RPA – przyjedź i grilluj

RPA to braai. RPA to grill, campingi i przerośnięte pick-upy.
Grill jest dosłownie wszędzie, w supermarketach lwią część półek zajmują gotowe zestawy do mięs i dodatki na ruszt. Sosy, warzywa, przyprawy – nic tylko przyjedź i grilluj.
Braai towarzyszy weekendom, wyjazdom wakacyjnym, urodzinom, świętom, oby nie pogrzebom. Traditional Christmas Braai, słyszymy w radio radosny głos spikera i wybuchamy śmiechem. No bo jak to, kto widział tradycyjnego grilla na Święta?
No w RPA widzieli. I my też już widzieliśmy.
Pozazdrościliśmy. Ugrillowaliśmy.

Święta zbiegają się z długimi, letnimi na tej półkuli wakacjami, camping przy Blyde River Canyon zawalony jest więc ludźmi. Osobliwy kontrast z pustkami Namibii, osobliwy kontrast z tłokiem w Mozambiku – wśród odpoczywających na campingu czarnoskórych praktycznie nie dostrzegamy. Resort cały na biało.
Pokryty grubą warstwą grubych białych.

I to nie jest taki dziado-biedny styl campingowy jak nasz, który jednak do tej pory wydawał się i tak całkiem profesjonalny. O nie. Tutaj na camping zabiera się pół domu. Albo jego turystyczne odpowiedniki. Ogromne terenówki nie wystarczają – paka najczęściej pozostaje pusta, bo może w razie potrzeby pomieścić dzieci, psa i dmuchany materac, na przykład wtedy, kiedy zawrotną odległość kilkuset metrów do basenu trzeba będzie pokonać, a przecież nie będziemy chodzić pieszo. Ogromne terenówki ciągną równie ogromne przyczepki, często przystosowane do jazdy terenowej, które w mgnieniu oka rozkładają niezliczone szuflady, boksy, namioty dachowe, niczym trójwymiarowe książeczki dla dzieci odkrywają nowe skrytki i zastosowania. Wkrótce samochód obudowany jest namiotowo-przyczepkową khaki-fortecą, z wyciągniętym stołem, krzesłami, szufladami, przenośną kuchnią, stojakiem na pranie… Ale to jeszcze nic, to jeszcze można zrozumieć. Co bardziej fancy wczasowicze podwieszają świąteczne światełka i tylko wspinającego się po ścianie namiotu Mikołaja brakuje, żeby wszystko wyglądało jak z najnowszej reklamy Coca-coli. Przy niektórych namiotach pojawiają się tlące się całą noc płomienie, których zastosowania nie jesteśmy pewni, albo praktyczne satelity, co do których zastosowania nie mamy najmniejszych wątpliwości. Szczególnie, kiedy idąc na wieczorny spacer widzimy całą rodzinę, wpatrzoną w ustawionego na stole laptopa, nadającego właśnie wydanie wiadomości.
Tak siedzą, grillują i przejeżdżają domem z miejsca na miejsce przez długie dnie.
A chociaż górski kanion zapewniał całą gamę możliwości aktywnego spędzania czasu, z rowerów, biegania czy basenu korzystały głównie nieliczne dzieci. Reszta zadowalała się krzesłowo – stołowym odgniataniem czterech liter, z chwilowymi ćwiczeniami kończyn górnych manewrujących przy ruszcie, żeby się grill nie przypalił.
Co niestety sprowadza się do kolejnej obserwacji, że nie tylko pick-upy są wśród białej populacji RPA przerośnięte. Ludzie też. Przerośnięte brzuchy, uda, ramiona…otyłość i styl życia bardziej pasujący do stereotypowego Amerykanina, niż Afrykańczyka.

A w Blyde River można tyle robić! Niezliczone piesze szlaki, które schodziliśmy praktycznie wszystkie, jako że najdłuższy, 6-ścio godzinny Hippo Trail nie był dostępny, po trochu i we fragmentach dreptaliśmy więc po nieco krótszych, ale za to licznych ścieżkach tworzących wędrówkowe labirynty. Powoli zarastające trawami i z powycieranymi oznaczeniami, bo o ile w przepastny teren campingu tropiku nie dało się wcisnąć, o tyle na górskich trasach żywej duszy nie spotkaliśmy. Prawdziwa dzikość przy sąsiednim luksusie.

No bo trzeba iść, trzeba się w tym celu ruszyć. A przecież jest gorąco.
Gorąco faktycznie było, przedburzowe powietrze wisiało ciężką zasłoną blokując oddech i wylewając na nas wiadra spoconej wody. Falowało nad kamieniami, wysuszało śluzówki, przegrzewało już i tak rozgrzane wchodzeniem pod górkę ciało. Wyciągało z kryjówek węże i jaszczurki, które spowalniały swój metabolizm dostosowując się do wymogów rozgrzanych do granic możliwości skał.

Dlatego jak na oazę patrzyliśmy na ukazujący się pod koniec jednego ze szlaków – Waterfall Trail – niewielki staw z wodospadem, wypełniony zimną, górską wodą. Już nie krystalicznie czystą, bo sporo osób z chwili ochłody korzystało, zostawiając na pamiątkę tłuste plamy z kremów do opalania wijące się przy brzegu, ale jednak nadal chłodną. Skorzystaliśmy i my, wymęczeni soczystym upałem.
Ze skały wznoszącej się kilka metrów powyżej lustra wody co chwilę skakali liczni śmiałkowie. Młodzi jacyś tacy. Nieletni wręcz. Naszą faworytką stała się na oko siedmioletnia dziewczynka, wahająca się na krawędzi dobrych kilkanaście minut, dopingowana zawzięcie przez taplającą się w dole rodzinę „Skacz, dasz radę, potrafisz!”.
Miałam dysonans poznawczy. U nas rodzice raczej by wleźli na skałę, ściągnęli dzieciaka, a w ciągnącej za rękę drodze do samochodu („już nigdzie dzisiaj nie wyjdziesz, szlaban!”) przedstawialiby litanię nieskończonych uszczerbków na zdrowiu fizycznym i psychicznym, jakie taki skok mógłby nierozważnemu człowiekowi zafundować. A tu jeszcze klaszczą, jeszcze dopingują!
Dziewczynka w końcu zdała sobie sprawę, że cała uwaga skupia się na niej i wahając się już tylko przez chwilę skoczyła. Kilka metrów w dół, prosto w ciemną otchłań stawu.
Po takim wyczynie nastoletni chłopcy nie mogli już okazać słabości. Skakał każdy.
Skoczył i Piotrek, no bo jak to, dzieciaki mogą, a on nie?

Mam wrażenie, że generalne przystosowanie do wymagającego i niebezpiecznego życia w RPA następuje dość szybko i bez zbędnych ceregieli.
Pierwszy raz zaszokowałam się jeszcze w Namibii, przeglądając u dentysty gazetkę poświęconą polowaniom. Tak, nie żartuję – ot, takie pisemko do poczytania na kibelku.
Dobór odpowiedniego kalibru do grubości skóry hipopotama, techniki polowania na kudu i zakładka rodzinna „moje pierwsze polowanie”. Radosna opowieść matki, której dziewięcioletnia córka upolowała właśnie swojego pierwszego „Bluebeesta”, przypominającą bawoła sporą antylopę, strzelając do niej z przystosowanego łuku.
Nasze dzieci układają puzzle, ewentualnie bawią się lalkami, dziewczynka z RPA wraz z rodzicami symulowała sceny polowań i zamiast rysować domek, wesołą rodzinkę i ptaki w kształcie pośladków, tworzyła na kartce sylwetki antylop z miejscami do najskuteczniejszych strzałów.
Co kraj, to obyczaj.

 

 

8 komentarzy

  1. Dzień dobry Marto i Piotrze:))) pozdrawiamy Was serdecznie i trzymamy kciuki za wasze nadchodzące przygody :)))
    Czytam i ogladam i oczywiście się zachwycam widokami.

    1. Bardzo dziekujemy! Po chwilowym braku lacznosci obiecujemy poprawe i wiecej relacji:)

  2. Trafiłaś w punkt z tymi różnicami w wychowaniu pierwsza myśl kiedy zobaczyłam zdjęcie Piotrka pomyślałam że może coś sobie skacząc w tę głębinę.Dzięki za zdjęcia miło Was zobaczyć.W Meksyku w Acapulko oglądałam takie skoki ze skał do Pacyfiku to byli atleci a bilety bardzo drogie,czyżby Piotrek dorabiał na dalszą część podróży…???????

    1. W sumie nie pomyslalam, ale tak mu sie spodobalo, ze skakal kilka razy:)
      Dziekuje za komentarz, pamiec no i czytanie relacji:) NIedlugo bedzie wiecej!

  3. Piotrek , jakby na niewidzialnym krzyżu zawieszony… podziw za determinację, takie skoki to koszmar, no chyba że się jest dzieckiem

    1. Ja się nie odważyłam:)

  4. Witam.
    Ładne widoczki.
    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Dziękuję! Również pozdrawiamy!

Dodaj komentarz