Jak wciągają piaski najstarszej pustyni?

Piasek jest wszędzie. Już nie tylko w butach, bezskutecznie zdejmowanych i wytrzepywanych dla samej zasady, nie tylko w skarpetkach, nie tylko pomiędzy palcami. Wciska się w oczy, chrupie między zębami, osiada drobną warstwą na włosach.
Skrzypi obiektyw aparatu, z palców przy każdym ruchu strzepujemy drobny pył. Gorący wiatr tworzy małe, drobinkowe tornada, które wzniecone w równym szpalerze wędrują ku niebu, by przenieść się o kilkadziesiąt metrów, lata świetlne w życiu tych skrawków skał.

Solitaire, solitude, samotność, odosobnienie… Nazwa idealnie pasująca do zbiorowiska kilku domów i wraków samochodów pogrzebanych na środku pustyni. Pogrzebanych, a potem odpiaszczonych i wystawionych na widok publiczny niczym ekshumacja z lekka już nadpsutych rdzą zwłok. Solitaire, chciałoby się zawyć w pustkę na nutę jakiejś rzewnej piosenki, Solitaire!

I byłaby z tego niezła historia, i byłaby niezła draka, gdyby przewodniki pisały o miejscu inaczej, niż tylko „miejsce po drodze do zatankowania”. Bo historię i drakę łatwo dorobić można, a stare dystrybutory paliwowe, karmiące za czasów młodości niejedne dumne pojazdy, teraz skrzypiące i nadpalane słońcem, a szlifowane piaskiem, mogłyby ją z dumą opowiedzieć. Tak samo jak odosobniony sklep w odosobnionym Solitaire, ciemny, chłodny i pamiętający dawno zapomniany okres, kiedy pustynia Namib białą plamą na mapie była, a przynajmniej tak sądzili europejscy kartografowie.

Z oknami zalepionymi naklejkami dumnych rajdowców, offroadowców, travellerów, zostawiających w Solitaire swoje „tu byłem, tu zdobyłem”. Chcieliby może dokleić jeszcze „tu zrobiłem”, ale trochę się wstydzą. I trwa tak, odwiedzane i samotne, zaludnione i odosobnione, pustynne Solitaire.

Kanion Sesriem to nie bezdroża Kolorado, to nie Colca, to nic z kategorii „największe, najwspanialsze, naj”, „koniecznie do zobaczenia”. Kanion Sesriem do zobaczenia jest niekoniecznie, przy okazji, z braku laku albo z nadmiaru czasu. Z chęci pozostałych po słynnych Sossusvlei, Deadvlei i energii nie utopionej jeszcze w zimnym piwie czy popołudniowej sjeście. Ale może właśnie dlatego tak nam się spodobał. Bo nie zdążyliśmy zbudować sobie wobec niego oczekiwań czy wymagań, nie opatrzyliśmy się z nim na zdjęciach z folderów reklamowych, poszliśmy poznać nieznane i podać sobie rękę. A kanion w zamian przywitał nas pustką, śpiewem ptaków ukrywających w skalnych jamkach swoje gniazda, ożywczym cieniem w prawie już czterdziestostopniowym, południowym piekarniku.
I swojską gościnnością.
Tak jak wodospady Popa – może nie tak dostojne jak Victoria, nie tak zgrabne jak Epupa, ale swojskie, małe, bliskie, na wyciągnięcie ręki i prawdziwe.

Przez ostatnie dwa dni taplamy się w piasku, wspinamy na wydmy, jeździmy tam, gdzie dróg nie ma, albo wprost przeciwnie – są tak bardzo, że odczuwamy każdy kamień, każdą koleinę, każdą tarkę, na której trzęsiemy się solidarnie z naszą dzielną polówką, przy akompaniamencie garnków trzaskających w bagażniku. Nie powiem, żebyśmy odczuwali zakręty, bo tych poszukujemy wręcz z utęsknieniem i pewną dozą fascynacji związanej z odmiennością zwykłych „200 km prosto, potem skręć w prawo i dalej 150km prosto”.

W Walvis Bay oprócz ładnych willi i sezonu na ryby nie ma zbyt wiele, ale już w okolicy – owszem. Wystarczy przebić się na zjeżdżone kołami 4×4 wybrzeże Atlantyckie, by w mgle poranka odróżnić, oprócz figur rybaków z długimi i cienkimi przedłużeniami ręki (to wędki, nic innego!), małe foki wyrzucane przez fale – najczęściej niestety zdechłe, ale zdarzały się też radośnie żywe, czasem odskakujące w popłochu, czasem zaledwie unoszące znudzone pyszczki.

W miejscu, gdzie faktycznie warstwowo, jak w kanapce, łączy się ocean z pustynią, a nad falami przyboju górują kilkudziesięciometrowe wydmy, warto też spojrzeć przyziemnym okiem. Pochylić się nad piaskiem tam, gdzie naturalnie żółta barwa, przybiera wściekle buraczano – czerwony kolor. Plaża mieni się drobinkami rubinów. Część wybrzeża nadal objęta jest z jednej strony ochroną parku narodowego, z drugiej nie mniej (jeśli nie bardziej) restrykcyjną ochroną prywatną terenów kopalni diamentów.

Piasek na pustyni Namib żyje. Nie dość, że wydmy codziennie zmieniają swój kształt i powoli, ze głębokim skrzypienio-dudnieniem przesuwają się w kierunku wody, to jeszcze kryją dziesiątki przystosowanych do życia organizmów, na których istnienie niewprawny obserwator nawet nie zwróci uwagi.
W ogóle podczas tego wyjazdu często mamy wrażenie, jakbyśmy nagle znaleźli się w centrum programów przyrodniczych BBC i tylko głosu Davida Attenborough brakuje, żeby objaśniał nam świat. Uczymy się rozpoznawać ślady hien i szakali, jednego z nich widzimy w końcu, jak typowo psim zwyczajem zakopuje pod mizernym krzaczkiem kawałek mięsa upolowanej wcześniej foki. Na później, na zaś, na gorsze czasy – zapobiegawczy i świadomy koła fortuny, nie jak nasze burki, przyzwyczajone do pełnej michy i bez poczucia nasycenia żebrzące słodkimi oczami: „daj, daj!”.
Małe łapki gekonów prowadzą do niewielkich jamek, które odkopane ukazują delikatne i kolorowe ciałka niemalże przezroczystych jaszczurek.
W oddali wspina się na wydmę struś. Gdzieś na horyzoncie majaczą proste i ostre jak szable rogi oryksa.

Co jest najczęściej fotografowanym miejscem w Namibii? Co widnieje na okładce każdego folderu, wyświetla się jako pierwsze w grafice googla po wpisaniu hasła kraju?
Bynajmniej nie ludzie, bynajmniej nie zwierzęta.

Wyświetlają się martwe i wysuszone drzewa, wystające z równie wysuszonego jeziora, w tle mające suche do granic możliwości, ceglaste wydmy. Może to idealny symbol najsuchszego kraju na świecie? Nie wiem.
Wiem jednak, ze Sussusvlei i Deadlvlei w parku Namib – Naukulft przyciąga nieproporcjonalnie dużo osób. Może równie tyle co Etosha. W towarzystwie wielkich i złych terenówek znowu stajemy naszym małym żuczkiem, czując coś pomiędzy kompleksem a rozpierającą dumą, bo nadal dajemy radę. Póki co tylko raz z opony zrobił się flak, rozszczelniając się przy wentylu i to w środku miasta, a nie, co byłoby znacznie bardziej prawdopodobne, przewidywalne i trudniejsze w ogarnięciu – pośrodku niczego.

Do Sussusvlei jednak żuczek nie dojedzie. Musimy opuścić go jakieś 6 km od miejsca docelowego i dalej idziemy z buta, o 6 rano, żeby światło było dobre, zanim zacznie przepalać kontrasty i spłaszczać krajobraz. A przecież tu właśnie o pofałdowanie, pofalowanie i wypiętrzenie krajobrazu chodzi.
Mija nas zdumiony kierowca shuttle busa: „Why are you walking?”.
Co mamy mu odpowiedzieć? Że lubimy chodzić? Że mamy dość wożenia tyłków? Że lubimy zdobywać? Czy wreszcie, najbliżej prawdzie, że szkoda nam (zawrotnej) kasy na podwózkę?
Wybieramy dwie z powyższych odpowiedzi, inne zostawiając sobie na później i idziemy, najpierw dziarsko, przez piaski i po śladach zwierząt.
Droga powrotna już taka miła nie jest. Słońce praży, stopy zapadają się w grząskie podłoże, kilometry zaczynają się wydłużać i w ogóle to daleko jeszcze?

Już niedaleko. Jeszcze trochę.

6 komentarzy

  1. Te pustynne formy piasku niesamowite.Proszę o więcej zdjęć.

    1. Powoli na dysku pojawia się ich coraz więcej:)

  2. I znowu na chwilę czujemy afrykańską przygodę – praży słońce a piasek zgrzyta między zębami. Piękne zdjęcia. A u nas szaroburo i ponuro. Grudniowy listopad więc miło grzać się w waszym afrykańskim słońcu. Do następnego…

    1. Dziękuję bardzo! Pisałam już, że dla takich czytelników warto pisać:)
      Postaram się od czasu do czasu przesyłać trochę afrykańskiego słońca na zimniejsze wieczory…

  3. Zdjęcie ostatnie /pustynia/ Super!!!!
    Pozdrawiam .

Dodaj komentarz