Płaskowyż Waterberg – ognista góra pośrodku niczego

Wyobraźcie sobie słynną, australijską czerwoną skałę. Spłaszcie ją i wydłużcie do 50 kilometrów. Przenieście do Afryki i otoczcie sawanną. Voila! Właśnie stworzyliście Waterberg.
Przygotowując plan podróży o miejscu tym wiedziałam niewiele. Lonely planet polecało jako „highlight”, oferujący różne możliwości trekkingu, nie tylko kilkudniowe, wymagające przewodnika i wcześniejszej rezerwacji, ale także krótsze, na własną rękę, po swojemu, jak lubimy. Przeczytałam: trekking, pomyślałam: jedziemy!
No to pojechaliśmy. Pojechaliśmy w dzicz.

Najpierw kilkudziesięciokilometrowe odbicie od głównej trasy, potem kilkanaście trzęsących i długich kilometrów czerwoną, piaskową szutrówką. Podskakiwaliśmy na offroadowej tarce nieoffroadowym samochodem, garnki trzaskały w bagażniku jak należy, temperatura wzrastała z każdą godziną i z każdym przejechanym kilometrem, a ziemia płonęła.

Być może kiedyś napatrzyła się na gigantyczny pożar, zapamiętała i ewoluowała na jego podobieństwo. Ale taka czerwień skał i gleby nie mogła powstać znikąd, musiała mieć jakiś wzorzec.
Wokół nas tylko to morze piaskowej lawy, gęstniejące zarośla po bokach i towarzystwo ogromnej, płaskiej góry ciągnącej się po horyzont.

Przekraczamy granice campingu, żar leje się z nieba. Już prawie jesteśmy na miejscu, kiedy drogę przecina nam rodzina największych zwierząt, jakie przyszło nam do tej pory zobaczyć. Potem doczytujemy, że nazywane są kudu.
Ogromne, szaro-beżowe, z kilkoma cienkimi pasami po bokach tułowia. Samce z majestetycznymi, skręconymi spiralnie rogami. Patrzą badawczo i z zaciekawieniem, jakby nie mogły się zdecydować, czy lepiej uciekać, czy sprawdzić, o co nam chodzi, że się tak gapimy i robimy im zdjęcia. Albo są nieprzyzwyczajone do widoku ludzi, albo pozbawione instynktów samozachowawczych, czy naturalnych wrogów. A to dopiero początek.

Szybko rozbijamy namiot i gotujemy obiad. Przeciwnie do naszego zwyczajnego podziału obowiązków, tym razem odnajdujemy się bardziej w tym tradycyjnym.

Nie ma sjesty. Czerwone, wąskie, niknące w gąszczu zarośli ścieżki ciągną nas jak magnes. Waterberg to jedno z bardziej niedostępych miejsc w Namibii, ale chyba tylko dla ludzi „niedostępny” ma w tym przypadku wydźwięk pejoratywny. Zwierzęta z niedostępności się cieszą, w niej chowają się przed kłusownikami i czują bezpiecznie. Zaspokajają podstawowe potrzeby. Rozmnażają się. Tym sposobem w latach siedemdziesiątych powstał program, mający na celu przeniesienie do tej oazy kilku zagrożonych gatunków. Pomysłodawcy mogliby sobie pogratulować. Zwierzęta bowiem szybko odnalazły utracone poczucie bezpieczeństwa i zwiększyły swoje szeregi do tego stopnia, że można było poprzeprowadzać je na inne, bardziej przestronne tereny. Albo same się przeprowadzały, nie pytając nikogo o zdanie.
Praktycznie za naszym materiałowym domem najduje się „view point” z widokiem na bezgraniczną przestrzeń parku narodowego. Przytłacza, ale i zachęca. Zachęca, by zgłębić tajemnice. Pakujemy plecaki i zaczynamy dreptanie jedną z proponowanych tras, Andersson Trail. Nazwa nieprzypadkowo brzmi skandynawsko, to pamiątka po szwedzkim eksploratorze,myśliwym i pisarzu, który jako pierwszy Europejczyk pojawił się na tych terenach i podał je do wiadomości „publicznej”. Taka kolej rzeczy, kto publikuje, ten ma sławę. O nazwiskach ludzi San i Herero, którzy zamieszkiwali te tereny na długo przed Anderssonem czy niemieckimi misjonarzami nikt już nie pamięta. A tym bardziej nie nazya nimi szlaków trekkingowych.
Można jednak powiedzieć, że faktycznie podążamy śladami młodego Anderssona, który jako 23-latek przypłynął do Walvis Bay na wybrzeżu Namibii w 1850 roku razem z Francisem Galtonem, badaczem „czarnego kontynentu”. Obozowali w miejscu, gdzie obecnie mieści się państwowy, świetnie prosperujący camping z domkami i restauracją (Wilderness Lodge), tuż nad podziemnym źródłem, które urzyźnia dolinę w tym najsuchszym kraju na południe od Sahary. Przez to środkiem wysuszonej sawanny nagle płynie strumień, upodabniając okolicę do legendarnego Edenu. Ogromne, soczyście zielone drzewa z mięsistymi liśćmi i niezliczonymi kwiatami o podkręconej saturacji, wysokie trawy, ptaki wydające z siebie ilość dźwięków, której pozazdrościć by mogła stołeczna filharmonia. Od miłych uchu ćwierkom, poprzez gardłowe wydzieranie się, na skomplikowanych akordach przypominających strzały z laserów w Gwiezdnych Wojnach skończywszy. Do tego z drzew czy bambusów grubszych niż pięść kaskadami wiją się i spływają liany. Z zarośli kaskadami nadlatują również niezliczone ilośi robactwa, nad którym rozczulamy się nieco mniej i odganiamy starą, dobrą Muggą, z którą musieliśmy się na potrzeby podróży przeprosić. I przyzwyczaić na nowo do słodko-tłustego pancerza ochronnego, jak na nas tworzy. Szczególnie w miejscach jak to, w dżungli pośrodku pustyni.
Do tego piwo jest tańsze niż woda, co dla Piotrka jest już w ogóle osobistym rajem. Ja wiem, że kraj boryka się z problemami braku wody, bo nawet w supermarketowych łazienkach wiszą informacje, żeby surowiec oszczędzać i dodatki w stylu: ”czy wiesz, że…branie prysznica zużywa tyle litrów. A kąpiel tyle. A spłukiwanie kibelka tyle…”, ja wiem, że wpływy niemieckie i piwo jest wszędzie, ale żeby tańsze niż woda? Save water, drink beer, mogłyby brzmieć banery reklamowe, gdyby takie w Watebergu istniały. Na szczęście jednak nie istnieją, nawet bez odpowiednich ustaw.

Wcina nas ilość i częstotliwość, z jaką widzimy dzikie zwierzęta. I to sami, bez rangersów czy przewodników. Nie tylko ptaki, których totalnei nie potrafimy zaklasyfikować, ale zatrzęsienie słodkich, uśmiechających się gryzoni przypominających 3 razy większe świnki morskie, o polskiej nazwie „góralek”. Przebiegały nam szlak, wędrowały po skałach, chowały się w krzakach.
W pewnym momencie słyszymy jednak dźwięki przerażające, jakby ryk i trzask łamanych gałęzi. Zatrzymujemy się w miejscu, Piotrek ma chyba ochotę zawrócić, żeby nie prowokować niezidentyfikowanego przeciwnika, ale idziemy dalej, mam przeczucie, że wiem, co wydaje hałaśliwe dźwięki. Tak głośno potrafią byś tylko ludzie. I małpy.
Faktycznie, okolica roi się od pawianów, które po szybkiej ocenie sił najwidoczniej uznają, ze jednak jesteśmy więksi i spokojnie obserwują nas spod drzewa. Albo wrzeszczą nad głowami, gdzie w masowych ilościach obsiadują czerwone skały płaskowyżu. Z daleka i pod słońce do złudzenia przypominają wojowników siedzących w kucki i patrolujących teren, od czasu do czasu wydzierając się ostrzegawczo.
Potem doczytujemy, że Waterberg faktycznie obfituje w faunę, w tym nawet tak rzadką jak nosorożce, bawoły czy karakole, ale ze względu na ogromny teren i gestą roślinność trudną to zobaczenia…
Nam udało zobaczyś się pewnie jej niewielki wycinek, ale z zaskoczenia i raczej z przypadku, więc jeśli to jest level hard, to już nie mogę się doczekać level light, jaki podobno charakteryzuje Park Etosha. To nasz kolejny cel.

4 komentarzy

  1. Brzmi świetnie! Czasami warto doczytywać po fakcie. W innym przypadku czuję, że nie zawsze decydowalibyśmy się na te przygody, wiedząc zawczasu np. o krokodylach. 🙂

    1. Haha, dokładnie! My np. raz w Limie w Peru po fakcie doczytaliśmy, że właśnie radośnie przejechaliśmy lokalnym autobusem przez obszar objęty stanem wojennym 😀

  2. Zaczyna być ciekawie. A zdjęcia to nie przechodzą?

    1. Na zdjęcia potrzeba jeszcze dużo czasu i sporego transferu, a czasem nad jednym wpisem siedzę półtorej godziny, zanim się wszystko załaduje, dlatego tak mało obrazków…Ale na aparacie się mnożą, stopniowo może się uda coś dodać:) Pozdrawiam!

Dodaj komentarz