Polak i Węgier, wino i wulkan

czyli o tym, jak alternatywnie spędzić czas nad Balatonem

Z Węgrami jakoś nigdy do końca nie było mi po drodze. Nie że z mieszkańcami. Z samym państwem. Kilkukrotnie w przeszłości korzystałam, w celach tranzytowych, z sieci dróg, ale jakoś cele turystyczne nie zostały przy okazji osiągnięte.
Niedawno byłam w Budapeszcie, ale z kolei w celach służbowych, więc co prawda zdążyłam złazić prawie całe centrum w jakże trekkingowych, konferencyjnych butach na obcasie, jako że przyoszczędziłam nawet na bagażu podręcznym WizzAira jadąc jedynie z niewielką torebką i plakatem chowanym pod płaszczem, ale nadal nie uważam tego za porządną eksplorację.

Z dzieciństwa pozostało mi kilka mglistych i kilka traumatycznych wspomnień Węgier.

Pamiętam chodzenie po domach z mamą i wypytywanie o dostępność miejsc noclegowych, kiedy jedyne, co umiałyśmy po węgiersku to „dzień dobry” – po którym następowało gorączkowe kartkowanie przewodnika w poszukiwaniu zdań pomocniczych. Tak, chyba byłam zabierana w celach rozmiękczania serc i szybszego znalezienia noclegu albo stargowania ceny, chociaż nie wiem. Nie pamiętam.

Dzięki rysunkowi w „kronice”, którą ówcześnie pisałam, majaczy się obraz jakiegoś noclegu w domu z bardzo ładnym, przypominającym śródziemnomorski, ogrodem z kwitnącymi, ogromnymi malwami. Bardziej wyraźnie niż ogród, pamiętam jednak, nie wiedzieć czemu, pościel w słońca i księżyce. Granatową. Z kory. Czy jak to się tam nazywa. Widocznie dziecinna pamięć archiwizowała pościel w szufladce „do zapamiętania” tak samo, jak najważniejsze zabytki.
Pamiętam wieczorne wyjście do winnic i wracanie stamtąd w znacznie lepszych humorach. A także moje dziecięce niezrozumienie tej nagłej wesołości. I rzeki skuterów, które nas mijały, jakbyśmy zataczali się właśnie po południowych Włoszech.

Najwyraźniej za to rysuje się przede mną scena z targu w Budapeszcie, na którym niechcący potrąciłam figurkę parlamentu. Figurka spektakularnie spadła, ułamując swą okazałą iglicę. Pamiętam podniesiony głos sprzedawczyni wygrażającej, że teraz to już musimy ją kupić. Pamiętam mój płacz, bo przecież figurka kosztowała tysiące. Tysiące forintów. Fortunę!

Tak więc na myśl o Węgrzech miałam raczej mieszane uczucia.
Jednak w tym roku kraj ten stanowił ponownie trasę tranzytową, będąc pomostem w drodze do Bośni i Hercegowiny, a następnie Czarnogóry, gdzie mieliśmy spędzić większość urlopu, może więc nastał moment na zdjęcie złego uroku?
Szybko przekonałam się, że tym razem przywiozę z Węgier znacznie inne obrazy. Cieplejsze. Milsze. Bardziej świadome.
Idealnie kształtne snopki siana na polach, malowane na złoto promieniami zachodzącego słońca.
Gwardia wiecznie uśmiechniętych, letnich słonecznikowych twarzy, ustawionych w równych szeregach w setkach, tysiącach rzędów, aż po horyzont.

No i oczywiście salwy śmiechu na widok mijanych co i rusz napisów na lokalach usługowych, z których rozumieliśmy niewiele, ale nie przeszkadzało to w podśmiewaniu się z wszechobecnych „sz” wrzucanych w nazwy typu „szolarium” czy „szalami”. Ale i tak „gumiszerwis” i „aruhaz” to nasze dwa ulubione :).

Jadąc w kierunku Balatonu, gdzie mieliśmy przenocować na campingu, zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, z którego roztaczał się widok na falujące wzgórza, ruiny zamku na szczycie oraz równe rzędy winnic i snopków, jeszcze więcej snopków.
Największe zainteresowanie wzbudził jednak pan, pan z blond wąsem, którego okazałości pozazdrościłby niejeden Sarmata i z kowbojskim kapeluszem na głowie, który upodabniał go znowu bardziej do argentyńskiego gaucho. Taki więc pan o zmieszanej stylówce sprzedawał na punkcie widokowym coś, co z kroju butelek momentalnie przywodziło na myśl pędzony własnym siłami bimber, bimbrem jednak nie było. Pan grzecznie sprzedawał własnej produkcji soki, a po tym, jak R. grzecznie stargował cenę z 6e na 5,50 i pakowaliśmy się do samochodu, żeby ruszyć dalej, pan zatrzymał nas i z błyskiem w oku powiedział:

– Dla Polaków za piątkę.

Może jednak wyświechtane powiedzenie, które non stop powtarzali znajomi Węgrzy z Erasmusa, że „Polak, Węgier – dwa bratanki” to nie tylko niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością komunistyczna propaganda?

Nad Balaton dojechaliśmy wieczorem, zaopatrując się jeszcze w ostatniej chwili w dwa litry miejscowego wina („tylko dwa litry?” – odprowadził chłopaków zdziwiony wzrok sprzedawcy). Trzymając się starej zasady, żeby najpierw rozbić namioty, a potem odkręcać (czy rozkorkowywać) butelkę, rozpanoszyliśmy się na campingu El Dorado (czyżby kapelusz Pana Od Soków miał jednak kolumbijski rodowód?) w miejscowości Badacsony.
Camping całkiem kulturalny, ale też całkiem drogi, bo wyniósł nas około 50zł za osobę. Za noc. Kalkulując szybko i biorąc pod uwagę, że byliśmy wyposażeni w praktycznie wszystko, czego do szczęścia biwakowego potrzeba, postanowiliśmy resztę noclegów spędzać jednak w miarę możliwości bardziej na dziko, niż na zakamperowanych campingach. Łagodząco zadziałała jednak znana melodyjka „Dla Elizy”, wygrywana z białego samochodu dostawczego z samego rana. Zaciekawiona podeszłam i zobaczyłam piętrzące się od góry do dołu bulki, bułeczki, chleby, drożdżówki… ot, taka objazdowa piekarnia. Wprost pod namioty.
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Po wieczornej degustacji lokalnego wina (ja tylko troszeczkę. No…może jeszcze trochę…a weź, dolej…) zasnęliśmy snem sprawiedliwie wstawionych, więc jakiekolwiek zwiedzanie zostawiliśmy na kolejny dzień.

Pobudka była brutalna. Deszczowa. Potem słoneczna. Potem znowu deszczowa. Doprawiona burzą i złowrogimi chmurami. Ale przede wszystkim zatykająca wilgocią, być może świetnie działającą na drogi oddechowe, ale przy okazji skraplającą się nam na czołach przy każdym ruchu.

Sam Balaton wbrew pozorom do kąpieli jakoś nie zachęcał, pomimo tropikalnych temperatur. Etykietka jeziora błotnego i mleczny, nieprzezierny kolor wody, nie pozwalający przewidzieć, co właściwie znajduje się na dnie, a mogło przecież znajdować się niejedno, biorąc pod uwagę ilość wczasowiczów i małych dzieci oblegających wybrzeże, spowodowały, że żadne z nas nie było aż tak zdesperowane, by nad Balatonem plażować. Kiedy w końcu M. złamał się i postanowił organoleptycznie sprawdzić stan wody, zanurzył się w mule do połowy łydki. Aż cmoknęło.

Znaleźliśmy więc sobie alternatywne zajęcie, postanawiając w naszym stylu porządnie się spocić i zdobyć jeden ze starych wulkanów wznoszących się dookoła jeziora. Wulkany przypominają o swojej naturze już tylko z nazwy, od dawna wygasłe, spłaszczone i zarośnięte. To jednak dzięki nim gleba nadbalatońska obradza bujną wegetacją, nie tylko bluszczowo – drzewiastą, ale też owocową. Wszystkie jabłka, śliwki, orzechy, ale przede wszystkim winogrona, wyrastające na bazaltowych skałach a potem fermentujące w lokalnych piwniczkach – wszystko dzięki glebie. Można więc powiedzieć, że to dzięki wulkanom spożywaliśmy winiacza poprzedniego wieczoru, przyszedł więc czas na podziękowanie i wypocenie resztek alkoholu w drodze na szczyt.

Droga początkowo ostro wspinała się w górę pomiędzy urokliwymi domkami z małymi winnicami pełniących rolę ogródków, po czym zagłębiała się w gąszcz roślinności porastającej wulkaniczne wzgórze. Po krótkiej i jakże opartej na faktach dyskusji dotyczącej wyboru szlaków (-„Niebieski to do wody prowadzi. Czarny to do ziemi, w dół. A czerwony do lawy, tam idziemy” –„A żółty?” – „Wolę nie wiedzieć…”), skierowaliśmy się w stronę czerwoną i zaczęliśmy wspinać po dość stromych schodach, pocąc się wesoło i próbując przebić wzrokiem gęste rośliny w nadziei szczytowego prześwitu.
Wybraliśmy trasę na mniej więcej półtorej godziny, wulkan nie był wysoki, po niedługim czasie więc kotary lasu rozsunęły się i odsłoniły widok na równe rzędy winnic i geometryczne kratki pól z kostkami domów pomiędzy nimi. Wieść gminna głosi, że bardzo podobny widok podziwiała jedna z królowych rodu Habsburgów (niezawodna pamięć zawodzi w momencie prób przypomnienia sobie jej imienia), grająca na szczycie na gitarze i śpiewająca tradycyjne, węgierskie pieśni. My gitary nie mieliśmy, ale nie przeszkodziło nam to czegoś rytualnie odśpiewać i wracaliśmy, zadziwiając się po drodze trzęsącymi nogami i bólem w łydkach. Było jednak nieco bardziej stromo niż nam się początkowo wydawało.

Zbliżał się wieczór i dołączenie reszty ekipy, by już razem kolejnego dnia ruszyć do Bośni, potrzeba powitalnego wina zaprowadziła nas więc znowu na eksplorację, tym razem sąsiedniej miejscowości, przypominającej nieco węgierską Jastarnię ze względu na odbywający się letni festiwal wszystkiego i tłumy wczasowiczów.
To nie ostatnie podobieństwo ze zwyczajami ludności Polski. Braterstwo mentalności okazała też Pani z Recepcji campingu, tłumacząca nam drogę:

– Pójdziecie tu w prawo, wzdłuż torów. To niedaleko, jakieś 2,5 km, ale możecie też wsiąść do pociągu. Jeden przystanek. Tu na stacji nie ma kasy, więc jest szansa, że konduktor nawet nie zdąży do was dojść z biletami, a już wysiądziecie.

Widocznie Polak, Węgier – dwa bratanki, także w nurcie „saving money”. Polecamy :).

Dodaj komentarz