowych endorfin postanawiamy atakować szczyt. Wiemy jednak, że nie damy rady wrócić tą samą drogą. Ktoś będzie musiał po nas przyjechać i podebrać z asfaltowej drogi, która widnieje gdzieś daleko, daleko…trochę za daleko.


Ale wchodzimy dalej – na oparach z endorfin i krążącej we krwi adrenaliny, której poziom zdecydowanie podnosi się podczas przejścia przez mocno eksponowaną skalną ścianę. Znowu nie wiadomo, czy dech w piersiach zatykają pejzaże czy stopień trudności podejścia. Chwilę później znowu witamy się z kablo – łańcuchami i po kilkunastu minutach maksymalnego skupienia, wykorzystującego wszystkie cztery dane nam kończyny docieramy na górę. Wow. Udało się. Wow.
Siedzimy, kontemplujemy, patrzymy z korony na otaczający Park, który nagle poszerza horyzont. Nad nami tylko niebo. Pod nami cała reszta.

Nieuchronnie czas wracać. A droga ni mniej, ni więcej, tylko daleka. Za daleka.
Powrót to zmuszenie nóg do nieprawdopodobnego wysiłku, bo wcale już nie chcą, już nie chcą iść. Dodatkowo pozbawione zbawiennych hormonów walki boleśnie przypominają, że nie dostały wystarczająco kalorii, żeby mieć co spalać. Pewnie w tym momencie podejmowały decyzję o rozpoczęciu kumulowania kwasu mlekowego. A my schodziliśmy dalej.

Znowu poprzez skalne rumowiska, przypominające świętokrzyskie gołoborza, potem przez trawiaste doliny, ponownie ścigając się ze słońcem o zdążenie przez zachodem, próbowaliśmy sobie wmawiać, że „za tą górką” już na pewno jest droga. Na pewno.
A nieprawda.

Droga jednak pojawiła się, po 3 godzinach i to dość niespodziewanie, przybliżając nas ekspresowo do wizji porządnej kolacji, co wywołało uśmiech od ucha do ucha. Trochę się jednak martwiliśmy, że utkniemy wieczorem w górach. Bez jedzenia. I bez picia, bo zdążyliśmy wykończyć już nawet chrzęszczącą między zębami wodę z jaskini. Kiedy wydawaliśmy kowbojskie okrzyki na cześć cywilizacji (nawet jeśli była nią prowincjonalna jednopasmówka ze stadem owiec w tle), minęło nas dwóch Czechów. Pytali się, ile czasu potrzebują do wejścia na szczyt. Był wieczór. A oni szli boso.

Udało się. I wiecie co?
Byłam i jestem z nas niesamowicie dumna. Żadne z nas nie uprawia wyczynowo żadnego sportu. Żadni z nas lekkoatleci. Ale jednak w miarę zdrowy styl życia na co dzień i regularne, choć nie-super-intensywne ćwiczenia okazały się skuteczne, żeby być fit, bo daliśmy radę. Daliśmy radę chodzić ponad 11 godzin po górach i zdobyć szczyt o wysokości 2523 m, nie wspominając o niezliczonych podejściach i zejściach.
A kiedy po powrocie przysypiałam oglądając po raz któryś „Into the Wild”, odnajdując w nim zaskakująco znajome widoki i pozwalałam sobie z czystym sumieniem na burka z nadzieniem jagodowym – endorfiny znowu wywoływały szeroki uśmiech na twarzy.
To był naprawdę dobry dzień.

PS Pomimo głodu i deficytu kalorycznego pasztet pozostał nieruszony. Wrócił z nami do Polski.

2 komentarzy

  1. Niesamowite, nie wiedziałam, że tak to wyglądało, nie było chyba czasu na wrażenia z Czarnogóry (też byłam, choć bez ekstremy). Ale czy picie wody z jaskini nie jest ryzykowne? Nikt się nie pochorował?

    1. Wszyscy przeżyli! Nawet członkowie wyprawy, którzy mają wrażliwe żołądki. I jelita 😉

Dodaj komentarz