POSTED AT SEA

Trudno tradycyjnej poczcie walczyć o prymat w zinformatyzowanych czasach pięknego, XXI wieku. Jak kilkudniowe (oby tylko!) opóźnienie w wiadomości miałoby konkurować z sekundami, podczas których mail wysyłany jest z jednego końca świata na drugi? Jedno kliknięcie i już, zero wysiłku.
Ale żeglarze to specyficzne istoty. Tęskniące za minionym, trochę przestarzałe, trochę vintage, żeby ładniej brzmiało. Pływające po morzach i oceanach żaglowcami korzystającymi z siły wiatru. A nawet jeśli zechcą wspomagać się silnikiem, to nadal ich prędkość nigdy nie dorówna ponaddźwiękowej. Czasami ledwo dorównuje planktonowi biernie unoszonemu na powierzchni wody… Dlatego nie wydaje się aż tak dziwne, że żeglarze piszą i wysyłają. Nie maile, nie smsy, bo na takie szansa jest jedynie w porcie, w zasięgu wydawałoby się, wszechobecnych, sieci. Nie rybackich, telekomunikacyjnych. W porcie jednakże jachty gniją, a marynarze schodzą na psy, jak głosi powiedzenie, atrakcji z reguły jest aż za dużo, by nacieszyć oczy po dniach morskiej rutyny… Dlatego żeglarze piszą, podczas długich, monotonnych na pozór, uporządkowanych dni odmierzanych wachtami i kambuzem, piszą listy, piszą pocztówki, zapisują wspomnienia i utrwalają relacje. Chcieliby może nawet wysłać je od razu, teraz, już, z pokładu, jak smsa, jak maila tylko że…zasięgu brak. Wiadra Internetu wylały się kilka mil morskich od brzegu i nie dopłynęły na otwarte morza. Na high seas. Czemuż by więc nie nadać wprost z miejsca akcji, ze statku? Ostemplować, puścić w świat? I o tym będzie ten wpis. O posted at high seas.

1. Początki.
Początki brzmi prawie jak pieczątki (he.he.he…?), a to właśnie od pieczątek się zaczęło. Przynajmniej w moim przypadku. Na swoim drugim rejsie, grzebiąc w szufladzie „nawigacyjnej”, obok kroczków, ekierek i masowych ilości silvertejpa natrafiłam na okrągłą pieczątkę. „Ładna”, pomyślałam i oczywiście od razu przybiłam na pustej kartce. Ukazał się wrysowany w okrąg zarys jachtu, na którym pływałam, z jego nazwą poprzedzoną tytułem s/y (sailing yacht) oraz napisem „Posted at high seas” powyżej. Spojrzałam zdziwiona – „O co tu chodzi?”.
Podczas wszystkich rejsów, które potem odbyłam, nie wyjaśniono mi za wiele. Mętnie tłumaczono, że to „taki stary, żeglarski zwyczaj”, „można wysyłać pocztówki bez znaczka, tylko z tą pieczątką”, „zawsze dochodzą!”. Jakoś to przełknęłam i zaczęłam korzystać. Początkowo nieufnie, przyklejałam grzecznie znaczek na pocztówki i dobijałam pieczątkę jachtową. Prawie na każdym jachcie była. Potem, testując i mówiąc do siebie w myślach „i tak nie dojdzie”, wysłałam na próbę kilka w ogóle bez znaczków, jedynie z pieczątką, czasem nawet odręcznie dopisując „Poste dat high seas”. Doszły w 99%. Raz wysłany list z południowego wybrzeża Anglii nie dotarł do adresata. Tak, piszę listy. Tak, wysyłałam bez znaczka. I dopiero przygotowując ten wpis uświadomiłam, jak wielkiego cebulaka z siebie robiłam.

2. Internetowy research.
Dziwnie to zabrzmi, ale we wszystkowiedzącym Internecie informacje na temat frankowania (czyli stemplowania) przesyłek na pokładach statków według odmiennych taryf są nader lakoniczne. Temat praktycznie nie istnieje. Zamiast merytorycznych informacji, możemy zostać przekierowani na stronę Ebay albo Amazon, gdzie możemy nabyć drogą kupna za grube euro – dolary znaczki vintage z obrazkami parowców i napisem „Posted at sea”. Wysłane z morza. Wprost z Internetu. Wikipedia milczy, Google również, a jedyna osoba, która poprzez artykuły podjęła temat, to Jerzy Kuliński, autor wielu artykułów do magazynu „Żagle” i licznych locji po portach Bałtyku i nie tylko. Żeglarzom świetnie znany, ale szerszej publiczności już niekoniecznie. Do tego najnowsze komentarze na ten temat pochodzą z…1999 roku. Albo więc nic się nie zmieniło od tamtego czasu, albo temat odchodzi powoli do lamusa, albo jest tak niszowy, że nie warto o nim pisać, ze względu na zbyt małą liczbę odbiorców. Potencjalnych czytelników. Dlatego postanowiłam zgłębić temat, stary jak Zjawa IV, sięgając do czasów parowców, przepływając przez realia polskiego peerelu by skończyć na XXI wieku, gdzie dawna potrzeba komunikacji poprzez listy i pocztówki stała się pamiątką. I lansem.

3. Początki – te prawdziwe, historyczne.
Po raz pierwszy określenia „Paquebot” pisanego odręcznie, w celu oznaczania listów nadawanych z pokładów statków płynących na pełnym morzu użyto w 1897 roku. W roku 1924, w ramach kolejnej Konwencji członków Ogólnoświatowej Unii Pocztowej (UPU), uzgodniono prawo do opłacania przesyłek listowych znakami kraju, pod którego banderą pływa statek, ale wyłącznie podczas pobytu na otwartym morzu, tzn. na wodach międzynarodowych (High Sea Mail). Pewnie od tego czasu pojawiły się prostokątne lub okrągłe stemple odciskane na przesyłkach nadawanych na pokładzie statku. Stemple te najczęściej były i są odciskane obok znaczka pocztowego, nie zamiast niego. Określenia: PAQUEBOT, POSTED AT SEA oraz HIGH SEA MAIL mają charakter międzynarodowy, ale jako że nie istnieje żadna regulacja prawna określająca ich dokładne i uznawane brzmienie, przez lata wytworzono wiele wariacji na temat stosownych określeń, jak również ich lokalne odpowiedniki. Mamy więc „Packet Boat”, „Loose Ship Letters” i „Ship Mail” w Australii, Pacchibot” we Włoszech, „Paketboot” w Holandii, „Schiffsbrief” w Niemczech i Austrii, „Paquete” w Portugalii i „Paquetboat” w USA. A u nas, jak na światowych Polaków przystało – „Posted at the high seas”, „Posted at high seas”, „Posted on the sea”, „Posted at sea” itd.
W XXI wieku, w czasach nanotechnologii i cyfryzacji wszystkiego, pomimo spadku znaczenia tradycyjnej poczty, urzędy krajów z dostępem do morza (albo takich z morskimi tradycjami), honorują i respektują zwyczaj nadawania przesyłek z morza, ze znaczkami odpowiednimi dla kraju pochodzenia statku, a nie odpowiednimi dla portu kraju, do którego statek zapływa.

4. Podstawa prawna.
Centralny Zarząd Poczty Polskiej, na dociekliwość Kulińskiego w sprawie poczty jachtowej wystosował taką oto odpowiedź:
Art. 14 Światowej Konwencji Pocztowej (Seul 1994 r.) stanowi:
    • Przesyłki nadawane na statku podczas postoju w początkowym lub końcowym punkcie drogi lub w jednym z portów pośrednich, do których zawija statek. muszą być opłacone za pomocą znaczków pocztowych i według taryfy kraju, na którego wodach terytorialnych znajduje się statek.
   • Jeżeli nadanie miało miejsce na statku na pełnym morzu, przesyłki mogą być opłacone, w przypadku braku specjalnego porozumienia między zainteresowanymi Administracjami, za pomocą znaczków pocztowych i według taryfy kraju, do którego statek należy lub któremu podlega. Opłacone w ten sposób przesyłki muszą być dostarczone do urzędu pocztowego w porcie niezwłocznie po przybyciu statku
Natomiast Art. RE 1401 Regulaminu Wykonawczego Światowej Konwencji Pocztowej (Seul 1994) mówi: “Stemplowanie przesyłek nadawanych na statkach należy do obowiązku urzędnika pocztowego lub wyznaczonego do tej służby oficera pokładowego, a w razie ich braku – do obowiązku urzędu pocztowego w porcie, w którym przekazuje się te przesyłki. W tym przypadku urząd odciska na nich swój datownik i umieszcza napis NAVIRE (“okręt”) lub PAQUEBOT (“statek”) lub inną podobną adnotację.
Dodatkowo urzędnik Międzynarodowej Unii Pocztowej (UPU) dodaje:
I think the rubber stamps “Paquebot” are getting rare these days, since there are probably not that many such items anymore. When passenger vessels are using the system, they tend to have their own date stamps with the <> indicated.” (Wydaje się, że stemple “Paquebot” stają się w obecnych czasach rzadkością. Kiedy pasażerowie statku korzystają z powyższych możliwości, skłaniają się raczej ku temu, by mieć swoją własną [statkową] pieczątkę ze szczególnym zaznaczeniem faktu wysłania przesyłki z pokładu). [znalezione na Narkive]

5. Polskie realia.
Dlaczego Polacy nadal kultywują zwyczaj poczty jachtowej i dlaczego często go przeinaczają? W czasach peerelu, który wiele osób z okolic mojego rocznika wspomina z rozrzewnieniem (być może dlatego, że go zwyczajnie nie pamięta…tak, ja też nie pamiętam; ale i nie wspominam z rozrzewnieniem), wyjazd za granicę był luksusem. Wydarzeniem. Często nieosiągalnym marzeniem. Jeśli jednak marzenia tego udało się dosięgnąć, złapać Pana Boga za nogi i wyrwać się z obwarowanych granic, często usadzały nas w miejscu nie piękne, egzotyczne widoki, lecz ceny. Ceny w dolarach. Dolarach nie do zdobycia w Polsce. I o ile można było przechadzać się po ulicach z nosami przyklejonymi do szyb wystawowych czy pływać na jachcie zaopatrzonym w kraju, o tyle trudno było wysyłać listy czy pocztówki, kiedy cena znaczka oscylowała w granicach ceny porządnego, dwudaniowego obiadu. Dlatego wygrzebaliśmy ochoczo stary przepis, dawne porozumienie ułatwiające żeglarzom komunikację ze „zgniłego zachodu”. I korzystamy z niego do dzisiaj.

6. Czyli można, czy nie można?
Jednym słowem – można. Można, dla zachowania tradycji, na pamiątkę, korzystać z pieczątek „Posted at sea”. Nikt na nas nie nakrzyczy. Ale na pewno skrzywi się z niesmakiem, nie widząc obok pieczątki znaczka. Być może przejdzie znaczek polski (czyli tak jakbyśmy kupili znaczek w Polsce do kraju, w którym zamierzamy stawać przy kei), ale powiedzmy sobie szczerze – czy naprawdę różnice cenowe w znaczkach kupionych w naszym kraju, a innych krajach są aż takie dramatyczne? I mając na uwadze, że owszem, kartki i listy bez znaczków dojdą do adresata, ale tylko przez uprzejmość urzędów krajów, z których takowe przesyłki wysyłamy oraz, de facto, na ich koszt…chcemy świadomie wychodzić na biedaków, cebulaków? Narażając żeglarską etykietę na złośliwe komentarze i postępując właściwie bezprawnie? Mi nieco otworzyły się oczy.
A Wy dajcie koniecznie znać, co o tym myślicie.

Na koniec odsyłam do źródeł, czyli artykułów Jerzego Kulińskiego:
http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2662&page=0
http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=3010&page=0
http://www.kulinski.zagle.pl/1999/poczta.html

6 komentarzy

  1. Szukałem o tym informacji i jakoś nie mogłem na konkrety i podstawę prawną trafić. W książce Almapresu o prawie dla żeglarzy nie ma o tym nic i myślałem, że to jakaś bajka i legenda, a tu proszę. Chyba muszę częściej zajrzeć i się dokształcać 😉

    1. Cieszę się, że mogłam pomóc i zapraszam! 🙂

  2. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że to może być cebulowe. Jak piewszy raz usłyszałem o tej tradycji, to pomyślałem “o, jaka frajda! Teraz moje pocztówki będą mogły się wyróżniać od innych!”. Nie wysyłam tych pocztówek, bo można za darmo, tylko dlatego, że to stara i fajna tradycja.

    1. Ja na początku myślałam dokładnie tak samo:) Tylko że tradycja to wysyłanie kartek/listów z polskim znaczkiem i dodatkowo pieczątką “posted at sea”, a nie w ogóle bez znaczka… A jakoś bardziej przyjęła się ta druga opcja.

  3. Pierwszy raz słyszę o takich pięczątka 😀 Lubie takie morskie ciekawoski :D.

    1. Wbrew pozorom takie pieczątki są całkiem popularne:) Cieszę się, że Ci się spodobało, żeglarski świat skrywa jeszcze sporo tajemnic:) Pozdrawiam serdecznie! Marta

Dodaj komentarz