Sposób na żółwia

Żółwia fascynacja trwa nadal. Nie wiem, czym wytłumaczyć zainteresowanie gadzimi, łuskowymi głowami wysuwanymi z wiekowych skorup i płetwami unoszącymi zgrabnie ważące czasem kilkaset kilogramów ciało, ale moim marzeniem podczas tej podróży, było zobaczyć żółwie morskie w naturalnym środowisku. A już w ogóle szczytem marzeń było zobaczenie składania jaj. O czym nawet nie śmiałam marzyć, to małe żółwiki wykluwające się i rozpoczynające trudną i najeżoną niebezpieczeństwami drogę do oceanu.
Ascencion ma drugą największą populację gniazdujących samic zielonych żółwi morskich na całym Atlantyku, liczącą rocznie około 25 000 gniazd.


Głębokie czasem na metr doły rozkopywane przez samice zapełniają plaże, porozjeżdżane dodatkowo śladami zostawianymi przez tułów i płetwy niczym gąsienicami samochodów transportowych. Niesamowita, instynktowna pamięć sprowadza żółwice w to samo miejsce, z którego przed laty się wykluły – wracają na tę samą wyspę, na tę samą plażę, by tam skrupulatnie wykopać dół ze specjalną komnatą na 120-150 jaj, zasypywaną stopniowo piaskiem, by zapewnić dostęp tlenu i utrudnić znalezienie smakowitych i pożywnych zarodków przez patrolujące wybrzeże ptaki.
Zdziesiątkowana uprawami dla jaj i polowaniem na mięso w XIX wieku populacja podnosi się stopniowo do dawnej ilości, objęta ochroną wraz z szeregiem nakazów i zakazów. Przysługujące jeszcze w latach sześćdziesiątych żółwie burgery urozmaicające żołnierską dietę stały się przeszłością, a ilość gniazd na jednej z najsłynniejszych i najłatwiej dostępnych plaż – Long Beach – wzrosła od tego czasu dziesięciokrotnie.

Żółwie z Ascencion przebywają co 3-4 lata drogę morską podobną, jaką będziemy żeglować, tyle że w przeciwnym kierunku – opuszczają swoje podmorskie, trawiaste pastwiska wybrzeża Ameryki Południowej i ruszają w karkołomną, kilkutygodniową podróż, bez jedzenia i należytego odpoczynku, by na środku Atlantyku znaleźć towarzystwo do pary i złożyć jaja. Są w tej kwestii zresztą dość liberalne, bo samica najczęściej spotyka się z kilkoma samcami w krótkim okresie czasu – na tyle krótkim, że wykluwające się z jajek rodzeństwo, może mieć różnych ojców. Nikt się jednak o to nie kłóci, nikt nie bulwersuje – zmęczeniu trudnymi zadaniami rodzice nie troszczą się specjalnie o dojrzewające w piasku plaż potomstwo, dlatego szanse na to, że z jajka wykluje się żółw, który do tego dożyje wieku dorosłego są w najlepszym wypadku jak 1:1000. No cóż, opieka perinatalna nie jest widocznie wyznacznikiem żółwiego rozwoju ewolucyjnego.
Zmęczone samice po zapłodnieniu odpoczywają nawet do 30 dni, dryfując na głębokości ok . 10 metrów, gdzie osiągają metaboliczny stan zen, zmniejszając swoje potrzeby do minimum – jedyne, o co muszą się w tym czasie troszczyć, to wypływanie co godzinę na powierzchnię, by zaczerpnąć choć trochę powietrza.
Nie muszą nawet się zastanawiać, czy będzie chłopczyk, czy dziewczynka, czy malować piaskowy pokój na różowo, czy niebiesko! Płeć małych żółwików zależy od temperatury w gnieździe – powyżej 27°C rodzą się przeważnie samice, poniżej 25 – samce. Dlatego wulkaniczne plaże z ciemnym piaskiem produkują najczęściej żółwie kobiety, a jasne, białe, pocztówkowe piaski – żółwich panów.

Dzieciaki wykluwają się po ok. 6-8 tygodniach inkubacji, grupowo i jak na zawołanie, od razu przebierając szybko małymi płetwami w instynktownej wędrówce do wody.
Licząc na szczęście i walcząc od początku o przetrwanie, ścigają się w ucieczce przed drapieżnikami. Większości się nie udaje. Nieliczne powracają w rodzinne strony jako dorosłe osobniki. Niektóre, w stanie pomiędzy szczęściem w wodzie a nieszczęściem w dziobie lądują upuszczone przez gapowate ptaki w dziwnych i niespodziewanych miejscach.


Siedzieliśmy właśnie przy „turtle ponds” – stworzonych w czasach hodowli i polowania na żółwie przyportowych stawach, do których przenoszone były po złożeniu jaj samice, kiedy podszedł do nas pracownik centrum badawczego – drugiej, po wojskowych, najczęstszej grupie zawodowej na wyspie. Myśleliśmy, że chce zwyczajnie zagadać, mając okazję zobaczyć kogoś spoza 800 znajomych twarzy, ale wcięło nas totalnie, kiedy wręczył nam do potrzymania maleńkiego, jednodniowego żółwika. Biedak znaleziony został w wykopanym przez kładących kanalizację robotników rowie i przebierał bezradnie płetwami nie mogąc zrozumieć, czemu nie doprowadza go to do morza. Nawet Piotrek rozczulił się wielkością maleńkiego stworzonka, którego głowa była ledwie wielkości paznokcia – aż nie do pomyślenia, że w dorosłym życiu mogą osiągać do 300 kg wagi.
Zanieśliśmy go nad brzeg spokojniejszej wody, żeby nie został stłamszony przez chlustający pianą przybój i patrzyliśmy, jak w promieniach zachodzącego słońca pierwszy raz smakował słonej kąpieli. Chwilę po tym, stwierdzając, że chyba mu się nie podoba, zawrócił z powrotem w stronę plaży.
Nie wróżyliśmy mu świetlanej przyszłości – selekcja naturalna nie lubi walki z instynktami.

Ale kiedy zajrzeliśmy do stawów pół godziny później, po żółwiku nie było już śladu.
Mam nadzieję, że pływa sobie radośnie w lazurowej i przejrzystej wodzie, dorastając powoli by zacząć długą, oceaniczną wędrówkę.
My też musieliśmy żegnać się z Ascencion i kontynuować naszą – kolejne 1200 mil morskich do wybrzeża Brazylii.

2 komentarzy

  1. Polubiłam żółwie.!!

Dodaj komentarz