Top kanaryjskich wrażeń

– czyli totalnie subiektywny poradnik – pamiętnik

Po wyjeździe, nieważne, czy trwał tydzień, miesiąc czy rok, zawsze pozostają mniej lub bardziej wyraźne wspomnienia. Z czasem jednak bledną, zatracają ostre granice, w pewnym momencie przypominając bardziej (wybaczcie fotograficzne porównania) niezamierzony bokeh niż dobrze zdefiniowany pierwszy plan. Co zrobić, żeby zachować je na dłużej? Można fotografować, skrupulatnie zamrażając przeżyte chwile, można opowiadać, utrwalając łuki pamięciowe, po których coraz łatwiej się będzie poruszać, można też zapisywać… Na bieżąco, na żywo oczywiście najlepiej, ale czasem po prostu chcemy nacieszyć się chwilą, żyć życiem tu i teraz, zamiast tworzyć kopie na później, do szuflady. Wtedy pozostaje furtka odtwarzania wstecznego, bardziej świadomego…
Szanowni Państwo, oto Top of the Top wspomnień i wrażeń z Wysp Kanaryjskich! Wersja subiektywnie limitowana, otwarta na obiektywne komentarze :).

Wreszcie port, wreszcie woda, spokój i perspektywa rejsu w doborowym towarzystwie… Trochę krzątaniny, nieodłącznie związanej z zaokrętowaniem, zaprowiantowaniem, przygotowaniem map, pociąganiem za liny, które niby układają się w dobrze znane szlaki, ale jednak na każdym jachcie inne. Łódka jak kobieta, nie ma dwóch takich samych… Chciałoby się pokontemplować romantyczny zachód słońca, nawet wychodzimy na pokład, żeby rozmarzyć się na chwilę ze wzrokiem wlepionym w żółtą kulę, która nagle, niespodziewanie, ku naszemu zdziwieniu po prostu…zniknęła. Bez ostrzeżenia. Bez czerwonych flar, pomarańczowych fanfar i westchnień zachwytu. Po prostu – pyk. I już. Ciemno. Witamy w strefie podzwrotnikowej. Okołozwrotnikowej. No, tam. W Pasito Blanco. Ale nie ważne. Radość nadal jest, bo razem ze słońcem nie zniknęło ciepło. Z zimnego kraju nad Wisłą wprost w ramiona kanaryjskich tropików. Suchych tropików, warto dodać. Tych przyjemniejszych. Nie atakujących od razu armią komarów, robali i meszek…

Niedługo po wypłynięciu, słońce podkręca temperaturę, plażing, smażing i inne anglicyzmy królują na pokładzie. Długie spodnie idą w odstawkę. Bluza rzucona w kąt. Wystawiamy ryjki do słońca, żeby się nacieszyć, skorzystać, naprodukować witaminy D ile wlezie, na zapas, na zimę, na polską wiosnę. Płyniemy tak, względnie powoli, rozprężenie, urlop, wczasy. Ale nie, nic z tego. Zbliżamy się do wyczekiwanej linii, którą widać kilka kabli od jachtu. Coraz większe zmarszczki. Ze zbotoksowanej zatoki wychodzimy na ocean. Odwieczny, stary, to i zmarszczki ma konkretne. Myślę o opisie wprost ze Skali Beauforta: „Tworzą się grzywacze, długa wysoka fala, szum morza. Fale z pianą na grzbietach i bryzgi.” Czyli wieje konkretna „szóstka”. Nie ma czasu przysposabiać się jak na wojnę, zarzucam jedynie kurtkę od sztormiaka i dalej, w krótkich spodenkach steruję. Dzielny Oceanis 48, choć początkowo podchodziliśmy do niego nieufnie, jak do każdej plastikowej beczki, służącej momentami bardziej do opalania niż konkretnego żeglowania, całkiem ładnie przecina oceaniczną facjatę niczym odmładzający skalpel. A grzywacze coraz większe, płyniemy 7 węzłów na najmniejszym żaglu. Nie wiemy, jak go nazwać. Może to grot sztormowy, może to zredukowana szmatka, a może po prostu zrolowaliśmy żagiel do masztu na ile tylko się dało, tworząc napęd bez nazwy własnej. A i tak prędkość całkiem przyzwoita. Plażing skończył się tak raptownie, jak poprzedniego dnia zaszło słońce. Na pokładzie pozostali najdzielniejsi, przełykający pawie pisklątka, żeby tylko nie dołączyły do dorosłych rodziców panoszących się w kokpicie i zmywanych kolejnymi falami przelewającymi się przez burtę… I rozkosznie wlewającymi się do kaloszy, bo krótkie spodenki to jednak nie pancerne sztormiakowe ochraniacze. Konkurs pt. „Kto najszybciej wyhoduje grzyba w kaloszu” czas zacząć.

Ciemna noc, na pokładzie pozostała jedynie czuwająca wachta, wszyscy wymęczeni zalegli w mesie i kajutach, albo doprowadzali do porządku zasolone twarze. Niedługo port, prysznic, cywilizacja. Nadaję na radiu, proszę o pozwolenie na wejście. Wcześniej zarezerwowaliśmy miejsce, więc pomimo dzwonienia w nocy o północy ktoś się z mariny odzywa, zaprasza, każe płynąć wzdłuż falochronu. Okej, płyniemy. Z mroku wyrasta przed nami czarna ściana, złowroga, potężna, za bliska. Cisza. Na łódce cisza jak nigdy. Tylko szum przyboju świadczy o brzegu, o plaży, o wypłyceniu, zupełnie blisko. Za blisko. Na końcu falochronu ster prawo i wpływamy do mariny. A Los Gigantes wyrastają ponad portem, wielkie i majestatyczne. Adrenalina spada. Powoli. Tak stoimy.

Czy to Mars, czy to brama Morii? Czy zza skał wyskoczą nagle łaziki NASA, testujące tu mikroklimat na obecność żywych organizmów? I to nie tych brzydkich, dwunożnych, wielkich i pazernych, ale tych ledwo co łączących węgiel, tlen i wodór w podstawowe węglowodany. Witamy w Parque Nacional El Teide, najwyższego szczytu Hiszpanii, najwyższego wulkanu Europy. Wszędzie pola lawy, żyzne gleby, czerwone, żółte i zielone formacje skalne przywodzące na myśl islandzki Landmannalaugar. W sumie, te dwie destynacje nie różnią się od siebie aż tak bardzo. Pod jedną i drugą ziemia wrze i piekli się, dając o sobie znać rzadko, ale za to konkretnie. Jedną i drugą przemierzaliśmy samochodami, wtedy z Highway to hell, teraz z Rammsteinem w głośnikach.

Wprost z czerwoności Teide zanurzyliśmy się w mgłę, chmury i wilgoć. Zjeżdżając prawie 2000 metrów w dół, zmieniały się strefy roślinności i klimat, który w pewnym momencie bardziej przypominał Szkocję niż Wyspy Kanaryjskie. Tropiki miały być! A tu survival w postaci zimna, wiatru i widoczności, którą w dzienniku jachtowym należałoby ocenić na 0, w porywach 1. Ale w końcu terenowa Dacia pokona wszelkie przeciwności i po chwili znowu wspinamy się w górę, zakręt za zakrętem, zakrętem poganiany. I pewnie poobserwowalibyśmy kilkanaście domków, rozproszonych nagle na zboczu doliny, pospacerowali chwilę i pojechali dalej, zostawiając wioskę Masca daleko za sobą, gdyby nie głód jednego z załogantów, i to głód tapasów z widokiem. Koniecznie z widokiem! Hipoglikemia zaczęła przełączać już zwykle spokojny mózg w tryb pierwotnego agresora, żarty się więc skończyły i czym prędzej się wybierając, znaleźliśmy tapasy z widokiem. O, takim jak na zdjęciu. Całkiem niezłym, trzeba przyznać.

Ojezu, delfinki! No na to już każdy czekał. Każdy wypatrywał, wgapiał się z nadzieją w turkusowo – błękitną wodę, czy nie wyskoczy z niej słodkie zwierzątko, pozioma płetwa i butelkowy nos. Każdy czekał, a i tak niektórzy… przespali. Chociaż nie wiem, jak można było nie usłyszeć pisków 10 osób i rzucanych co chwilę: „Ooooo, patrz!”, „Ooo, a tutaj trzy płyną!” „I jeszcze dwa za rufą!”, „Ooo a ten jak skoczył!”, „aaa, jaki śliczny!”, „I jeszcze jest mały!”. Onomatopeje zdecydowanie zawojowały ten moment.
Niektórzy wykupują specjalne wycieczki, żeby obserwować morskie ssaki, my to mieliśmy gratis. Albo dolphins inclusive. I to w naturalnym otoczeniu! Może uznały nasz jacht za większego kuzyna? Prawdziwych większych kuzynów jednak nie dostrzegliśmy, ale wieść gminna niesie, że oprócz sześciu gatunków delfinów u wybrzeży Wysp Kanaryjskich spotkać można balaenopterę, kaszaloty czy nawet płetwala błękitnego, o orce (stadzie orków?) nie wspominając. W pewnym momencie jednak, pod koniec rejsu, wzdłuż burty przepłynęło coś szarawego. Po kontrolnym krzyku „delfiny!”, tak, żeby obudzić nawet tych najbardziej śpiących, dotarło do mnie, że płetwa ogonowa u tego kształtu nie była pozioma, ale raczej pionowa, taka bardziej… rybia. Czy to rekin? Czy to marlin? Ocean go wie, bo chociaż starzy nie jesteśmy i jeszcze możemy, to wzrok jednak nie zdążył zarejestrować niczego więcej…

To be continued…

Dodaj komentarz