Przylądek Dobrej Nadziei

Piszę właśnie z przyszłości, zakrzywiając czasoprzestrzeń. W chaosie wyjazdu ze Stellenbosch i nerwowym oczekiwaniu kolejnego, jachtostopowego etapu podróży pominęłam zupełnie Przylądek Dobrej Nadziei, który, po Kapsztadzie, mógłby zająć cały osobny rozdział.
Choć wydaje się, jakby jedynym słusznym celem była wycieczka na Cape Point, to zaledwie jedna z możliwości i jedna z niezliczonych atrakcji.


Na Cape Point byliśmy, zdjęcie z tabliczką zrobiliśmy, ale na tym skończyła się ikoniczność miejsca. Przylądek Dobrej Nadziei uważany był za najdalej wysunięty na południe fragment Afryki zanim nie zorientowano się, że Igielny sięga jednak dalej.
Opisywany przez żeglarzy, owiany złą sławą zdradzieckich prądów, rozpędzających się wiatrów i uniemożliwiającej nawigację mgły jednocześnie przerażał i fascynował, wyznaczał pewien etap w niekończących się wyprawach z Europy do Indii.


Prądów może nie uświadczyliśmy, ale wiatry i mgłę już jak najbardziej. Mgłę zmieszaną z chmurami i pokrywającą przylądek tak gęstym całunem, że zastanawialiśmy się, czy jest sens w ogóle tam jechać. Z założenia widokowa trasa przedstawiała jednolitą szarość, wiatr wciskał włosy w oczy i wyjąc potępieńczo, w końcu jednak, licząc na meteorologiczny cud, zapłaciliśmy za wstęp na teren przylądkowego parku narodowego i pojechaliśmy.
Wejście na tarasy z lornetkami to mgła. Podejście na szczyt przylądka to mgła. Jakieś 2 metry od celu z mgły wyłania się słynna i ikoniczna latarnia morska, przechwalająca się byciem najwyżej położoną latarnią na świecie, ergo o największym zasięgu. Nie wspomina już drobnym druczkiem, że pokryta przez większość czasu…tak właśnie, MGŁĄ, zmniejsza swój zasięg do kilku metrów i oświetlić może zaledwie pokrywające ją wyskrobane wyznania miłości. Próbuje jeszcze zaklinać rzeczywistość i oszukiwać samą siebie, ale kiedy statki nadal błądzą, kluczą, a czasem rozbijają się o niegościnne skały, w końcu odwraca się obrażona i ustępuje miejsca nowszej – może nie tak wysoko położonej, może nie o takim zasięgu – ale przynajmniej widocznej.

Prośby nasze musiały w końcu zostać wysłuchane, bo w drodze powrotnej chmury, przetaczając się jeszcze kilkukrotnie ze strony wschodniej na zachodnią Przylądka, rozstępują się w końcu na chwilę i ukazują przepiękną, wijącą się zboczem górskim drogę, porozrzucane wzdłuż niej małe miasteczka, opustoszałe, lazurowe plaże i zazielenione trasy piesze. Przylądek to raj wielbicieli natury, a zmęczonym pielgrzymkami turystów wysypujących się przy Cape Point zapewni chwile błogiej samotności na mało uczęszczanych i zapierających oddech szlakach. O ile tylko mgła pozwoli.

Przylądek to też miasteczka, niektóre tak zabytkowe, że wiele dzielnic ogromnego Kapsztadu może się przy nich schować. A że generalnie wolimy zdrobnienia od rozbudowanych metropolii, wkrótce parkowaliśmy w Kalkie Bay, na krótki postój i spacer.
Założone jako wioska rybacka nadal rybołówstwem głównie się trudni. Uroczy porcik wypełniony jest bujającymi się na cumach, kolorowymi łodziami, nabrzeże zawalone linami i klatkami na kraby, a w pobliskim „Kalkie’s” można dostać najlepsze na świecie fish&chips. Nie tylko ludzie jednak rybołówstwem się trudnią. Mewy i kormorany nie pozostają dłużne, ze skrzekiem zataczając koła nad głowami przechodniów w nadziei wypatrzenia darmowego obiadu, na pamiątkę zostawiając przetrawione ryby w postaci białych, spływających z murków śladów. W zatoce płetwy wygrzewają wydawałoby się leniwe lwy morskie, które jednak, gdy zajdzie potrzeba, a głód przyciśnie, są w stanie wskoczyć na łódź, otworzyć zostawione nieopatrznie chłodzące się rybie truchła i metodycznie pozbawiać je korpusów, zaścielając pokład zdekapitowanymi szczątkami. Nie spoczną, dopóki się nie najedzą, a że ważyć mogą spokojnie kilkaset kilogramów, to i ryb potrzebują dużo. Obędą się natomiast bez frytek.

Do wielu z przylądkowych, małych i uroczych miejscowości dojeżdża podmiejski pociąg. Szumiąc na zabytkowych torach, gdzieniegdzie totalnie zasypanych piaskiem wywiewanych z plaż, sunie wzdłuż brzegu oceanu, zatrzymując się czasami tak blisko, że można właściwie wysiąść z niego z ręcznikiem w dłoni i klapnąć na popołudniowy piknik kilkanaście metrów od budynku stacji. Niektóre zresztą przerobione zostały na nowoczesne restauracje i kawiarnie – no bo jak to, marnować widok na ocean stacją kolejową?
Nawet jeśli część z nich zdobiona jest holenderskimi ornamentami, zawsze lepiej podziwiać je zza restauracyjnego stołu niż dworcowej ławki.

Tuż za granicami Kalkie Bay przyciąga słynną plażą, James Beach. Plaża na dzień dobry wprowadza nieco zamieszania, bo widnieje na niemalże każdej pocztówce z Kapsztadu, będąc położoną tak naprawdę poza miastem. Zresztą, nie o samą plażę chodzi, a o kolorowe, drewniane przebieralnie zdobiące intensywnymi barwami jednolite żółto – błękitne tło.
Wyglądają tak urokliwie, jak ich odpowiedniki ze Stanów czy Australii, przyciągając turystów i fotografów. Ci ostatni jednak nie będą zachwyceni obecnością tych pierwszych. Większość pocztówkowych ujęć James Beach pochodzi bowiem z wczesnego poranka, kiedy wschodzące słońce zapewnia już odpowiednie światło, ale nie ogrzewa jeszcze dostatecznie, by smażyć się w nim mogły dziesiątki ciał.

Miasteczek jak Kalkie Bay jest na przylądku całkiem sporo. Ciągnące się wzdłuż głównych, nadbrzeżnych ulic zabytkowe budynki zachęcają podcieniami do ucieczki od prażącego słońca, wiatr niesie świeżą bryzę i osadza się na murach niezliczonych kawiarni, galerii czy sklepów z antykami. Pachną smażone wafle i naleśniki, przyciągają wywodzące się z holenderskiej tradycji piekarnie. Takim miasteczkiem jest na przykład Simon’s Town.
Simona co prawda w nim nie spotkaliśmy, ale za to kilka kilometrów poza granicami mieliśmy okazję przyjrzeć się z bliska całkiem pokaźnej sforze elegantów w garniturach.
Nie, nie podczas korporacyjnej konferencji.


To tam mieści się słynna na całą Afrykę, największa kolonia rodzimych pingwinów.
Pingwiny w Afryce? Ktoś chyba upadł na głowę! Pingwiny przecież lubią zimno, bytują na Antarktydzie, nie na gorącym kontynencie! No cóż, to tylko połowiczna prawda. Na biegunie południowym owszem, występują, ale głównie pingwiny królewskie, te najbardziej ikoniczne, wysokie na metr-półtora, z żółtymi piórami na głowie. Ich afrykańscy kuzyni są nieco karłowaci, nadal jednak więksi od południowoamerykańskich.
I zdecydowanie lubią ciepło.


Obserwowaliśmy je prawie dwie godziny, jak wystawiały do słońca głowy, przymykając z rozmarzeniem oczy, podczas gdy rozstawionymi szeroko górnymi płetwami starały się zachować równowagę w silnym i bijącym piaskiem po twarzach wietrze. Boudler’s Beach wprost roi się od pingwinów, tworzących kilkutysięczną kolonię. Nic sobie nie robią z wgapiających się w nich turystów obserwujących z drewnianych pomostów – skaczą do wody, polują unoszone przez fale, w końcu wychodzą na brzeg, pozornie niezdarnie kiwając się na boki i prezentując nakrapiany brzuch. Niektóre dorosłe, wyniosłe i dystyngowane, inne jeszcze nieopierzone, zrzucające puchate, brązowawe pierze na korzyść dojrzałych i dopasowanych garniturów.

4 komentarzy

  1. Fajny ten pingwinek chyba w trakcie zmiany upierzenia-wtedy są takie “grube”. 🙂
    A droga na Przylądek bardzo malownicza, o ile pamiętam jedzie się tylko w jednym kierunku. Kojarzy mi się z piosenkami Rodriguez, które wtedy puszczano.. Aż sobie film Sugar Man obejrzałam, polecam

    1. Pingwinek faktycznie akurat zmieniał ubranie, trochę się napuszył:)
      Drogą można zrobić pętlę, my akurat musieliśmy wracać tę samą trasą…

  2. Witam .
    Dawniej Przylądek Burz. Podobno często biją pioruny. Miejsce piękne po opadnięciu mgieł.
    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Chyba musimy pojechać tam jeszcze raz, bo faktycznie po opadnięciu mgły widoki były przepiękne!
      Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz