Sylwester w Malolotja, czyli armagedon w Królestwie Suazi

Zaczynało się tak dobrze, sielsko i anielsko. Kilkunastokilometrowa trasa trekkingowa, wiodąca sporą pętlą poprzez trawiaste i delikatnie pofałdowane góry, układające się warstwowo jak płatki kwiatów, zachodzące na siebie i odsłaniające z każdym kolejnym wzniesieniem zupełnie nowe oblicze. Widok na wodospady, które raz szeroką kaskadą, raz znowu wąską strugą spadały kilkadziesiąt metrów w dół, w ukryte w cieniu źródełka. Ławeczka na szczycie, gdzie na koniec po prostu siedzieliśmy i wgapialiśmy się w przestrzeń, przestrzeń nieograniczoną żadnym industrialnym zgrzytem.


Wielu Sylwestra chce spędzić w górach, a chociaż Malolotja bardziej przypomina porośnięte soczystą zielenią Bieszczady niż ostre i pokryte śniegiem Tatry, to jednak nadal góry. A wieść gminna głosi, że butelka szampana (wina musującego) otwarta w górach smakuje lepiej. I szczęście domowi przynosi. Wieść gminna rozsyłana w liście od przyszłych alkoholików. Ale to Sylwester w końcu, w Sylwestra się nie liczy.
Siedzieliśmy więc na ławeczce, cieszyliśmy na wieczorną dawkę procentów w oddaleniu od cywilizacji, ruszaliśmy już dziarsko w stronę namiotu, już, już prawie zabierałam się za przygotowywanie obiadu, kiedy rozpętał się armagedon. Naprawdę. To działo się naprawdę, bo butelki jeszcze nie zdążyliśmy otworzyć.
Już jadąc widzieliśmy ciemne chmury wyłaniające się nad horyzontem, „ale będzie burza, ale będzie fajnie”. Tylko że szybko przyznałam sama przed sobą, że takiego kontrastu już dawno nie widziałam. Słodkie wzgórza, którym tylko owieczek i baranków brakowało do pocztówkowego kiczu, a tu nagle nad nimi ciemność, mrok, Mordor, aksamitny granat.

 Nagle z trzydziestopięciostopniowego upału zrobiło się kilkanaście, zdążyłam jeszcze sprzed samochodu usunąć przywleczoną przez wzmagający się wiatr ogromną gałąź – a potem rozpętało się piekło.
W jednej chwili lunął taki deszcz, że widoczność spadła do ledwo dwóch – trzech metrów, wiatr świszczał złowrogo i łamał gałęzie, wskoczyliśmy do samochodu z myślą „przeczekamy”, a minuty później zaczęło się bombardowanie.

Z nieba nadlatywała artyleria, pociski kalibru od delikatnych, wielkości grochu do brutalnych, przypominających piłki pingpongowe kul waliły ze wszystkich kierunków, odbijały się od ziemi i podskakiwały dalej, rykoszetem wzniecając chlusty błota i nie mogąc wyhamować swojej niszczycielskiej siły.
Nigdy w życiu nie widziałam takiego gradu.
Zamknięci w samochodzie, w metalowej puszce dostawaliśmy uderzeniami po masce, dachu, szybach bezlitosnymi lodowymi kamieniami. Zrobiło się biało, strugi deszczu w oka mgnieniu zamieniły piękne ścieżki pomiędzy miejscami campingowymi w rwące potoki, ściągające ze sobą łuski zmrożonych pocisków i znoszące je z nurtem w kierunku dolin.
Oniemiali patrzyliśmy na dzieło zniszczenia. Zabunkrowani za okopami nie odważyliśmy się wyjść na linię strzałów, które wgniatały maskę samochodu i groziły rozbiciem szyb. Bezsilnie słuchaliśmy przeraźliwych odgłosów tłuczenia o blachę, na naszych oczach tropik namiotu rozdzierał się w coraz to nowych miejscach, wpuszczając do środka strugi deszczu, które swobodnie i bez bariery mogły się przelewać przez siateczkowy dach.
Wewnątrz ładowarki, śpiwory, maty, buty.
Nie dało się wyjść. Nie dało się zrobić nic. Niosące nadzieję przerwy zastępowała kolejna fala kataklizmu, kolejna salwa ostrzału. Natura mieszała nas z błotem i pokazywała, na co naprawdę ją stać. Nie mieliśmy wyboru. Zostawiliśmy obozowisko na pastwę miażdżących sił i pojechaliśmy poprzez wartkie strumienie, które jeszcze kilka godzin wcześniej były wyłożoną betonowymi płytami drogą. Kilka płyt spłynęło wraz z nurtem w rowy, koła naszego ponownie nieterenowego samochodu pokonywały brody walcząc o cel.

Osłaniając się twardymi tabliczkami przebiegliśmy szaleńczo kilka metrów dzielących od recepcji. Recepcji, której budynek pokryty blachą falistą zwielokrotniał już i tak masakryczne dźwięki do progu bólu, fundując przypuszczalne uszkodzenie słuchu poziomem decybeli. Z dachu w kilku miejscach ciekła na podłogę woda, a wgnieciona i przerwana nie pozwalała wątpić w siłę uderzeń. Jakby ktoś metalowym młotkiem walił z całym impetem, jakby ktoś chciał zrobić krzywdę.
Trwało to ponad godzinę. Strugi deszczu, wiatr, grad, przewalające się nad głowami pioruny pozbawiły nas dachu nad głową.
Tropik zwisał, podarty w kilku miejscach, kiedy po wszystkim pojechaliśmy ogarnąć zniszczenia. Grad połamał zostawioną nieopatrznie łyżkę. Samochód przypominał powgniatany durszlak, albo cellulit na udach, zaburzający naturalną gładkość i wypolerowanie. I nic nie dało się zrobić.
W recepcji zlitowano się i pozwolono nam przenocować w jednym z drewnianych domków, dając czas na ogarnięcie i podreperowanie sprzętu.


Przez kilka godzin spłukuję z namiotu błoto, liście, igły i innych przedstawicieli ściółki, która wywiana bezlitośnie wdzierała się we wszystkie możliwe zakamarki. Nawet nieliczne żuczki, które jakimś cudem przetrwały zawieję, skończyły swój żywot nieopatrznie spływając do syfonu w wannie.
Rozpaliliśmy kominek, starając się wyszyć namoknięty ekwipunek, wnętrze domku zaczęło przypominać chaotyczny i zabrudzony interior townshipów, po których jeszcze nie tak dawno się włóczyliśmy. Jaki Sylwester, taki cały rok?

No to cóż, otwieramy szampana. Wino musujące, znaczy się.
O 22, nie czekając na fajerwerki, padamy ze zmęczenia.

A Wy, jak spędziliście Sylwestra?:)

6 komentarzy

  1. Takiej przygody wcześniej pewnie nie mieliście. Skończyło się szczęśliwie. Czuję, że będziecie mieli super wspomnienia. 🙂

    1. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam! I pewnie masz rację – po czasie, po wszystkim, najchętniej wspomina się te wydarzenia, które w drodze stwarzają najwięcej problemów…

  2. Zgadzam się z Czarkiem. Myślcie o porządnym dachu a nie szmatka-tropik …….

    1. Może kiedyś…

  3. He he… Tak sobie pomyślałem dom z cegły, drewniana konstrukcja dachu, deskowanie papa, dachówka to jest to. Wszystkiego dobrego w nowym roku.

    1. Widzisz, jak niewiele potrzeba, żeby docenić dom na co dzień?:) Wystarczy afrykańska zawierucha i gradowe bombardowanie. Trzymajcie się ciepło!

Dodaj komentarz