Przeciętne Huaraz w nieprzeciętnym otoczeniu

 – chwilowy postój w sercu Andyjskiej Cordilliera Blanca

To jeden z kilku postojów, o których niekoniecznie pisze się w superlatywach, ale które są niezbędne, żeby po prostu chociaż na chwilę się zatrzymać, odespać kilka nocy w autobusach, odkurzyć, przeprać i zaczerpnąć świeżego (no dobra, częściej wypełnionego spalinami i wibrującego klaksonami) powietrza gdzieś w naszych „stacjach wypadowych”.
Nie jest wielką tajemnicą, że za miastami nie przepadami, szczególnie tymi dużymi. Do Huaraz jechałam z przeświadczeniem, że musi to być ładne miasto, w końcu jest położone w całkiem urokliwej dolinie, otoczone białymi szczytami 5-cio i 6-cio tysięczników.
Nic bardziej mylnego.
Miasto rozlewa się na spory teren, przykrywając horyzont nieotynkowanymi budynkami jakby ciągle w budowie, dachami z blachy falistej i wszechobecnymi kłębowiskami kabli. Należy dodać do tego szwadrony tuk-tuków, taksówek, colectivos, samochodów i autobusów, biorąc pod uwagę, że każdy z nich trąbi z częstotliwością mniej więcej 2-3 klaksony na minutę (to nasza największa chyba zagwostka wyjazdu; rozumiemy taksówki, które trąbią, bo są wolne i chcą złapać z ulicy klientów; tak samo działają tuk tuki; jestem w stanie zrozumieć samochody, które trąbią, bo skręcają, albo po prostu w ten sposób ostrzegają, że w ogóle jadą; ale większość pojazdów trąbi ot tak, dla przyjemności, rozrywki, w myśl wszechobecnej tu zasady, że im głośniej, tym lepiej; a nas czasem doprowadza to do białej gorączki i wypędza z miast najszybciej, jak się da) i mamy barwny obraz, chociaż niepełny.
Brakuje w nim jeszcze drobinek kurzu z dróg, wirujących w powietrzu i wciskających się do oczu, uszu, przenikających przez ubranie. No i zapachy, to w ogóle osobna historia. Ilość emitowanego tutaj CO2 na pewno nie spełniłaby nawet najbardziej łagodnych, unijnych standardów, a stopień zanieczyszczenia powietrza w Europie pewnie doradzałby ludziom pozostanie w domach. Tutaj natomiast nikt się tym nie przejmuje, powietrze pachnie więc mieszaniną spalin, dymu, psich kup i gnijących w rzece śmieci. A to wszystko dosłownie kilkadziesiąt kilometrów od jednego z najsłynniejszych na świecie parków narodowych – Huascaran.
Takie to miejsce „wybraliśmy sobie” na chwilowy przystanek przed trekkingiem w Kordylierze Białej. Miał być jednodniowy, przeciągnął się do dwóch dni, z kilku powodów.

Przede wszystkim, tuż po przyjechaniu i przedreptaniu kilku kilometrów do naszego hotelu (który jest na obrzeżach miasta, ale dzięki temu omija go hałas, a wystrój też ma, o dziwo, całkiem przyjemny – polecamy, „La Casa de Maruja B&B”), padłam na łóżko nieżywa i zmartwychwstałam dopiero około 13:00. Żwawo po tym ruszyliśmy na podbój metropolii i wyszukiwanie możliwości wycieczki w góry, spotkaliśmy się jednak z pewnym rozczarowaniem – większość agencji, których oczywiście jest mnóstwo, albo w ogóle nie miała (jeszcze) grup na trekking Santa Cruz, albo, wprost przeciwnie, były przepełnione; albo były za drogie, albo podejrzanie tanie. Żadnych półśrodków, znowu!
Szwędaliśmy się więc prawie półtora dnia w poszukiwaniu najlepszej opcji, rozmawiając też z naszym hostem, który sam jest licencjonowanym przewodnikiem, z wieloma innymi osobami, zasięgając przysłowiowego języka, aż w końcu dobiliśmy dzisiaj targu, po naciąganiu na niższą cenę jednej z tych droższych firm (Eco Ice Peru), błagalnie wyjaśniając, że to w końcu nasza podróż poślubna i czy może nie chcieliby podarować nam zniżki. O dziwo, zgodzili się, prosząc tylko o dyskrecję wśród pozostałych uczestników;)
Piotrek się cieszy – tak jak moim największym marzeniem w Peru była dżungla, tak dla niego trekking Santa Cruz. Ja jestem trochę bardziej sceptycznie nastawiona – widoki na pewno będą nieziemskie, ale po podejściu w Kanionie Colca i jeszcze żywym wspomnieniu wewnętrznej walki, jaką ze sobą musiałam toczyć, jestem trochę zaniepokojona. Nie chodzi nawet o same różnice wysokości – w Kanionie zrobiliśmy w 3 godziny ekwiwalent różnicy wysokości 4-dniowej wyprawy, ale wszystko jednak odbywa się powyżej 3500 m n.p.m, a dla organizmu nie jest to już obojętne.
Ale nie sieję fermentu, co ma być, to będzie i pewnie już za kilka dni będziemy piali peany na temat gór;)

Samo Huaraz przytrzymało nas z jeszcze jednego powodu. Dzisiaj – 28.07 jest Dzień Niepodległości Peru. Flagi obwieszają ratusze już od dobrych kilku tygodni, ale świąteczną atmosferę wyczuwa się głównie poprzez wzmożony ruch na lokalnych targach (jak u nas przed zamknięciem supermarketów), szkielety sceny rozkładanej też od dobrych kilku dni, ale przede wszystkim zmianę w codziennych strojach, szczególnie u kobiet. Jestem notorycznie zafascynowana mnogością rodzajów ubrań, które noszą kobiety na co dzień – w każdym regionie, ba, w każdej miejscowości unikalne, często ręcznie zdobione, przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Tutaj królują kwieciste spódnice, kolorowe legginsy i trzewiki (!), na górę jasne bluzki i kolorowe sweterki, dwa dłuugie, czarne warkocze przyozdobione często rzędami spinek i całkiem wysokie kapelusze, znowu bardzo odróżniające się od tych, które widzieliśmy w Cusco, Puno czy Arequipie.
Siedzieliśmy więc na schodach parków, targów czy zabrudzonych krawężnikach, starając się wtopić w tłum (ha. Ha. Komentarze „ooo, gringo!” nie pomagały…) i upolować kilka pamiątkowych twarzy i strojów.
Udało się nam też porozmawiać z Peruwiańczykiem sprzedającym ręcznie robione bransoletki (zwrócił uwagę po pierwsze dlatego, że nie była to babcia w kolorowym stroju, jakie zazwyczaj handlują „artesanias”, po drugie wyglądał na studenta, po trzecie robiłam kiedyś bardzo podobne bransoletki, więc postanowiłam zagadać „po fachu”), który opowiedział nam więcej o symbolice tradycyjnych plemion i narodowych znaków Peru kryjących się za jego pracami, niż niejeden przewodnik. Trochę brakuje mi dłuższych rozmów innych niż „jak dojadę…?” albo „ile to kosztuje?”, ale cóż, odnoszę wrażenie, że Peruwiańczycy nie są aż tak serdeczni i otwarci, jak Meksykanie.

Wrażeń i kolorów jest za dużo, żeby wszystko zapamiętać, zdjęcia, chociaż nigdy nie oddadzą wiernie rzeczywistości, choć trochę wspomagają zawodną pamięć.

Dodaj komentarz