Stary człowiek i morze, czyli o połowie marlina

17°11.7’S   004°12.8’W, 112 nm do Wyspy św. Heleny

Z okazji zbliżającego się przybicia do portu, albo raczej przybicia do bojki czy rzucenia kotwicy (czyli cieszymy się nie na możliwość zatrzymania, ale zobaczenia w końcu lądu i zejścia na niechyboczące się podłoże) postanowiliśmy wyczyścić nieco nasza „Prywatną Wyspę”, fundując jej odkurzanie, wycieranie i spryskiwanie laminatów.
A było po czym czyścić.
Nie, nie narobiło na nas stado mew jak w Cape Town – rzadko kiedy widywaliśmy po drodze ptaki, raczej wyjątkowo i zawsze z zaskoczeniem, niż oczekiwaniem.
W końcu, po 10 dniach wystawiania wędek, udało się nam złapać rybę. Rybę to mało powiedziane. Rybsko. Największe rybsko, jakie w życiu złowione widziałam. Nie to, żebym widziała za dużo, ale jednak. W niczym nie przypominała flądry, dorsza czy halibuta. O nie.
Złapaliśmy na haczyk marlina. Brzmi znajomo, prawda?
Tak, to z tą rybą walczył przez stanowczo za dużo stron bohater książki „Stary człowiek i morze” Hemingwaya. Sam Hemingway prawdopodobnie też walczył nie raz – czytając trochę jego opowiadań i powieści mam wątpliwości co do wybujałości jego wyobraźni, a raczej jej braku. Większość dzieł wydaje się całkiem stabilnie oparta na faktach. Wręcz faktami naszpikowana.

Pomimo więc, że nasza ryba mierzyła prawie 2 metry długości i ważyła pewnie 45-50 kg, nadal wymiarami bardziej przypomina „dziecko”, niż dorosłego, dochodzącego czasem do tony osobnika. A i tak walczyła zawzięcie.
Kładłam się spać po swojej świtówce, kiedy dobiegły mnie podniecone głosy i terkot wędkowego mechanizmu.
„O, mamy coś!” – pomyślałam i wylazłam na zewnątrz. Ryba jednak krążyła gdzieś daleko, a taka falstartowa radość towarzyszyła nam już zbyt wiele razy, by wierzyć, że tym razem się uda, będzie inaczej, zwierzę nie zerwie się, albo nie wyślizgnie z nieporadnych rąk. Piotrek też podzielał entuzjazm:

– Idź spać, to pewnie potrwa jeszcze ze dwie godziny. Albo znowu ją stracimy.

Położyłam się znowu, ale tknęło mnie PRZECZUCIE. Przeczucie niezawodnych praw Murphy’ego, które w tym wypadku brzmiałyby mniej więcej: „Skoro właśnie zamierzasz iść spać, a wcześniej nigdy nie spałaś, kiedy traciliśmy zdobycz, tym razem na pewno przegapisz coś ważnego”. A ważnych wydarzeń przy żeglarskiej rutynie nie ma znowu aż tak wiele.

Daj spokój, olej to – mówił wewnętrzny, zmęczony głosik, ale po kilku minutach nerwowego przewracania się z boku na bok usłyszałam rosnące poruszenie – teraz na pokładzie byli już wszyscy oprócz mnie i najwyraźniej sposobili się do walki. Po chwili dobiegł z góry poruszony głos Piotrka:

– Jaka ona piękna, jaka piękna! – i nie, nie było to o mnie.

Wyłażę więc znowu i tym razem nie mam wątpliwości, że rybę złowimy. Raymond zapiera się nogami o burtę i wygina w swoim wzmacniającym stelażu, Ren czeka z hakiem, a Piotrek z przewieszonym przez ramię aparatem powtarza jak katarynka „Ale ona piękna!” z każdym wynurzeniem ostrych płetw. Bo jest piękna, w istocie. Ciemne łuski opalizują na granatowo, smukłe, wydłużone ciało napina do granic możliwości żyłkę, a wydłużona w ostry miecz górna warga przecina taflę wody i fal w kontrolowanej szamotaninie.

Nagle wszystko przyspiesza. Ren traci swój zwykły flegmatyzm i zaczyna wydawać dosadne polecenia, Piotrek wciska mi aparat i łapie za żyłkę, pomagając Raymondowi walczyć z marlinem, z tą jego walką na śmierć i życie, w której choć szanse są niewyrównane, to los jeszcze nieprzesądzony. Podciągają ją do burty i dopiero wtedy po raz pierwszy widzę ją w pełnej okazałości. Zapiera dech i trochę przeraża. Przeraża jeszcze bardziej, kiedy w jednym z mocnych podrygów wraz z pociągnięciem wbitego w nią haka ląduje na pokładzie, wywijając mieczem na wszystkie strony, centymetry od nóg chłopaków, plaszcząc ogonem i rozbryzgując wodę i krew po pokładzie szerokim rykoszetem. Ren nie wiadomo kiedy wali z całej siły korbą do kabestanu (chyba jedyne, co się do tego celu nadawało), ogłuszając tymczasowego przeciwnika. Wielki, dwumetrowy facet o posturze trolla kontra również prawie dwumetrowy, morski wojownik. W końcu jest po wszystkim – mam wrażenie, jakby czas na tę chwilę zwolnił, bo makabryczność, atawistyczność, a jednocześnie jakaś niewytłumaczalna nostalgia oglądanych wydarzeń wydłuża sekundy do minut. Pokład zbryzgany, ryba pokonana wisi podczepiona za ogon do knagi i wykrwawia się z powrotem do swojego domu – oceanu.

Stoimy z Piotrkiem w ciszy, podziwiając waleczność zwierzęcia, oddając jakiś dziwny hołd, nadal trochę zszokowani. Ray i Ren nie zastanawiają się długo, nie filozofują, nie analizują, tylko zabierają za filetowanie.

Tak, na kolację była ryba. Tak, zamroziliśmy tyle porcji jej mięsa, że starczy na tak zalecane przez dietetyków 3 razy w tygodniu do końca drogi na Karaiby.

I może nie było to wydarzenie o ilości przemyśleń i skomplikowanych dygresji równej hemingwayowskim opowieściom, jednak teraz nieco bardziej rozumiem motywację, inspiracją i zachwyt pisarza. No cóż, u nas na łódce też jest stary człowiek. I morze.

4 komentarzy

  1. Też mi trochę szkoda tej zachwycającej ryby…Ale wegetarianinem nie jestem.

    1. Nam też było – ale nie nasza decyzja…

  2. Piękny ten marlin…i trochę go szkoda. Cóż życie jest bezwzględne.
    Pozdrawiam.

    1. My nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich polowań, dla Australijczyków czy RPA-ńczyków było to zupełnie naturalne…

Dodaj komentarz