Po powrocie…

– Jak było?
– No, jak tam, opowiedzcie coś!

Pytania padają z każdej strony. Jak jednak streścić dwa miesiące intensywnych wrażeń, przekazać w kilku zdaniach, zanim przerzutna uwaga rozmówcy nie zainteresuje się innym tematem, wszystkie emocje, obrazy, kultury, które przez ten czas podglądaliśmy? Nie da się, porażki nawet nie trzeba wróżyć.
Dlatego też powstał ten blog. By zamiast upychać w kilku słowach, kiedy na samo pytanie „Jak było?” zamiera nam mowa, bo nie wiemy od czego zacząć i patrzymy na siebie w popłochu, móc gdzie odesłać tych prawdziwie zainteresowanych.
Dlatego też, że podróżowanie jest coraz łatwiejsze, coraz dostępniejsze, a wiele osób, w których drzemie włóczęga w jakiś sposób obawiają się opuszczenia strefy komfortu i rutyny – dla nich chciałabym pisać dalej.
Zamyślając się z perspektywy czasu nad wyjazdem coraz bardziej dociera do mnie, że chcąc nie chcąc gromadzimy doświadczenie. I to nie tylko duchowe, kulturowe, społeczne, ale także takie twarde, żołnierskie, logistyczne. Bo długa podróż zaczyna się dużo wcześniej. Odpowiednim planowaniem, gromadzeniem niezbędnego wyposażenia, kreśleniem na mapie wymarzonych kierunków, które już na miejscu zostaną skonfrontowane z rzeczywistością. I tak jak teraz jestem w stanie pisać o tym bez emocji, na sucho, pragmatycznie, to w samym gorącym okresie przygotowań (ale w sumie także w czasie samego wyjazduJ) nie raz szło na noże, latały wyimaginowane talerze, a już na pewno kilka ostrych słów zostało wymamrotanych nie do końca cicho.
Co z tego wynikło dla nas? Według statystyk WHO najwięcej związków rozpada się po 4 latach znajomości, a pik rozwodów nieuchronnie wiąże się z powrotem ze wspólnych wakacji. My jakoś się utrzymaliśmy, chociaż trzeba przyznać – czasami na chwiejnych nogach. Bo długa, egzotyczna, nie zawsze łatwa i „wypoczynkowa” podróż, to niezły poligon, który potrafi zostawić pole minowe, ukryć za okopami te najlepsze uczucia, a wystawić na linię frontu wszystkie wady, słabości, które w chwilach zmęczenia stają do walki. Prosto na linię strzału.
Odstawiając na bok militarne porównania (wybaczcie), stwierdzenie, że poznaliśmy się jak łyse konie (albo łyse muły, mając na uwadze nasze doświadczenia z Peru), to mało. Jeżeli macie wątpliwości co do reakcji w stresie waszego partnera/partnerki – jedźcie w podróż! SerioJ

– No dobra, a co dalej?
To drugie najczęstsze pytanie. Dobrze jest wyjechać i dobrze mieć do czego wracać. Powroty są konieczne, jeżeli tylko bliżej nam do klasy pracowniczej niż do Włóczykija, żeby na chwilę pomościć się w komfortowym ciepełku, odespać zarwane noce we własnym łóżku, pocieszyć się spotkaniami z rodziną, ze znajomymi i wkrótce… móc planować kolejną podróż. Bo jak mawiał Sapkowski – „Coś się kończy, coś się zaczyna”, o niewygodach szybko się zapomina, a rutyna zaczyna uwierać i wciskać się niczym szpilka pod paznokieć sprawiając, że wyciągam zza szafy na nowo mapy, barykaduję się za książkami podróżniczymi i powoli, powoli, przestawiam myślenie z trybu „Co by było, gdyby…” na „Okej, zróbmy to!”J

Na koniec – krótki bilans:
– 60 dni w podróży
– 8 lotów (z czego 2 niezaplanowane)
– 4 odwiedzone kraje + 4 transferowe
– zagubione bagaże: sztuk 2
– odnalezione bagaże: (na szczęście!) też sztuk 2
– niezliczone noce w autobusach
– liczba rzeczy zgubionych > liczba rzeczy skradzionych
– maksymalna ilość warstw ubrań: 5
– minimalna temperatura: -5°C
– liczba zdartych japonek: 2

zrzut-ekranu-2016-10-11-19-26-35

Czasami można iść do celu prosto. Czasem trzeba jednak dotrzeć…zygzakiem.

zrzut-ekranu-2016-10-11-19-27-09

 

Dodaj komentarz