Jak na własną rękę skolonizować księżyc?

Wycieczka, ze świeżym zaopatrzeniem, świeżą myślą i w końcu świeżymi, wypranymi rzeczami, miała ruszać z rana od razu na południe do Walvis Bay, sąsiedzkiego miastu, które jak pstryczek w nos Brytyjczyków w kierunku Niemców panoszy się i panuje nad Namibijskim wybrzeżem.
Ale plany lubią się zmieniać, wyczytałam z wieczora, że tu, o, w okolicy Swakopmund można szybko, łatwo i przyjemnie znaleźć się na księżycu. Opisują ten Moon landscape w przewodnikach, na pocztówkach umieszczają, grzech nie zobaczyć. Moon like, moonlight, moon-like-landscape. Księżyc w nocy razi pełnią, przygasza gwiazdy i dominuje noc. A tu można w ciągu dnia być jak Armstrong, chociaż przez chwilę!

Pojechaliśmy, zobaczyliśmy, zdobyliśmy.
Bezdroża jak okiem sięgnąć, nie licząc kamienistej szutrówki, którą przejechaliśmy trasę, patrząc momentami z niepokojem na coraz głębsze koleiny i drgający poniżej rezerwy wskaźnik paliwa. Minął nas zaledwie jeden samochód. A po horyzont mieniąca się odcieniami brązu, biszkopta i wielbłądziego beżu (najmodniejsze kolory każdej jesieni!), popękana i poharatana szczelinami dolina, dawniej dno nieistniejącej już dzisiaj rzeki.
Rzeka to wspomnienie, dolina to cmentarz, wyrastające na horyzoncie wzniesienia górują niczym pomnik. Wiatr smaga twarz i plącze włosy, wzbudza tańczące drobinki wszechobecnego piasku. Drobinki, które kontynuują swoja odwieczną wędrówkę, zapoczątkowaną kilkaset milionów lat temu na Pustyni Kalahari. Przywiane, naniesione, zadomowiły się na chwilę rozkładając leżaki wzdłuż całego namibijskiego wybrzeża, ale to tylko na chwilę, na przerwę. Utworzyły Pustynię Namib, ale chyba nie są zadowolone z efektów. Ciągle, razem z wiatrem, pracują, zmieniają się, przemieszczają. Niczym majestatycznie stary, rozsypujący się i scalający na nowo organizm.


Do tego, gdyby niebo i księżyc nie wystarczały, gdyby zbyt małą atrakcją były, wzdłuż drogi rosną welwiczje. Dziwne te rośliny, przez Darwina określane jako żywe skamieniałości, w ciągu kilkusetletniego życia wykształcają tylko dwa liście, których nigdy nie zrzucają. Liście rosną, nabierają masy, gromadzą wodę w pustynnym, niesprzyjającym klimacie. Z czasem starzeją się, pokrywają zmarszczkami, w końcu podłużnie pękają, tworząc taśmowate, pełzające zwoje przypominające wysuszone i spłaszczone macki zielonej ośmiornicy. Tylko patrzeć, jak za chwilę podeprą się o ziemie, welwiczja wstanie i powędruje gdzieś w świat, gdzieś w historię, gdzieś w czasy swoich narodzin.
Podobno w Polsce też mamy welwiczję. Wyhodowano ją w jakimś ogrodzie botanicznym w Poznaniu, choć to zupełny dzieciak w porównaniu ze swoimi namibijskimi przodkami. Ale co ja tam wiem. Botanikiem nie jestem, a internet słaby, więc na tym kończy się podparta wczorajszą lekturą Wikipedii wiedza.

Ale w ogóle, co to za głupoty, w takim ładnym mieście spędziliśmy ostatnie dwa dni, a ja o księżycu i roślinkach piszę.
Tylko że Swakopmund zawiewa taką europejskością, tak się wydaje dobrze znane i niezaskakujące, jak spacer po nadbałtyckiej Rugii po dwóch dniach rejsu ze Świnoujścia.
Gdyby kogoś z zamkniętymi oczami przenieść w to miejsce, wszedłby do knajpy, zamówił Apfelstrudel albo kufel browara i czuł się jak za naszą zachodnią granicą. Stosunek ilościowy czarnoskórych do białych też przypomina raczej europejskie stolice niż afrykańskie wybrzeże. Budynki mogą zmylić, wąskie uliczki z choinką na centralnym placyku czy poprzetykane drewnianymi pręgami hotele rodem z Tyrolu nie sugerują tropików.
Tylko ten piasek na obrzeżnych ulicach, zawiewany z pobliskiej pustyni jakoś tak nie pasuje. Nie pasują palmy i czyste niebo, nie pasuje świeża bryza i zapach oceanu unoszący się nad miastem. Nie pasują willowe dzielnice z kolorowymi, przypominającymi słoneczną Kalifornię domami, nie pasuje township z przeważającą, czarną ludnością.
Gdzie się podziały lepianki? Gdzie strzecha zamiast dachów, gdzie ukochana blacha falista, gdzie świnie z kurami i kozami, które pomieszane z dziećmi zapełniają podwórka?
Nie ma, nie będzie. Ordnung must sein.
Dlatego Swakopmund, pomimo przyjemnego odetchnięcia i poczucia swojskości, estetyki i czegoś dobrze znanego, wygląda trochę jak wklejona w starą gazetę pocztówka. Piękna i kolorowa, owszem, ale jak to pocztówka – również nieco podrasowana i ukrywająca pod warstwą kleju prawdziwą treść. Treść pożółkłej, wymiętej i starej jak historia gazety, z nagłówkiem zaakcentowanym wytłuszczonym drukiem: „KOLONIA”.

W Walvis Bay zwiedzamy domy.

Niby nic dziwnego, wchodziliśmy przecież do jednoizbowych chat, wkraczaliśmy z butami trekkingowymi w czyjeś prywatne, bose życie.
Ale tu jest inaczej.
I jako że samo miasto brzydkie jest jak noc, czy raczej jak zadymiony i spracowany dzień, a rytm życia wyznaczają kontenery ładowane i rozładowywane w ogromnym porcie, domy okazują się najładniejszym i najbardziej interesującym elementem, które Walvis ma do zaoferowania. To znaczy jest jeszcze oczywiście betonowy, zadbany deptak ciągnący się wzdłuż usianego pelikanami i flamingami wybrzeża, gdzie ilość ludzi biegających, ćwiczących, podskakujących i wyprowadzających psy przypomina Central Park w sobotni poranek, albo masowy trening Ewy Chodakowskiej, ale wiatr skutecznie uniemożliwia swobodny spacer, chyląc głowy, targając włosy i stwarzając opory, których pozazdrościć by mogła pruderyjna pensjonarka.
Zwiedzamy więc domy. Ogromne, z wielkimi oczami okien patrzących tęsknie ale pewnie w ocean, z trawnikami z rolki, z przeszklonymi salonami ujawniającymi skrawek wnętrza niczym migawka z reality show. Ciężkie meble, drewniane wykończenia, figury żyraf, nosorożców i oryksów na parapecie. Afrykański akcent w nowoczesnej bryle.

Niektóre stylizowane, z dachem krytym prawie-że-strzechą, przypominają pofalowane chatki Żwirka (i Muchomorka?), tylko podniesione do sześcianu.
Niektóre sześcianem będąc, rozbudowują flanki w wielościenne wieżyczki, zbrojąc się na nie wiadomo jaką wojnę.
Idziemy, zwiedzamy i wątpimy. Bo z jednej strony wysokie mury, płoty elektryczne pod napięciem, cały ten urok zamkniętego miasta, pilnie strzeżonej prywatności, a z drugiej takie amerykańskie dzielnice, z murkami sięgającymi najwyżej do kolan albo w ogóle wychodzących swobodnie na chodnik, bogactwo czy zwyczajna zamożność niepasująca do stereotypu Afryki zupełnie jak zauważony na jednym z tarasów naturalnej wielkości Mikołaj nie pasuje do klimatu tropikalnych Świąt.

Jak to więc jest z tym bezpieczeństwem?
Dlaczego samochód trzeba zostawiać zamknięty na cztery spusty, nic cennego na widoku, ba, nawet ubrania, jedzenia czy ręcznika na widoku, a najlepiej to nie zostawiać w ogóle, tylko jechać, jechać, aż do celu, nie wysiadać…a domy, którym w okna praktycznie można zaglądać i podpatrzeć rzeczy warte o wiele więcej niż brudne ciuchy czy odpowiedniki mielonki turystycznej wystawiają się na pokaz, zapraszają, zachęcają?
Nie wiem. Niezbadany to temat. Póki co niezrozumiały.

Ale odstawmy miasto na bok, a właściwie wyjedźmy na bok. Na wschód, na południe czy na południowy zachód – wszędzie pod Walvis Bay znajdziemy laguny, mokradła, solne zatoki. I ptaki, ptaszydła, ptaszory, przylatujące na te jedne z największych w Afryce Południowej żerowisk. Laguny mienią się kolorami niczym benzyna rozlana w kałuży, zarastają algami, odżywiają krewetki i niezliczone ryby, a te z kolei nadają kolor i treść posiłkom różnokolorowych flamingów.
Pelikany też tu żerują. Odwrotnie jednak do swoich bardziej smukłych i dystyngowanych kolegów, czatują tuż przy nabrzeżu, gdzie akurat świeżo złowione, kilkudziesięcio centymetrowe ryby pozbawiane są głów i wnętrzności, czyli potraw gourmet dla pojemnych dziobów wpatrzonych w nie ptaszysk. Dla każdego coś miłego. I brzuchy pełne, i nabrzeże zadbane.

Dodaj komentarz