Słów kilka o transporcie w Peru

W myśl, że nie ważny jest cel podróży, ale sama podróż, przemieszczanie się, wyjechanie z punktu A, ale nie dojechanie jeszcze do punkt B, co czyni człowieka zawieszonego gdzieś w nicości, gdzieś „pomiędzy” – transport może być przygodą samą w sobie. Szczególnie w Ameryce Południowej.
Jako że niedługo opuszczamy już Peru, a sporo czasu spędzamy we wszelkich środkach komunikacji, znalazłam inspirację w kolorycie autobusów, busów, busików, taksówek, tuk tuków, riksz, rowerów…a nie, rozpędziłam się trochę, rowerów tu nie ma. Nisza dla Polka Bikes!
W każdym razie możliwości transportu jest mnóstwo, zależy to tylko i wyłącznie od zasobności budżetu i odporności na niewygody, przy czym te dwa czynniki są z reguły odwrotnie proporcjonalne.
Mamy więc luksusowe busy, z rozkładanymi siedzeniami (różnice pomiędzy klasami economico, exclusivo, semi – cama i cama wiążą się przede wszystkim ze stopniem rozłożenia siedzeń; niektóre nawet do 180 stopni, co pozwala względnie się wyspać, jeżeli tylko droga nie biegnie przez wężowate, górskie serpentyny). Mamy busy lokalne, jeżdżące raczej na krótsze dystanse, którymi rzadko kiedy przemieszczają się turyści, za to można poobserwować pełen przekrój lokalnego folkloru. Trzeba się jednak nastawić, że autobus może nie wyjechać o ustalonej porze, bo na przykład, za mało osób kupiło bilety. Z tego samego powodu może się zatrzymywać na każdym skrzyżowaniu, podbierając dodatkowych pasażerów, panie sprzedające chleb, pieczone warzywa, słodycze, czy nawet kurczaki na ciepło (!), albo zwyczajnie zatrzymać się gdzieś przy rozwalającej się chałupie, bo kierowca ma tam znajomego, z którym dawno się nie widział. Po tym wszystkim w autobusie zaczynają podnosić się wzburzone głosy „Vamos!”, z których początkowo kierowca nic sobie nie robi, ale gdy spóźnienie dobija mniej więcej do 2 godzin, zaczyna się nagle spieszyć, prawie odjeżdżając z dworców zanim wsiądą do środka pasażerowie,tankując na włączonym silniku i nie robiąc żadnych, ale to żadnych przerw na toaletę (aha, kolejna różnica – w autobusach pierwszej klasy oczywiście kibelek zawsze jest, czasem nawet osobny dla kobiet i mężczyzn!, ale w klasie drugiej, trzeciej i setnej…no cóż).
Przez 4 godziny.
Czasem przez 6 godzin, bo trzeba doliczyć jeszcze te 2 godziny spóźnienia. Wniosek – zaburzenia węchu (w autobusach często pozostaje zapach tego wszystkiego, co wcześniej przynosiły miłe panie), żelazny pęcherz i tona cierpliwości to przystosowania ewolucyjne niezbędne do podróży „jak localesi”. Brzmi to niezbyt przyjemnie, podróż też do końca wygodna nie jest, ale za to znacznie tańsza, barwna, prawdziwa i szczerza. Oczywiście w momencie, kiedy godziny wloką się jak słynne flaki z olejem, jest się głodnym i chce się siku, a właściwie nie wiadomo, kiedy dojedziemy (albo CZY dojedziemy), tyłek boli od siedzenia a nogi wyginają się w potrójne kwiaty lotosu byle tylko jakoś zmienić ułożenie – marzy się raczej o jak najszybszym opuszczeniu pojazdu i ucieczce w wygodny i uporządkowany świat. Ale czy nie po to też się podróżuje? Żeby poznać to, co inne, a nie to, co znane i lubiane?

Pozostają jeszcze busiki i colectivo (czyli również busy, vany i tym podobne ustrojstwa) o różnym standardzie, stanie, wyeksploatowaniu i klimacie. Tutaj czasem kwestią kluczową staje się nie to, KIEDY dojedziemy, ale właśnie CZY dojedziemy.
Zdarzyło się nam w drodze powrotnej z Hidroelectriki do Cusco, że bus zatrzymał się niby na 20-minutową przerwę, która stała się jednak półtoragodzinną, podczas której kierowca wespół z innymi a to leżał pod busem, a to rozkręcał deskę rozdzielczą, a to grzebał w skrzyni biegów. Raz klął, raz wzywał pomoc, po chwili zaś zacierał ręce i brał się znowu do roboty. Oczywiście nie informował nikogo, o co właściwie chodzi – dopiero Piotrek uświadomił mi, że jechaliśmy przez całą drogę na pierwszym albo drugim biegu i ten oporny trzeci jakoś nie chciał wskoczyć. Pozostawało czekać. Jak nie jedzie, to nie jedzie i już.
W końcu rozległy się gromkie okrzyki zadowolenia, gratulacje i jakoś pojechaliśmy. Po godzinie stało się to samo, w związku z czym dotoczyliśmy się do Cusco prawie 3 godziny spóźnieni.
Dotoczyliśmy to w ogóle dość łagodne słowo. Raczej dopodskakiwaliśmy, dojęczeliśmy i dogłodnieliśmy do Cusco. Szacunku dla pasażerów w jeździe było tyle samo co dla worków kartofli, albo nawet mniej. O ile kierowca nie mógł wrzucić trójki, o tyle nie przeszkadzało mu to w nie zwalnianiu na dziurach, strumieniach przecinających drogę czy drogowych spowalniaczach. Piotrek pisał o uczuciu jak jazda na pace ciężarówki, ale w sumie to dość literackie porównanie, nie wiem, czy faktycznie na niej jechał. Mnie zdarzyło się za to kiedyś jechać w czymś, co normalnie służy do przewożenia koni i wrażenia są mniej więcej podobne. Tylko zamiast jedynie na boki, wrażenia są również w górę i w dół. Bolesne. Wrażenia odczuwa tyłek, kręgosłup, nawet mózg zdezorientowany takimi wstrząsami włącza neurony bólowe.
Do tego kręta droga plus ewentualna choroba lokomocyjna równa się dieta cud, z pięknym zwracaniem poprzednich posiłków. U nas na szczęście nikt nie zwracał, choroby lokomocyjnej też nie mamy, ale i tak było wesoło. To znaczy, wesoło jest teraz, kiedy o tym piszę, wtedy raczej było podskakująco. I boleśnie.
Dużo zależy od drogi, bo jednak co innego gładkie autostrady w stylu Panamericany, co innego górskie drogi szutrowe.
Wnioski z transportu są takie: po pierwsze, zawsze się dojedzie w wyznaczone miejsce. Jeśli nie oficjalnym środkiem, zawsze znajdzie się ktoś, kto za opłatą podwiezie nas, gdzie chcemy.
Po drugie – podróż to przemieszczanie się. Warto spróbować różnych sposobów, żeby mieć pełen obraz. I pełen odcisk, pamiątkę podróży. Sami domyślcie się, gdzie:)

3 komentarzy

  1. A widzieliście jakie rzeczy oprócz bagażu przewożą pasażerowie? Cuda w ilościach hurtowych;) . Pamiętamy te długie godziny:) czasem wspomaganie się otępiającym aviomarinem pomagało. Odczuwajcie zatem wszystkimi częściami i cieszcie sie, zawsze lepiej niż odgniatać tylek w pracy :). Czekam niecierpliwie na każdy wpis.

  2. A co na to wszystko korposzczur ? A może rynek dla Polka Bikes? Są góry, brak hamulców w rowerze, czyli jazda na całego …. !

  3. Czyli zwiedzacie Peru wszystkim częściami ciała i wszystkimi zmysłami.Wspaniale się czyta i wspomina gorzej być tu i teraz ale i tak zazdroszczę.M

Dodaj komentarz