Jak zdobyć wizę do Namibii i jaki jest nasz podróżniczy PLAN

Czyli ostatnie przygotowania i niepierwsze komplikacje na niecały tydzień przed wielomiesięczną podróżą.

Dom zaczyna przypominać obóz uchodźców, z plecakami, śpiworami, matami, namiotem, blaszanymi kubkami i całym majdanem rzeczy mniej i bardziej potrzebnych walających się po podłodze, zapełniających wolne powierzchnie szafek, porozgrzebywanych na stolikach. Żeby nie zapomnieć.

Cała mieszkalna przestrzeń wibruje od rosnącego Reisefieber. Rosnącego sinusoidalnie, napędzanego przez niepokój ciągle niezrealizowanych zadań, zaostrzanego przez pojawiające się nowe przeciwności i sprawy do załatwienia, których jakoś wcale nie ubywa. Czasem uspakajanego drobnymi rytuałami, docenianymi w tym momencie w dwójnasób, gdy widać wyraźnie koniec wygodnego i uporządkowanego życia.
„Zobacz, to chyba nasz ostatni dwudaniowy obiad”
„Upiekę babeczki, w końcu nie będę tego robić przez kilka kolejnych miesięcy…”
„Hmm, a może założę obcasy? Potem już tylko trapery…”

Celebrujemy poranne kawki i spokojne śniadania, by potem rozpocząć maraton w biegu pomiędzy urzędami, aptekami, miejscami pracy, miejscami braku pracy czy sklepami, wplatając w to retardacje spotkań z rodziną i znajomymi, coraz częściej z etykietką „pożegnanie”.

W międzyczasie, wisimy na telefonach, piszemy maile, załatwiamy wszystko, starając się nie zapomnieć o niczym, przewidzieć wszystko, niczym nie dać się zaskoczyć.

I, jak można się spodziewać, jesteśmy zaskakiwani. Na każdym kroku.

Perfekcyjnie przygotowane dokumenty wizowe przegrywają z namibijską biurokracją.
Piotrek jest już do tego stopnia zaznajomiony z ambasadą Namibii w Berlinie, po dziesiątkach wykonanych telefonów, że mogliby właściwie wyskoczyć z urzędnikami po pracy na przyjacielskiego browarka. Wszystko będzie dobrze, my friend.
Godziny spędzone z nosem przed komputerem, rezerwacje miejsc noclegowych, plan wyjazdu, a kiedy, a gdzie, a w jakim celu, znaleziony naprędce lot wyjazdowy, aplikacja na kilka stron i jeszcze więcej stron załączników, megabajty proszące błagalnie o możliwość wjazdu. Wyciekające niepostrzeżenie euro z konta, bo koszt wizy do Namibii jednokrotnego wjazdu to 80 euro, a wielokrotnego 130. I nie na jakoś długo. Na 30 dni, potem wypad. A my musimy mieć wjazd wielokrotny. Bo taki plan. Bo w przeliczeniu i tak bardziej opłaca się w ten sposób, by wrócić do stolicy i oddać w tym samym miejscu wypożyczony samochód, niż zostawiać go w innym mieście. Nie wspominając już o innym kraju.
Wysyłamy więc papiery, razem z paszportami, czekając nerwowo na wieści i powrót. Czekamy aktywnie, popędzając i wypytując co kilka dni urzędników (to znaczy tylko w dni pracy, czyli od poniedziałku do środy…), czy to już, czy będzie, jeszcze nie ma, to kiedy będzie? A kiedy możecie na to piwo wyskoczyć?
Jeszcze nie teraz, jeszcze proszę poczekać.

Czekamy.

W końcu w jednym telefonie radosne potwierdzenie, tak, wysłaliśmy, powinny dość za 2-3 dni. Westchnienie ulgi, bo do wyjazdu coraz bliżej, a paszporty radośnie sobie podróżują po Europie bez naszej nadopiekuńczej uwagi.
Szybki spacer na pocztę, w domu otwieramy paszporty.
Niby wszystko się zgadza, Piotr, multiple entry, już prawie widzimy świecący neon „welcome to Namibia”. Otwieramy mój paszport.
Single entry.
Nie wierzymy własnym oczom. Wpatrujemy się w tą małą, czarną kreskę jak w wyrocznię, przekreślającą nasz plan i możliwości.
Piotrek wściekły. Aplikacja złożona nienagannie, w tytule wielkimi literami zaznaczona „wiza wielokrotna”, a kreska nie w tym miejscu.
Trzeba znowu do ambasady zadzwonić. Jaki dzisiaj dzień? No tak, czwartek. W czwartki nie pracują.

Chwilowa konsternacja, ale mimo to dzwonimy. Niby nie pracują, ale w sumie cholera ich wie, nie zaszkodzi spróbować.
Kilka niepokojących sygnałów, odbierają.
Piotrek jeszcze spokojnym głosem, ale gotowym wybuchnąć w każdej chwili wyłuszcza sprawę. A no tak. Nie, wszystko w porządku, macie państwo wizy wielokrotne. Aaa, źle zaznaczone? No tak, pomyłka.

Mała pomyłka, pomyłeczka. Odkładamy telefon i znowu konsternacja.
Nie zdążymy ponownie wysłać paszportów, bo istnieje ryzyko, że miniemy się z nimi w drodze. Nie mamy wyjścia. Trzeba do ambasady udać się osobiście. Na szczęście nasz lot też jest z Berlina. Na szczęście przezornie zarezerwowaliśmy pociąg tak, żeby w Berlinie mieć czas na załatwianie ewentualnych fuck-upów. Wykrakaliśmy. Trzeba będzie załatwiać.
Mam nadzieję, że po tym wszystkim chociaż postawią to piwo. Na koszt ambasady. W końcu znamy się już dosyć dobrze…

Jaki więc jest plan? Dokąd w końcu jedziecie?
Pytania zadają się same i krążą wokół nas, nie dając o sobie zapomnieć i zmuszając do mielenia w tę i z powrotem planu podróży, która miała być bez planu.
Ale nie umiemy bez planu. A już na pewno bez planu nie umieją urzędnicy, brak planu wzbudza podejrzenia, czyni nieprzewidywalnym, trudnym do opanowania, trudnym do kontrolowania. Tymczasowo mamy więc plan. Na kilka najbliższych miesięcy.
Jak to będzie wyglądało?
16 listopada z samego rana, bladym, warszawskim świtem wsiadamy w pociąg do Berlina.
Tam, oprócz cieszenia się przystankiem cywilizacji przed wjazdem w inną kulturę, musimy odwiedzić ambasadę. Wizyta ta determinuje dalszą podróż i wpływa na Plan.
Bo plan ma to do siebie. Często ulega wpływom.

17 listopada lądujemy w Windhoek. Robimy zaopatrzenie, wysyłamy paczkę ze sztormiakami i żeglarskim sprzętem, odbieramy z wypożyczalni samochód.

Przez kolejny miesiąc kręcimy się po Namibii. Najpierw na północ, potem na najdalszy wschodni kraniec. Przekraczamy granicę z Zimbabwe. Z powrotem wracamy do Namibii. Jedziemy na najdalszy, zachodni kraniec. Potem na południe. Z pustyni Namib wracamy do Windhoek.
15 grudnia mamy lot do Maputo, stolicy Mozambiku.
Niestety, lot przez Johannesburg. Niestety, bo pomimo że to jedynie transfer, istnieje ryzyko, że wbiją nam w paszporty wizy do RPA. Niby gratisowe, niby powinniśmy się cieszyć. Tylko że nie można ich odnawiać, zanim się nie skończą. Jak się skończą, po 30 dniach, będziemy ledwo w okolicach miasta Knysna, skąd mamy płynąć w stronę Kapsztadu. Dopiero tam jacht uzyskuje pozwolenie na opuszczenie terytorium kraju, dopiero tam możemy się wylogować z paszportowego systemu. Jakieś 10 dni po utracie ważności wizy. Jeszcze nie wiemy, jak to przeskoczyć. Pomysły i domysły wyskakują jak grzyby po deszczu i jednocześnie równie szybko są zdeptywane przez początkujących grzybiarzy.

Everything will be good, my friend.

Przejmujemy się już tylko trochę.

Z okolic Maputo przenosimy się do Vilankulos i na archipelag Bazaruto.
Potem Praia de Tofo. Tropikalne miejsce na Święta.

26 grudnia ruszamy dalej. Do RPA, być może do Suazi, potem znowu do RPA, w stronę Knysnej, gdzie mamy pojawić się ok. 16 stycznia.
Pierwsze zderzenie z łódką. Wygodna koja. Pokład nad głową. Przygotowania.
W Kapsztadzie zostaniemy 5-7 dni. W okolicach 25 stycznia wyruszamy na zachód. Na Ocean.
Przystanek na Wyspie św. Heleny.
Przystanek na Ascencion.
Potem Fernando Noronha.
I dalej na północ, na Karaiby.
Gdzie się zatrzymamy, które wyspy pozwolą na to po ostatnich, huraganowych kataklizmach, okaże się.
Wiele rzeczy okaże się po drodze. A nawet ten plan, jak każdy plan, może się zmienić. Dostosować. Nie jedziemy w końcu na spotkanie biznesowe.
Jedziemy do Afryki.
Będziecie nam towarzyszyć?

3 komentarzy

  1. Doctors have many challenges to face as they are perennially surrounded by patients, diseases, hospital duties and over-extended or odd shift timings. Universally, doctor is considered to be a noble profession and respectable one at that, but a doctor also has to work under immense pressures, emotional strains and other physical challenges.

    A regular physician like most of us at some point face will have to deal with personal situations such as important family affairs, family holidays, sickness or pregnancy that may force them to abandon medical duties. At the same time, a hospital or a healthcare facility is also constantly faced with emergency situations that demand all hands on deck round-the-clock. Therefore, every hospital, clinic or nursing home is compelled to hire locum tenens or substitute doctor in order to keep the staffing under control at all times.

    In fact, locum doctors are the most valuable asset for the medical community because they provide quality medical care and act as a helping-hand in emergency situations when the medical facilities need them the most.

    Unlike regular or permanent doctors, locum doctor jobs are also ideal career options for medical interns and graduates because they offer a wide array of medical exposure in varied medical specialties, work cultures and healthcare systems. Locum jobs are challenging and flexible, thus an increasing number of medical professionals have benefitted from these jobs, so whether one is looking for a family physicians position or in a hospital or in a clinic, locum jobs for doctors are available at all levels and in different healthcare systems.

    In addition, being a locum doctor gives a medical professional the control over their working hours, location of work and choice of area of specialisation. Technically, locum positions are not restricted to general physicians but they are also extended to other fields of medical specialisations such as cardiology, neurology and many more.

    Travelling can be an integral part of locum jobs, and these distinctive features are a boon for many dedicated medical professionals who are eager to expand their medical careers with loads of multi-cultural medical experiences. The fact that locum agencies in the UK recruit tens of thousands of locums from across the globe in various NHS hospitals, private clinics, nursing homes and other public hospitals speaks volume of the popularity of locum jobs.

    Locating or getting a locum tenens job is a simple task as long as you are registered with one of the many reputable locum agencies. These agencies act as the middle man between locum tenens and medical facilities, and they also look after all the details pertaining to travel for locum tenens, accommodation and the nature of locum work.

    Thus, maintaining a healthy locum doctor-agency relationship benefits both the parties, and it also increases the probability of getting recommendable employment opportunities and businesses or vice-versa.

  2. Z planem czy bez – zawsze wychodzi inaczej niż myślimy. 😉 W końcu podróż to nie biznesplan, który trzeba zrealizować od A do Z. Pozdrawiam i powodzenia! Też sama się powoli przekonuje, że moja ulubiona część – planowanie, tworzenie trasy w skali “kilka miesięcy” to gigantyczna różnica w porównaniu z 2-tygodniowym wyjazdem. A celebrację ostatniego oglądania seriali na wygodnej kanapie, ostatnich odwiedzin w ulubionej knajpce, jazdy warszawskim metrem 😀 .. mamy za sobą.

    1. W końcu plany są po to, by je zmieniać:) Ale w takiej długiej podróży pewne elementy ‘zarządzania’ zdecydowanie się przydają. Dziękuję za pozdrowienia i komentarz! A skoro o pożegnaniach i planach mowa – zdradzisz, gdzie wyjechałaś?:)

Dodaj komentarz