Spacer ulicami Marqueza i karaibskie wyspy

Pierwsze, co powitało nas w Cartagenie, to uderzenie gorąca. Nagle, po nocy w zamrożonej klimatyzacją puszce autobusu, dostaliśmy w twarz ponadtrzydziestostopniowym upałem i zatykającą wilgotnością. Albo oznaczało to przedwczesną menopauzę, albo…”Bienvenidos al Caribe”, jak to mnie kiedyś przywitano w podobnych warunkach w Meksyku:)
Po godzinnej, gorącej i podskakującej przejażdżce miejskim autobusem zostaliśmy wyrzuceni niby w centrum, ale trochę pośrodku niczego. Z jednej strony droga szybkiego ruchu, z drugiej morze, a z trzeciej majaczyły w oddali całkiem spore i staro wyglądające mury, z mnóstwem latawców powiewających ponad nimi. Po chwilowej konsternacji udaliśmy się w stronę murów, wychodząc z założenia, że „tam musi być jakaś cywilizacja”, a przynajmniej stare miasto i kawiarenka z wifi, w której moglibyśmy poszukać hostelu. O starówce w Cartagenie trochę się już nasłuchaliśmy, że to najpiękniejsze miasto Kolumbii, że architektura jest niesamowita, a klimat jakby wyjęty z książek Gabriela Garcii Marqueza. I jak tylko przekroczyliśmy bramy okazało się, że nie ma w tym ani trochę przesady.
Nasze zapocone i lekko wymięte całonocną podróżą pół osoby-pół plecaki przywitało dawne, kolonialne miasto, z kolorowymi elewacjami budynków, drewnianymi balkonami, ładnymi sklepami i mieszanką Kolumbijsko – Afro – turystyczną. Słowem, miało to wszystko, czego na darmo szukaliśmy w południowoamerykańskich, dawnych koloniach, a co nie byłoby nieotynkowanymi ścianami pokrytymi blachą falistą. W ogóle Kolumbia pod tym względem robiła o wiele lepsze wrażenie niż poprzednio odwiedzone kraje, ale Cartagena okazała się kwintesencją kolorowej, artystycznej architektury, niemal błyszczącej w palącym słońcu.
Chwilowo jednak nasze zachwyty musiały zostać ograniczone do bardziej przyziemnych potrzeb, znaleźliśmy więc chłodną, całkiem ładną kawiarnię z cafe frappe i zaczęliśmy polowanie na hostel. Normalnie od razu poszukiwalibyśmy metodą analogową od drzwi do drzwi, ale po pierwsze miasto jest dość mocno turystyczne, po drugie wypadało akurat jedno z niezliczonych świąt państwowych Kolumbii, co oznaczało długi weekend dla rodaków, a dla nas zmniejszoną ilość fajnych ofert noclegu, po trzecie po drodze nie widzieliśmy póki co niczego, co by na hostel wyglądało, a jedynie kilka zbyt-dużo-gwiazdkowych hoteli, które omijaliśmy szerokim łukiem. A przynajmniej na tyle szerokim, na ile pozwalały wąskie uliczki.
Po wstępnym ogarnięciu co i gdzie jest wolne, za ile (nie, nie było to najtańsze miejsce na naszej trasie, ale dla famy „Stu Lat Samotności” i „Miłości w Czasach Zarazy” warto), ruszyliśmy skonfrontować internet z rzeczywistością. Okazało się, że większość bardziej backpackerskich miejsc znajduje się niezupełnie w totalnie zabytkowej dzielnicy, ale jednej z graniczących ze starówką, Getsemani, dawniej będącej wyspą, teraz połączonej z Cartageną mostami. Tam hostele wyskakiwały jak grzyby po deszczu, kierując się więc do sprawdzonych wcześniej na booking.com, po drodze wstępowaliśmy do innych pytając o ceny i pokoje. Dość szybko udało się znaleźć całkiem fajne miejsce, Casa Eugenia, z wszechobecnymi wiatrakami, patio z hamakami i żebrzącymi kotami.
Cartagena nie bez kozery jest perełką Kolumbii. Nie dość, że to jedno z najstarszych miast (obok Santa Marta), do tego forteca obronna będąca jedną z pierwszych przystani na drodze przez Morze Karaibskie, to jeszcze stanowi mieszankę kultur odzwierciedlającą wszystkie etapy burzliwej historii. Po raz pierwszy zobaczyliśmy w niej taką ilość Afrokolumbijczyków, którzy dawniej skupiali się właśnie na wybrzeżach pacyficznym i karaibskim, a w tym momencie powoli migrują do większych miast. Zostali przywiezieni jako niewolnicy przez Hiszpanów w pierwszej połowie XVI wieku, mając zastępować powoli wymierającą, męczoną chorobami i pijaństwem rdzenną ludność. Historia ich jest niemal tak samo tragiczna jak Murzynów w Stanach Zjednoczonych, długo byli traktowani jak podkategoria ludzi, sprzedawani na targach, więzieni bez sądów i wykorzystywani. Podczas okresu kolonialnego zasiedlili tak naprawdę tereny obejmujące dzisiejszą Kolumbię, Wenezuelę, Panamę, Ekwador i Peru, do XIX wieku i deklaracji niepodległości przez te kraje nadaremnie walczący o swoje prawa. Nawet wyzwoliciel i local hero Simón Bolivar, początkowo obiecujący im wolność jako jeden z postulatów oprócz oczywiście zjednoczenia krajów dawnej Gran Colombii, jakoś nie zdołał wywiązać się z obietnic.
Teraz natomiast potomkowie dawnych niewolników stanowią spory procent ludności i przeniknęli do kultury na równi z potomkami Hiszpanów, rdzennych ludów czy Mestizos, wprowadzając sancocho, czyli tradycyjne jedzenie, marimbę do tradycyjnej muzyki i karaibski czar do latynoamerykańskiego rozgardiaszu.
Od razu przyciągały wzrok kolorowo ubrane Murzynki sprzedające owoce, idealnie współgrające z równie jaskrawymi placami i kolumnadami budynków. Ulicami jeździły bryczki, kobiety wachlowały się czym popadnie, sporo ludzi okupowało kawiarnie i restauracje – słowem, klimat idealnie wakacyjny i trochę egzotyczny.
Sama dzielnica Getsemani trochę się różniła, z jeszcze drobniejszymi uliczkami, lekko podupadłymi elewacjami dzielnie sztukowanymi pięknymi muralami, pustką w czasie sjesty i życiem rozkręcającym się wieczorem, kiedy aguardiente (narodowy alkohol, kolumbijski rum) lało się do spragnionych gardeł, muzyka przekraczała wszelkie, europejskie normy decybeli, a ludzie gromadzili się stadnie wokół telewizorów, kibicując żywiołowo Igrzyskom Olimpijskim.
Na jednym z głównych placów załapaliśmy się nawet na kolumbijski ślub, najpewniej oficera marynarki, bo przed wejściem czekał biało-umundurowany szpaler ze szpadami, para młoda przedefilowała pod nimi, po czym wsiedli do miętowego cadillaca (ooo jak mi się oczy zaświeciły), otworzyli szampana i przy oklaskach i ogólnym zadowoleniu wychylili po kieliszku pod kościołem i odjechali. Co ciekawe, podobnie jak w Hiszpanii, wesele nie zaczyna się od razu po ślubie, ale ze 2-3 godziny później, kiedy para młoda się przebiera albo w inny sposób przygotowuje, a goście pozostawieni są dość mocno sami sobie najczęściej udając się w tym czasie…na obiad, we własnym zakresie. Rozśmieszyła mnie grupa ubranych w smokingi gości wcinających wesoło empanadas i arepes z okolicznych budek, co trochę kontrastowało z powagą sytuacji, z jaką z reguły wiążą się polskie uroczystości. Co kraj, to obyczaj:)

Następnego dnia z samego rana udaliśmy się do portu, skąd o 9 rano miały odpływać łódki na okoliczne Islas del Rosario. Kilku Kolumbijczyków dobitnie podkreślało, że plaże w Cartagenie są takie sobie, za to te na Wyspach (Rosario i Playa Blanca na wyspie Baru) to czysta bajka, stereotypowo lazurowe morze i biały piaseczek.
Biały piaseczek marzył się nam już od mroźnych płaskowyżów Boliwii, długo się więc nie zastanawialiśmy, wykupiliśmy w biurze przy porcie one-way ticket za 35’000 pesos (znowu idąc trochę pod prąd, bo większość oferowała za 65’000 wycieczki jednodniowe, z postojem na jednej z wysp w Oceanarium i godzinnym przerwą na Playa Blanca, ale stwierdziliśmy, że wolimy wyspy przemierzyć trochę dokładniej, niż z łódkowego pokładu i zarezerwowaliśmy nocleg na Isla Grande, czyli głównej wyspie archipelagu, potrzebowaliśmy więc jedynie transportu) i po chwili (takiej latynoskiej chwili, czyli po jakiejś godzinie) ładowaliśmy się na łódkę. Nie były to niestety nasze ukochane jachty pod żaglami, ale płaskodenne mydelniczki skupione na tym, żeby pomieścić jak najwięcej ludzi i przepłynąć w jak najkrótszym czasie, co oznaczało godzinne odgniatanie tyłka i tłuczenie o fale, kiedy miało się poczucie, że jelita, żołądek i całe wnętrze co i rusz nabija sobie siniaki. Ale dotarliśmy i kiedy łódka zwolniła i wysadziła nas na pomoście w otoczeniu krystalicznie czystej wody, małych, pustych plaż i majaczących w tle malutkich wysepek poczuliśmy, że tego właśnie trochę w podróży do szczęścia brakowało. Co ciekawe, byliśmy jedynymi pasażerami wysiadającymi na wyspie, więc kiedy zostaliśmy pozostawieni sami sobie, mając nikłe pojęcie o tym, gdzie właściwie jesteśmy, a przed sobą widząc jedynie małą, wydeptaną ścieżkę prowadzącą wgłąb dżungli, skojarzenia z Robinsonem Cruzoe, Lost i Cast Away jakoś same się nasunęły. Nie mieliśmy jednak wyboru, ścieżka była jedyną drogą, a co wiedzieliśmy na pewno, to że nasz hostel raczej nie jest w tym miejscu. Miny nam trochę zrzedły, kiedy przechodzień uświadomił nam, że jest po przeciwnej stronie wyspy i nie wie, dlaczego wysadzono nas akurat tutaj, ale nie pozostawało nam nic innego, jak iść, obcierając stopy w japonkach (tak bardzo się wyletniliśmy, że nie spodziewaliśmy się trekkingów, skoro mieliśmy leżeć plackiem na plaży) i gubiąc się po drodze. W jedynej wiosce, którą mijaliśmy, zapytani o hostel Golden Frog ludzie rozkładali ręce, ale jak się później okazało, był to po prostu jeden z hosteli wchodzących w skład kompleksu Paraiso Secreto, do którego w końcu doprowadził nas mieszkaniec Oriki. Po godzinnym spacerze w spalonej słońcem dżungli, poprzecinanej gdzieniegdzie błotnistymi jeziorami i lasami namorzynowymi, nadeptując co i rusz na niezliczone jamki z póki co niewyjaśnioną zawartością, dotarliśmy na miejsce i zaczęliśmy zbierać szczęki z chodnika.
Paraiso Secreto naprawdę wyglądało jak paraiso, którego czasy świetności być może skończyły się kilkanaście lat temu, ale nadal robiło wrażenie. Każdy hostel był tak naprawdę osobnym domem z kilkoma pokojami, tarasem, hamakami, otoczony palmami kokosowymi, na których wisiały tabliczki ostrzegające przed spadającymi z góry kokosami, basenem, barem i małą, prywatną plażą. Słowem, takie backpackerskie all inclusive na dość zapomnianej wyspie. Wow.
Po załatwieniu formalności i krótkim know-how o wyspie ruszyliśmy w końcu na tak długo wyczekiwaną plażę, obierając za cel te na południowym zachodzie wyspy. Dróżka wiła się ponownie w gęstych zaroślach, aż nagle ni stąd ni zowąd wyrosły przed nami klatki kryjące rozwrzeszczane papugi, jastrzębie, sowy i mnóstwo innych, których nawet nie potrafię nazwać. Nie wspominając o tukanie, który radośnie trukał sobie na drzewie. Ot, takie mini zoo znienacka.
Przy klatkach polecono nam skręcić w prawo i w końcu przez palmy przebił lazur wody, piaseczek i małe zatoczki prawie pustych plaż. Plaże stawały się faktycznie puste po 15:00, kiedy ostatni turyści wracali łódkami do Cartageny, a zostawali jedynie ci nocujący na wyspie. Czyli w tamtym momencie my i para Włochów.
Dojście do plaży też było atrakcją samą w sobie, bo miało się wrażenie przechodzenia komuś przez ogródek, uważając na biegające świnie, psy, kury i dzieciaki. Cała wyspa zamieszkiwana jest właściwie tylko i wyłącznie przez czarną społeczność, dlatego gdyby ktoś zawiązał mi oczy i postawił pośrodku Oriki, miałabym wątpliwości, czy jestem w Kenii, Zambii, na Zanzibarze czy na Isla Grande. Tylko że tutaj mówili po hiszpańsku, to dawało pewien trop:).
Mieliśmy więc w końcu błogie lenistwo z pływaniem w zupowato-ciepłej wodzie, doładowywaniem zapasów witaminy D na kolejne miesiące, i cudownym nicnierobieniem.
W końcu głód trochę przycisnął, więc udaliśmy się do poleconej przez naszego hosta „restauracji” La Pola, a właściwie domu, w którym gotowała żona rybaka. Na marginesie, płynąc na wyspy warto się zaopatrzyć w trochę jedzenia i duuużo wody – jest jeden jedyny sklep w wiosce, większość noclegowni zapewnia jedzenie ale w cenach droższych restauracji. La Pola to właściwie jedyna, lokalna jadłodajnia.
Nietety nasze polskie zwyczaje nie idą w parze z latynoskimi porami posiłków, bo kiedy chcieliśmy zjeść obiad o 16 trafialiśmy zawsze na czas sjesty po lunchu, który oni spożywają około 13. A do kolacji (zazwyczaj około 20), jeszcze daleko. Nie udało się więc załapać na świeżą rybę, bo wszystkie zostały już zjedzone, wciągnęliśmy więc tradycyjnego kurczaka (w tak zwanym międzyczasie mogliśmy wybałuszać oczy na 3 ogromne barakudy przywiezione w tamtym momencie przez męża kucharki i oprawiane nad brzegiem morza) i integrowaliśmy się z dziećmi, które początkowo z dystansem patrzące z daleka, wkrótce psociły i zagadywały na całego. Mała, trzyletnia dziewczynka zawzięcie domagała się bujania w hamaku, a dziesięcioletni chłopiec, który początkowo zaczepiał mnie smyrając po plecach…pazurami kury, po uświadomieniu, że może nie jest to najmilszy sposób na rozpoczynanie znajomości, w końcu wkręcił się w fotografię. Biegaliśmy więc po działce, robiąc zdjęcia wszystkiemu, co się ruszało (najbardziej podobały się zdjęcia z fleszem, no bo błyskało) i dokumentując cały jego niewielki świat.
Zastanawiałam się początkowo, czy dzieciaki chodzą tam w ogóle do szkoły, ale okazało się, że owszem, jest podstawówka, którą następnego dnia w drodze na inną plażę po przeciwnej stronie wyspy, zlokalizowaliśmy. Rajski świat, a jednocześnie tak biedny, że aż niewyobrażalny.
W drodze powrotnej wyjaśniła się tajemnica jamek w ziemi (w Amazonii z reguły kryły się w takich tarantule), kiedy zauważyliśmy spore szczypce chowające się szybko na dźwięk kroków. No cóż, chodziliśmy po domostwach dziesiątków krabów, o wielkościach korelujących z rozmiarami jamek. Znowu wszystko żyło, liście szeleściły biegającymi jaszczurkami, ptaki trajkotały gdzieś w koronach drzew, a powietrze znowu stało się gęste od insektów. I komarów. Paraiso Secreto było Edenem nie tylko dla nas, liczne jeziorka i podmokły grunt wyspy wylęgały zastępy krwiopijców. No cóż, przywdziewaliśmy zbroję z repelentów i stawaliśmy do tej nierównej walki.
Następnego rana po porannym pluskaniu, około 12.30 miała przypłynąć po nas łódka powrotna, ale jak można się było spodziewać, czas nie dla wszystkich płynie tak samo, zdążyliśmy więc uciąć drzemkę w hamaku, rozpracować kokosa, który przy nas z hukiem łupnął o ziemię (a Piotrek poczuł zew męskości odcinając twardą skórę i wkręcając się do środka orzecha) i pogapić w morza dal, kiedy w końcu, jakieś półtorej godziny później, z hałasem zawitała łódka.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na Playa Blanca, tak wychwalanej przez Kolumbijczyków „najlepszej plaży”, ale jeśli przed jej zobaczeniem chciałam się wykłócać o dłuższy czas pobytu, to gdy zobaczyłam tłumy łódek, turystów, ręczników i budek z lodami, jakoś ochota mi przeszła. Nie pomogła krystalicznie czysta woda, kiedy trzeba było przepychać się przez smażone na plaży ciała – niektórzy z naszej łódki nawet nie zeszli na brzeg. Kiedy tuż obok świeciły pustkami równie piękne, tylko trochę bardziej dzikie plaże!
To kolejny latynoski paradoks, którego nie jestem w stanie zrozumieć – nigdy nie idą pod prąd, jeżeli wymaga to odrobiny własnego wysiłku. Jeżeli łódki wożą na Playa Blanca, bo to jest główna atrakcja, to wszyscy tam jeżdżą i kiszą się na przysłowiowej kupie, zostawiając puste wszystkie inne. Z tym samym spotkałam się w Meksyku, kiedy cały kraj mający do wyboru plaże pacyficzne, atlantyckie i karaibskie, walił tłumnie do Cancun, bo to przecież kurort i tam się jeździ. Eh.
Z powrotem w Cartagenie ambitnie chcieliśmy udać się do muzeum morskiego, ale zamknięto nam je przed nosem, nie pozostawało więc nic innego, jak włóczyć się ponownie uliczkami miasta i nacieszyć oko, zanim pomachamy łapką na pożegnanie. Kolejny cel – Santa Marta i Park Tayrona.

1 komentarz

  1. Wreszcie klimaty na miesiąc miodowy.
    Piękne…

Dodaj komentarz