Poszukiwania, loty, aparaty i konflikty

Łatwo wpaść w mistycyzm i zanurzać się w rozważaniach na temat pozytywnych aspektów hippisowskiego włóczęgostwa, atrakcyjnego szczególnie w obecnych czasach, kiedy czas wolny jest komfortem, na który niewielu może sobie pozwolić, a jednocześnie uporządkowane i wypełnione rutyną życie, sprowadzające się do maksymy „metro, boulot, dodo”, domaga się romantycznych zrywów i spontaniczności.
Jak wspominaliśmy, pomimo ewidentnego ułamka duszy kloszarda, który posiadamy i który czasem się w nas odzywa, jesteśmy raczej klasycznymi przedstawicielami klasy korpo-pracowniczej, z wyważonym pragnieniem przygody i racjonalizmu.

Zaczęło się od kilkumiesięcznego poszukiwania biletów, w oczekiwaniu na najlepszą okazję i delikatnego dreszczyku emocji za każdym razem, kiedy średnio raz na kilka dni przeszukiwaliśmy skyscanner, fly4free, kayak, mleczne podróże i kilka innych stron oferujących oczywiście same jedyne w swoim rodzaju okazje. Skrzynki mailowe pękały w szwach od newsletterów i naszych oczekiwań, aż w końcu udało się, znaleźliśmy loty do Kolumbii.
Nie za wcześnie, nie za późno, bo 2-3 miesiące przed odlotem wydaje się optymalnym terminem, kiedy zaczynają się ukazywać korzystne promocje, a pozostaje jeszcze czas na przyzwyczajenie się do myśli, załatwienie formalności i…zwolnień z pracy.

Przydaje się również pewna elastyczność przy podejmowaniu decyzji, bo nasz plan początkowo zakładał wizytę w Peru i Boliwii, ale musiał się dostosować do lotów, bezpośrednio skorelowanych z zasobnością naszego budżetu na dalsze etapy wyjazdu.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, karma zawsze wraca i kilka dni temu udało się nam znaleźć lot wewnętrznej kolumbijskiej linii Viva Colombia, dzięki czemu po nieco-ponad-dniu w Bogocie od razu lecimy do Limy. Que suerte!

Jeżeli przy lotach jesteśmy, popełniłam jednak zasadniczy błąd. Wydawałoby się, że mnie to nie spotka, tyle doświadczenia w rezerwacjach, samotnych podróżach, pośpiesznych okazjach…a jednak, biję się w pierś, mea culpa. Nie wiedzieć czemu, chociaż dobrze zdawałam sobie sprawę, że pozostaje nam jeszcze dopilnowanie rezerwacji lotu do Amsterdamu, aby stamtąd po przesiadce w Istambule rozpocząć wreszcie południowoamerykańską przygodę, czekałam, potem zapomniałam, potem znów czekałam… potem zamieszanie, ślub, pakowanie, powroty, wizyty, gratulacyjne uściski od cioć, babć, wujków i… Piotrek ze zrezygnowaną miną pokazuje mi ekran tak dawniej lubianych stron z wyszukiwarkami lotów i smutną konstatacją, że podrożały.
Nie mogliśmy już czekać dłużej, więc zmęczona, wieczorem, szybko zarezerwowałam i dopiero otwierając mailowe potwierdzenie osłupiałam. No tak, niewłaściwa godzina.
Tydzień odkręcania, dzwonienia, do linii lotniczej, pośrednika, banku, mamy (!), nic nie dało się zrobić. Koszty zmiany biletu praktycznie przewyższały koszty kupna nowego, a nam zaczynał się zaciskać węzeł nieprzyjemności na gardle. Nie muszę wspominać, że w takich momentach sama przyjemność z planowania podróży usuwa się na dalszy plan. Rada dla Was – loty zawsze sprawdzajcie kilka razy, poproście kogoś o konsultację, nie płaćcie za nie zmęczeni czy w pośpiechu. Oszczędzi to wbrew pozorom wiele czasu i nerwów.
My w końcu, obrażeni na cały świat, jakoś doszliśmy do porozumienia – najwyżej wrócimy autobusem. Po kilkudziesięciogodzinowych przejazdach, jakie czekają nas na trasie, 19-godzinny powrót z Amsterdamu to już przecież bułka z masłem. A przynajmniej teraz się nam tak wydaje.

Drugim konfliktem, dotychczas nierozwiązanym są… aparaty fotograficzne. Od przybytku niby głowa nie boli, ale kiedy dwóch fotografów amatorów, przyzwyczajonych do swojego sprzętu jak do ulubionego pluszowego misia w dzieciństwie musi zdecydować się na jeden, nagle pokazują zęby i ostrzą pazury. Pewnie skończy się na marynarskiej wyliczance i oddanie decyzji przypadkowi, chociaż nie ręczę, że w wypadku niekorzystnego werdyktu nie ukryję mojego kochanego Sony alfa 550 gdzieś za pazuchą ;). Trzymajcie kciuki, żeby się udało, fotorelacja z wyprawy musi być pierwszorzędna!

SONY DSC
Jeżeli dotarliście do końca, meksykańska dziewczynka z lodem się do Was uśmiechnie:)

2 komentarzy

  1. Świetnie zredagowany tekst 🙂

    1. Dziekuje!:)

Dodaj komentarz