Środek świata, Quito, shopping w Otavalo i skok na granicę

Wpis o stolicy Ekwadoru i naszej przeprawie przez jakże-niebezpieczną-granicę leżał odłogiem i pleśniał już przez jakiś czas, więc chociaż klimat zmienił się diametralnie i zamiast dygotać z zimna, dla odmiany nie przestajemy się pocić w wilgotnym powietrzu Cartageny i kolumbijskich Karaibów, odrywam wzrok od Piotrka pochłaniającego nie-wiadomo-które-z-kolei kromki bułkochleba z guacamole, otwieram szufladki pamięci i wracam myślami tydzień wstecz.

Zwykle staraliśmy się nie przyjeżdżać do nowych miast po zmroku, szczególnie jeśli te miasta nosiły dumne miano stolicy. Szczególnie, jeśli te miasta szemrały mniej dumną famą kieszonkowców, rabunków i wszelkich nieprzyjemności, szczególnie dla nieobeznanych z dzielnicami gringosami. Starania staraniami, ale jeśli zmrok zapada o 18.30, czasem ciężko wbić się w oświecone godziny. Tak i tym razem, jak tradycja nakazuje, wylądowaliśmy w Quito wieczorem, na dworcu oddalonym spory kawałek drogi od centrum i naszego hostelu, ale dzielni i niezrażeni reputacją okolicy szybko ogarnęliśmy transport i już po chwili tłoczyliśmy się z plecakami i dziesiątkami Ekwadorczyków (patrzących na nas trochę jak na ufo, w końcu gringos jeżdżą w nocy taksówką) w trolejbusie nr 1, z którego po jakichś 20 minutach przesiedliśmy się do trolejbusa nr 2, z którego już rzut beretem był do pokoju i zrzucenia bagaży. Okazało się, że Quito w nocy nie takie straszne, jak je malują – przynajmniej transport publiczny jest świetnie zorganizowany. Tak, żeby nie musieć wysilać się na chodzenie nawet o kilkadziesiąt metrów. Nawet troszeczkę. Żeby tylko nie stracić cennych kalorii. Przy okazji trolejbusy (i metrobus, czyli coś jak pospieszny autobus), mają swoje osobne pasy, wyprzedzając momentami taksówki czy samochody osobowe.
Fama miasta jednak widocznie nie była do końca nieprawdziwa, bo gdy Piotrek wypuścił się w okolice hostelu upolować coś do jedzenia, Pani Z Ulicy zawróciła go z ostrzeżeniem, że tam niebezpiecznie, tam kradną.
Co jak co, wiele rzeczy możemy zlewać i brać na swój rozum, ale ostrzeżeń tego typu od mieszkańców akurat nie lekceważymy. Warto ich posłuchać, zanim zniknie nam portfel, telefon czy aparat fotograficzny.
Zwiedzanie stolicy chcieliśmy zacząć od razu z samego rana, ale pomimo że mieliśmy teoretycznie śniadanie w cenie noclegu to uświadomiono nam, że przecież jest niedziela, a w niedzielę nikt nie pracuje. Śniadania więc też nie będzie, bo nie ma komu zrobić. Towarzyszył tym stwierdzeniom wzrok „co się dziwisz?” i dość ciężkie do przebicia argumenty. Wzruszyliśmy więc ramionami i rozpoczęliśmy zwiedzanie od śniadanka, bo wbrew nieznoszącego sprzeciwu zakazu pracy w niedzielę, mnóstwo osób jednak pracowało, szczególnie na ulicach.
Słońce biło po oczach, kamienice już na pierwszy rzut oka wydawały się ładne i takie „w naszym guście”, postanowiliśmy więc zostawić sobie przyjemności „najładniejszej stolicy Ameryki Południowej” na później i pojechać najpierw do must see „Mitad del Mundo”, czyli Środka Świata, co do którego mieliśmy mieszane uczucia, ale jak must, to must.
Udało się dojechać również dwoma autobusami komunikacji miejskiej, nie mieliśmy natomiast tyle szczęścia co do czasu przejazdu, bo wlokły się niemiłosiernie i cała droga zajęła grubo ponad godzinę. Przy okazji jako dodatek siedzenia przy drzwiach mieliśmy lepkość dziesiątek oczu, które wpatrywały się w nas z zaciekawieniem, trochę jednak odrobinę za długo. Taką dłuższą odrobinę. Zupełnie nie tak, jak teoretycznie „wypada”, ukradkiem, szybko odwracając wzrok. Dlatego początkowo zmieszana, a potem już przyzwyczajona, tak samo pezpardonowo wgapiałam się we współpasażerów. I często powodowało to uśmiechy:) No i przynajmniej rozładowywało atmosferę.
Autobus wysadził nas pośrodku jakiejś miejscowości (czyżby to była Mitad del Mundo?), albo po prostu setnej poddzielnicy Quito, a miły pan wysiadający z nami od razu poinformował, że musimy wsiąść w jeszcze jeden, bo jesteśmy ‘LEJOS’ (daleko). Do latynoskiego ‘lejos’ jestem już jednak mocno przyzwyczajona, bo komunikacja miejska jest jego kwintesencją. Byle się nie nachodzić! Lejos bynajmniej nie było, kilometrowy czy dwukilometrowy spacer to nie są drakońskie odległości, podziękowaliśmy więc panu ładnie i podreptaliśmy na wprost, zwłaszcza że słynny pomnik majaczył już w oddali.
Na miejscu pożałowaliśmy oczywiście na pełny bilet (z wstępami do muzeów – od kilku osób słyszeliśmy już, że nie warto), kupując jedynie wejście do miasteczka, które wyrosło na potrzeby turystyki. Ale o czym w ogóle mowa? Co to Mitad w końcu znaczy?
Otóż, niedaleko Quito wystawiono pomnik nie tyle, żeby upamiętnić coś ważnego, a raczej…żeby zaznaczyć dość subtelną linię. Linię, która ni mniej, ni więcej, tylko pokrywa się z …równikiem! (Okej, według wskazań GPS nie do końca, ale widocznie w tamtym miejscu było wystarczająco dużo pola, żeby postawić kilkanaście budynków). Skakaliśmy więc z półkuli południowej na północną, robiąc zdjęcia praktycznie „puste” pomimo zatrzęsienia ludzi (kolejna dygresja: warto czasem spojrzeć za siebie i spojrzeć za pomnik; tu wszyscy idą po najmniejszej linii oporu i po wytyczonych ścieżkach, więc jak coś jest dalej albo tylko trochę trudniej dostępne – będzie prywatne) , pokręciliśmy po okolicznych sklepikach, zdążyłam prawie pokłócić się z panem ochroniarzem, kiedy okazało się, że wejście na górę pomnika zawierało się jednak w cenie droższego biletu, a potem nawet nie pozwolił mi zrobić zdjęcia z kilku schodków powyżej wejścia (bo nie i już). Zdjęcia w związku z tym nie będzie, możemy ściągnąć z internetu dla Zainteresowanych:)
Wracając już przez przypadek właściwie załapaliśmy się na pokazy tańców z różnych części Ekwadoru i to chyba była najlepsza część całego wypadu. Stroje znowu zachwycały kolorami, tańce obrazowały różne rytuały i etapy życia, a wiek tancerzy i tancerek tylko uświadamiał, że nie ma żadnych granic i tańczyć można zawsze. Porobiłam mnóstwo zdjęć, zalegających z tysiącami innych w kolejce do obrobienia, i uznaliśmy, że do środka świata przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy.
Po powrocie do centrum pozostało nam już jedynie spacerowanie po uliczkach, bo większość muzeów była już zamknięta, pochodziliśmy też do kilku kościołów, bijących po oczach zdobieniami i złotem. W ogóle rzucało się w oczy, że Quito roi się od świątyń i doczytałam potem, że nadal, pomimo upływu lat, stolica Ekwadoru reprezentuje to, co tradycyjne, katolickie, w polityce „z prawa”, a współzawodniczy z nią od lat bardziej nowoczesny Guayaquil, drugie największe miasto, w polityce raczej „z lewa”. W historii zdarzały się nawet przypadki, kiedy prezydenci kolejnych kadencji reprezentowali te dwa miasta – szkopuł tylko w tym, że skrócona kadencja jednego wiązała się z zamachem przygotowanym przez tego drugiego. Ani to katolickie, ani nowoczesne, ale cóż – co kraj, to obyczaj.
Kulminacją i szefową wszystkich kościołów zdecydowanie była Katedra (na placu której siedzieliśmy tak długo, że aż nas tam zamknęli i musieliśmy szukać pomocy u pani z zakrystii, która z niezadowoloną miną w końcu otworzyła kłódkę), przy portalach której widniał pomnik Jana Pawła II (o przepraszam, Juana Pablo Segundo), rzygacze obrazowały ekwadorskie zwierzęta (także te z Galapagos!), a obraz ostatniej wieczerzy został dopasowany na potrzeby ewangelizacji dawnej, rdzennej ludności, w związku z czym Jezus zjada cuy i humitas, a popija chichę. Co kraj, to obyczaj:).
Quito rzeczywiście nie na darmo jest wychwalane, bo faktycznie to najładniejsze wielkie miasto, jakie do tej pory widzieliśmy. I w końcu główny plac nie nazywa się Plaza De Armas, tylko Plaza Grande! Z plaz natomiast najbardziej przypadła nam do gustu Plaza de Santo Domingo, oczywiście z jednoimiennym kościołem.
Bardzo chciałam poczuć się w końcu jak na salonach i zwiedzić pałac prezydencki, ale co chwilę coś stawało na przeszkodzie. Pałac generalnie ma drzwi otwarte dla plebsu, ale nie każdego dnia o tej samej porze (jak okazało się, oczywiście, po fakcie), a przy okazji pełni też swoje państwowe funkcje, więc trzeba było trafić we właściwe miejsce, o właściwej porze. Normalnie otwarty jest od 9 rano, ale w dzień naszego zwiedzania wypadło, że akurat od 15, po czym po wyczekaniu swojego w kolejce do biletów powiedziano nam, że najwcześniejsze wejście wolne jest o 17.30. Jako że jeszcze tego samego dnia mieliśmy jechać do Otavalo, a straciliśmy pół dnia na kłótnie (taaak, to też uroki podróży), więc nie pozostało nic innego, jak machnąć ręką na Pałac (na otarcie łez udało się zobaczyć końcówkę zmiany warty, która ma miejsce codziennie o 11 i wygląda całkiem widowiskowo) i ruszać w drogę.
Otavalo to małe miasto 2 godziny drogi na północ od Quito, znane najbardziej ze swojego tradycyjnego, sobotniego targu (włącznie z handlem żywym inwentarzem, a właściwie handel wszystkim), na który szykowaliśmy się już dawno, rezygnując z podobnych atrakcji w Peru i Boliwii. Co prawda dniem naszego przyjazdu nie była sobota i opinie były podzielone, ja mogę napisać, że jeżeli ktoś lubi folklor i rękodzieło, a przy okazji pogadać sobie z miejscową ludnością i trochę się potargować – to warto:) Niedość, że miasto jest niewielkie i całkiem malowniczo położone niedaleko gór i jeziora (do którego niegdyś konkwistadorzy wrzucali mało malownicze ciała zamordowanych Inków), to jeszcze ceny na mercado są całkiem (a już szczególnie jak na Ekwador) zadowalające. Oczywiście trzeba się targować i można utargować sporo, dlatego też zrobiliśmy tam większość odwlekanych zakupów. Do tej pory nie kupowaliśmy właściwie niczego, czego byśmy wcześniej nie zgubili albo zepsuli i musieli zastąpić jako przedmiot niezbędny – perspektywa dokładania ciężaru na plecy na czas bliżej nieokreślony nie była zbyt kusząca, ale zbliżamy się powoli i nieuchronnie do dnia powrotu, więc powodów było aż nadto…
Z Otavalo chcieliśmy dostać się do ostatniego miasta ekwadorskiego przy granicy z Kolumbią, Tulcan i jak zwykle, transport znalazł się praktycznie sam, na obrzeżach miasta. Wyszliśmy na przystanek, który znajdował się jakieś 10 minut spacerem od naszego hostelu (oczywiście pani na recepcji przekonywała, żeby wziąć taksówkę, bo to bardzo „lejos”) i wkrótce zatrzymał się autobus, który odkrzyknął cośtam, że co prawda nie może się tu zatrzymywać (nadal nie wiem, dlaczego), ale że poczeka na nas kawałek dalej. Zarzuciliśmy więc jeszcze raz plecaki i szybkim krokiem ruszyliśmy w dół ulicy, ostatni odcinek już biegnąc, bo pan z autobusu jednak trochę poganiał, a pasażerów miał prawie komplet. No ale okej, jedziemy, do Tulcan dotarliśmy koło 17, co oznaczało przekroczenie owianej średnią sławą granicy za dnia. Oczywiście jak tylko wysiedliśmy z autobusu pod nosem czekały taksówki podwożące do granicy (żeby się nie nachodzić!), zagadał nas też Mauricio – kolumbijczyk chcący zrzucić się z nami na taksę. Dobrze mu z oczu patrzyło i jak się później okazało, towarzyszył nam aż w drodze do Cali, czekając aż podbijemy paszporty, przejdziemy przez most nad graniczną rzeką (dawniej granicę wyznaczały dwa domy, widoczne z mostu, ale w pewnym momencie wprowadzono bardziej zunifikowany wygląd przejść granicznych i domy martwieją), łapiąc z nami ponownie taksę do Ipiales (pierwszej, kolumbijskiej miejscowości na trasie) i doradzając, jakim autobusem najlepiej się poruszać, gdzie zjeść itd. W pewnym momencie tematy zeszły na głębsze terytoria polityki, religii i kultury, ale gadało się fajnie i czas mijał szybko. Aż za szybko, bo w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że nie starczy juz nam czasu (a raczej dnia) do zobaczenia słynnej katedry w Ipiales, bo zmierzchało a jednak katedra po ciemku to nie to samo co katedra w ciągu dnia, znowu więc trzeba było się zadowolić google images. Czas już na nas było, wskoczyliśmy więc do kolejnego autobusu (lepsze niż te ekwadorskie! Jeeest! Co prawda nie tak fajne, jak w Peru, ale i tak były niezłe) i względnie przespaliśmy noc.
Następny przystanek – Salento!

5 komentarzy

  1. Cześć,

    Jutro wybieram się do Quito z północy Ekwadoru, wyląduje na Terminalu Carcelen na północy. Czy moglibyście podpowiedzieć jak dostać się potem do centrum? okolice San Blas.

    Dzięki, Pozdrawiam, Janek

    1. Cześć,
      Nie wiem, czy moja odpowiedź jeszcze CI się przyda (chyba niestety trochę się spoźniłam), ale my żeby dostać się z San Blas na Carcelen (jechaliśmy z południa) użyliśmy metrobusa i autobusu komunikacji miejskiej (cały koszt nie przekroczył 2 dolarów). Niestety nie pamiętam dokładnie nr linii, ale miejscowi podpowiedzą:)
      Miłęgo zwiedzania Ekwadoru!
      Pozdrawiam:)

  2. Musze sie wam pochwalic w koncu zrzucilam – 5 kg. Przeszukałam chyba caly polski internet zeby znalezc cos na odchudzanie i znalazlam.
    Wygoglujcie sobie: xxally radzi jak szybko schudnac

  3. Piotr , brakuje mi Twoich relacji..

  4. Piękne, kolorowe miasto. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz