Pożegnanie z Francją

Czyli krótka etiuda o tym, jak w dwie godziny zwiedzić Paryż, być świadkiem wypadku, odpocząć w parku i wmieszać się w tłum turystów, ignorując przez cały czas bolące plecy.

W Paryżu mam tylko kilka godzin na spacer, przetransportowanie się do autobusu wiozącego na lotnisko, zwiedzanie i zdążenie na samolot.
Jak zwykle chcę zrobić wszystko.

Oczy kleją się z niewyspania, bo noc, z budzikiem nastawionym na 5:00 i tak była przerywana nerwówką i sprawdzaniem zegarka mniej więcej co godzinę. No bo jak nie zadzwoni? Jak Profesor się nie obudzi? Jak nie zdążę? Nie wrócę!
Paranoiczne objawy wzmacniane jeszcze przez mrok głębokiej nocy i jasno świecącego księżyca, otoczonego dość złowieszczą, migoczącą aureolą.
Po prawie trzech i pół godziny drogi z Limoges do Paryża wysiadam z pociągu. Czas rozpocząć maraton.

Plecak zaczyna ciążyć mniej więcej po minucie. Ciąży również podręczna torebka, może nawet bardziej, bo niesymetrycznie. Przekładam ją z jednej ręki w drugą, żeby było wygodniej. Nie jest. Nadal boli niesymetrycznie. Zakładam ją na ramię. Trochę lepiej. Zaczyna przeszkadzać dopiero po pięciu minutach. Jest sukces.

Mój organizm woła kawy, nie dostał swojej codziennej porcji kofeiny. Kawa na Gare d’Austerlitz kosztuje 4,50 euro. Rezygnuję. Obiecuję sobie, że wypiję w jakiejś ładnej, paryskiej kawiarence. Mała, hipotetyczna nagroda motywuje do porannego spaceru.
Dwadzieścia kilogramów na plecach. Pewnie kolejne dziesięć w torebce.

Mimowolnie myślę, że niektóre kobiety potrafią tyle przytyć w ciąży. Ała, moje plecy. Ała, moje stawy.

Tym razem nie popełniam błędu strategicznego sprzed miesiąca i na czas drogi pozbywam się botków na rzecz wygodniejszych adidasów.

Mija mnie pierwsza, biegnąca osoba. Nie, nigdzie się nie spieszy. Ćwiczy.
Przypominam, jest dzień wolny, 9:30 rano. Paryż zaczyna powoli budzić się do życia, ocieplony delikatnymi promieniami słońca, nadającym blasku pożółkłym, zdobiącym drzewa barwom jesieni.
Mija mnie kolejna biegnąca osoba.

Idę.

Plecak ciąży coraz bardziej.
W duchu przeklinam pomysł spaceru.

Idę dalej. Wzdłuż Sekwany powoli zaczynają otwierać swoje nadbrzeżne butiki sprzedawcy antykwarialnych książek, plakatów, pocztówek. Żadnego azjatyckiego badziewia. Quality made in France.

Ktoś znowu biegnie, tym razem z psem na smyczy.
Bolą plecy. Zaczynam szukać ławki. Nie muszę chyba wspominać, że o tej porze wszystkie kawiarenki są pozamykane? Póki co nici z kofeinowej nagrody.

Od czasu do czasu robię zdjęcia. Wtedy przynajmniej zapominam o bolących plecach.
Znowu ktoś biegnie.
Zza drzew wyłania się Notre Dame. Przestaję przeklinać pomysł porannego spaceru.

Idę dalej. Stopniowo zaczynają otwierać się kawiarenki. Jakoś jednak nie pasuję do nich z tym moim ogromnym plecakiem. Zupełnie niestylowym. Znowu więc rezygnuję z kawy.

Ruch na ulicach się wzmaga.

Zabieram się do kolejnego zdjęcia, kiedy słyszę głuchy huk, a potem trzask blachy. Pierwsza, paranoiczna myśl: „O Boże, zamach!”. Ale nie.
10 metrów ode mnie, na prostej drodze, piękny mini cooper wjechał z trzaskiem w zaparkowane na poboczu samochody.
Wybuchły poduszki, spod maski się dymi. Chwytam za telefon. Numer na pogotowie? Ale drzwi kierowcy się otwierają, wytacza się młody chłopak. Trochę kaszle, trochę zgięty, ale idzie. Znaczy wydolny krążeniowo i oddechowo. Wyraźnie w szoku. Podchodzę. Pytam, czy wszystko w porządku. Macha ręką. Chyba do niego nie dociera. Ktoś dzwoni po pogotowie.
Ludzie się gapią. Chłopak się gapi. Na ten swój samochód, taki piękny, a taki teraz splaszczony. I dymiący. Pojawia się właściciel jednego z zaparkowanych pojazdów. Zaczyna ogarniać sytuację. To nie jest dla nich najmilszy poranek. Upewniając się, że jakoś sobie poradzą, oddalam się w miarę spokojnie, zerkając jeszcze przez ramię.
Odprowadzają mnie wyjące alarmy i coraz bardziej podniesione głosy.

Plecy nadal bolą.
Robi się coraz cieplej, przy dodatkowych kilogramach zaczynam pozbywać się najpierw szalika, potem kurtki.
Przestaję liczyć osoby, które wybrały się na poranny jogging.
Tak naprawdę nawet nie zaczęłam. Ale liczba jest imponująca. Biegają, ćwiczą, wzdłuż rzeki, na chodnikach, w parkowych siłowniach. Aż sama myślę, że może czas wrócić do biegania. Jeden spacer, a taka zbiorowa motywacja.
Idę dalej. Coraz częściej przysiadam. Sprawdzam googlemapsy. Przeszłam ledwo 4 kilometry, jeszcze nie połowa drogi. Znowu powraca myśl, czy to na pewno był dobry pomysł.

Obok uroczych kawiarenek pojawiają się też te mniej urocze. W eklektycznym stylu. „La maison de kebab” na przykład. „Dom kebaba”.
Z prawej strony niekończący się rząd przepięknych kamienic. Jeden budynek przyciąga uwagę. Jakiś taki znajomy. Tabliczka rozwiewa wątpliwości. Mijam Luwr.
Po lewej za to Musée d’Orsay, ulubione z dzieciństwa muzeum ze skarbami impresjonistów. Udaje się zapomnieć o bolących plecach.
Przypominam sobie całe dnie, wypełnione zwiedzaniem Paryża prawie 15 lat temu. Wtedy wydawał mi się taki wielki, nieskończony. Teraz idąc prawie żwawym (bo jednak dociskanym do ziemi ciężarami bagażu) krokiem mijam zabytek za zabytkiem.
Gdzieś w oddali wyłania się Wieża Eiffla. Przechodzę przez most.
Znowu ktoś biegnie.

Przy Luwrze tłumy ludzi. Słynna piramida odbija promienie słoneczne jak gigantyczny pryzmat. Ktoś każe mi coś podpisać. Kilkunastoletnie dziewczynki natarczywie wciskają mi długopis w rękę. Nie wiem, o co chodzi. Nie podpisuję.
Przy wejściu do ogrodów Tuillers uzbrojeni po zęby wojskowi. Grubi od kamizelek kuloodpornych i broni. Patrzę na nich współczująco. Ten sprzęt musi ważyć co najmniej tyle, co mój plecak. Łączę się w bólu. Jednocześnie nachodzi mnie refleksja, że to jedyne, co przez te 15 lat się zmieniło. Zabytki stoją, jak dawniej. Czarnoskórzy sprzedawcy nadal rozstawiają swoje figurki wież Eiffla, oczywiście-oryginalne torebki i moherowe berety wprost na parkowych alejkach. Tylko tych wojskowych nie było. Nie było tego poczucia względnego bezpieczeństwa, a tak naprawdę wzmożenia niepokoju, który ze sobą niosą.
Plecy zaczynają boleć tak bardzo, że daję za wygraną. Nie pomaga siedzenie w parku i gapienie się na fontannę. Zaczynam szukać najbliższego metra. Wychodzę z Tuillers, z widokiem na słynną karuzelę z konikami, rozsławioną przez filmową Amelię.
I przez te wszystkie filmy i ikony mam wrażenie, jakbym się poruszała po dobrze znanym miejscu. Stary, dobry Paryż. Od lat w naszej kulturze.
Wychodzę na Concorde. Ilość biegaczy zmniejsza się na koszt zwiększenia ilości samochodów.
Potem jest już tylko ciemność. Zatłoczone metro. Wysiadam na Port Maillot. W autobusie, pomimo braku plecaka, kręgosłup boleśnie protestuje, wyrzucając swoje krzywdy.
Mimo wszystko, miło było pożegnać się w ten sposób z Francją.
À bientôt!

A Wy, jakie wspomnienia macie z Paryża?

2 komentarzy

  1. Mnie się kojarzy z wiecznie rozglądającą się córeczką, brakiem orientacji w metrze oraz pieczeniem mielonki na kuchence elektrycznych w hotelu na przedmieściach Paryża …..

    1. Haha czyli nie mogłabym podróżować w dorosłym życiu inaczej, mając takie wzorce!:) PS A na tej kuchence to nie była kiełbasa? Z cebulą?:)

Dodaj komentarz